sobota, 25 marca 2017

UE, Brexit i Polacy



Tytuł jest roboczy, ale jaki inny mógłby być w takiej sytuacji? Prezydent Duda po podpisaniu Deklaracji Rzymskiej oświadczył: "Polska w Unii Europejskiej ma prawo walczyć o swoje, każdy rozsądny kraj walczy o swoje". Co to oznacza w praktyce okaże się zapewne już wkrótce, gdy dojdzie do negocjacji Komisji Europejskiej z Wielką Brytanią opuszczającą UE.

Deklaracja Rzymska jest pierwszym krokiem do tego, aby odnowić jedność UE; sobotnie uroczystości są w cieniu decyzji Wielkiej Brytanii – powiedziała premier Beata Szydło podczas sobotniej konferencji prasowej w Rzymie. – To nie jest Deklaracja, która dokonuje przełomu w UE. Bardziej chodziło o to, żeby pokazać gest, że Europa jest razem, chce być razem – dodała. Jak zaznaczyła szefowa polskiego rządu, ten „jasny sygnał” dla Europejczyków był potrzebny, mimo różnic zdań dotyczących przyszłości Unii. Jak jednak rozumieć tą deklarowaną jedność wyłamującą się z tej jedności Polską - chcącą negocjować na własną rękę Brexit i gwarancje praw Polaków do życia i pracy w Wielkiej Brytanii?

Chodzi też o sytuację, gdy ni z tego ni z owego Jarosław Kaczyński spotkał się z Theresą May w Londynie po to by porozmawiać o tym co się stanie z Polakami po Brexicie. Niestety odnoszę wrażenie, że Prezes nie wie czego Polacy mieszkający w UK oczekują po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE. Nie można było tego się dowiedzieć po oświadczeniu jakie złożył Jarosław Kaczyński po spotkaniu z brytyjską Prime Minister. W takiej sytuacji oprócz spekulacji rodzą się też obawy, czy oczekiwania Polaków w UK i starania polskich władz w tej kwestii są tożsame? A także, czy polscy emigranci na wyspach nie zostaną użyci do rozgrywek politycznych przez polski rząd. Bo to, że zostaną użyci jako karta przetargowa między Londynem a Brukselą jest oczywiste.

Co do oczekiwań Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii, to rzecz sprowadza się do zagwarantowania im praw nabytych. Innymi słowy, żeby Polacy, jak i inni przybysze z krajów Unii Europejskiej, po zakończeniu negocjacji nadal byli traktowani tak samo jak Brytyjczycy. Albo jeszcze prościej, aby prawo nie zaczęło działać wstecz. A nie jest to niestety takie oczywiste.

Pewne jest też i to, że nikt nie będzie Polaków, Portugalczyków czy Słowaków stamtąd wyrzucał siłą, ale przyszła rzeczywistość może być na tyle inna i trudniejsza od tej obecnej, że ci sami wyjadą. Raczej nie wrócą do krajów pochodzenia, ale przeniosą się gdzieś dalej, gdzie będzie normalnie. Już dzisiaj zaobserwować można wzmożone wyjazdy Polaków z UK na stałe do Kanady, Norwegii, czy Australii.

Z równym traktowaniem emigrantów z UE przez brytyjski rząd, a właściwie przez brytyjskie przepisy sprawa nie jest prosta. Z prostego powodu: przyjechali tu w różnym okresie i w różnie obowiązujących przepisach. Niektórzy, zaraz po wstąpieniu Polski do UE, inni później, jak jeszcze trzeba było się rejestrować w Home Office i uzyskać WRS, czyli pozwolenie na pracę, który to wymóg w 2011-m roku zniesiono. Bułgarzy i Rumuni przyjechali tu w ciągu ostatnich dwóch lat. Niektórzy Polacy w ciągu ostatniego roku, a wtedy już obowiązywały przepisy wynegocjowane przez Camerona z Tuskiem, które wstrzymały niektóre przywileje socjalne dla nowo przybyłych na siedem lat... Powyższe przykłady nie obejmują wszystkich przypadków i wszystkich sytuacji europejskich emigrantów, ale pokazują złożoność materii w tym zakresie.

Brytyjskie przepisy w przypadku osób tam mieszkających, a nie posiadających brytyjskiego obywatelstwa (nie mylić z posiadaniem brytyjskiego paszportu, bo to nie jest to samo), mówią w takich sytuacjach o rezydenturze. Rezydent, to inaczej osoba, która na stale mieszka w Wielkiej Brytanii. Po pięciu latach takiego ciągłego zamieszkiwania otrzymywało się "automatyczną rezydenturę", co odnotowywano "w papierach", a właściwie w systemie, niekiedy po przejściu specjalnego "testu rezydenta" w Job Center. Jednak, osoby które przyjechały do WB, dajmy na to lat 9 temu były traktowane jako rezydenci od zaraz, co tłumaczono gwarancjami unijnymi w tym zakresie. Powtarzano także, że żadna inna rezydentura nie jest nikomu potrzebna, gdyż jest niejako automatyczna. Niektórzy jednak w dawnych czasach występowali o rezydenturę, czyli oficjalne potwierdzenie tego faktu, na co trzeba było wysłać pięć P60 (rocznych rozliczeń podatkowych) potwierdzających pięć kolejnych lat nieprzerwanej pracy, po czym otrzymywało się tzw. Kartę Rezydenta, czyli plastikowe ID, które tak naprawdę nigdy do niczego nie było potrzebne, oprócz dobrego samopoczucia jego posiadacza. Sprawa odżyła teraz, po rozpoczęciu przygotowań do Brexitu, gdyż wielu zaczęło obawiać się, że ta "automatyczna rezydentura" nie wystarczy i spokój zapewnić może jedynie "rezydentura stała". Nazwa jest niestety myląca, bo wcale nie musi chodzić o dożywotnią rezydenturę, a jedynie odnawialną co 5 lat; która i wtedy może zostać "zcancelowana", gdy ktoś opuści Wielką Brytanię na dłużej (np. gdy na pół roku wyjedzie do Polski, by opiekować się chorym rodzicem).

Kiedy mówimy o prawach rezydentów, takich samych jak prawa Brytyjczyków, musimy mieć świadomość, że prawa są tożsame ze standardami. Innymi słowy do tej pory było przekonanie, że wszystkich, obojętnie skąd pochodzą, jaki kolor skóry mają i jaką religię wyznają, należy traktować tak samo jak rodowitych Brytyjczyków. Przepisy mogą być różnie interpretowane, czego mamy liczne przykłady, bo co urzędnik to różna wykładnia. Na szczęście zawsze jest możliwość odwołania. Standardy można też rozumieć jako niepisane umowy. Przykładem niech będzie definicja działalności gospodarczej w prawie anglosaskim. Tak więc, gdy dwie osoby się spotkają by między sobą coś wymienić, lub jakąś usługę jeden drugiemu wyświadczyć, to mamy do czynienia z dwoma podmiotami gospodarczymi. Rejestracja tego w urzędzie i odprowadzenie podatku jest sprawą wtórną i często marginalną. Zupełnie inaczej niż w Polsce, gdzie najpierw trzeba zarejestrować działalność w urzędzie a nawet odprowadzić podatek VAT za wystawioną fakturę, gdy jeszcze o żadnych zyskach nie może być mowy. Wiele osób z Polski funkcjonuje na zasadzie jednoosobowej działalności gospodarczej, gdzie zyski są wykazywane deklaratywnie jako zero. Tym samym takie osoby mają zapewniony dostęp do świadczeń socjalnych. Co w takich przypadkach po Brexicie?

Obecnie obserwujemy więc wzmożony apetyt na "stałą rezydenturę", zaś załatwianie spraw wydłużyło się z 6-ciu do 9-ciu miesięcy. Jednak samo wystąpienie o rezydenturę nie gwarantuje sukcesu nawet w przypadku kolejnych pięć P60, potwierdzających przepracowanie kolejnych pięciu lat, gdyż wystarczy, że ktoś rozpoczął pracę i nie załatwił WRS-u, gdy on jeszcze obowiązywał. Tłumaczenie urzędu jest takie, że zaczął pobyt nielegalnie i złamał brytyjskie przepisy. W chwili przyjazdu nie było to jednak oczywiste, gdyż nikt z pracodawców żadnego WRS-u nie wymagał, zaś nowo przyjezdny w ogóle nie miał świadomości, że coś takiego musi załatwić. Tak więc, obecnie ok 30% wniosków o rezydenturę kończy się odmową, z różnych przyczyn, często błahych.

Krótko mówiąc, bez znajomości całej złożoności materii trudno mówić o jakichkolwiek poważnych rozmowach na temat zagwarantowania praw Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii. I krótko mówiąc - nie ufałbym Anglikom tak łatwo depczących demokrację swoim "Twardym Brexitem". Tak naprawdę referendum brexitowe zakończyło się remisem 2:2, a nie jak ogłoszono, że zwyciężyło "leave". Wielka Brytania to państwo federacyjne, gdzie każdy z krajów związkowych ma własny rząd, parlament, przepisy prawne, finansowe, edukację, a nawet jego banki emitują własną walutę. To Theresa May upowszechniła hasło "Brexit znaczy Brexit", gdy większość głosujących nie miała nawet świadomości, że opuszczenie Unii Europejskiej jest jednoznaczne z rezygnacją z EEA, czyli European Economic Area. Za "leave" głosowali głownie emeryci i nieroby z angielskiej prowincji, chcący utrzymania swoich przywilejów i przekonanych, że emigranci z Europy Wschodniej te przywileje im zabierają. Te ich przywileje są często tak kuriozalne, że aż żal.

Na przykład emeryci są zawożeni na zakupy specjalnymi busami, oczywiście za darmo (mimo, że mają darmowe karty na przejazdy komunikacją miejską), zaś marzeniem przeciętnej 15-to latki jest jak najszybciej zajść w ciążę i urodzić dziecko, nie ważne z kim, by jako samotna matka z dzieckiem dostać darmowe mieszkanie i takie benefity aby nie musieć pracować, za to móc żyć na przyzwoitym poziomie. Nietrudno też zauważyć ćpunów, którzy nie przepracowali w swoim życiu ani jednego dnia, ale jako ciężko poszkodowani przez los, często inwalidzi mentalni są uprawnieni do bezpłatnych mieszkań i takich zasiłków, że mogą spokojnie żyć bez martwienia się o dzień jutrzejszy. Tak na marginesie: hodowla kilku krzaków marihuany na własne potrzeby nie jest nielegalna, a nadwyżki łatwo sprzedać będącym w większej potrzebie. Opieka lekarska i leki dla przewlekle chorych, małoletnich i o niskich dochodach są darmowe. Każdy musi mieć mieszkanie o odpowiedniej ilości "bedroomów", czyli sypialni, a jak nie jest w stanie zapłacić czynszu to koszty wynajmu pokryje gmina. Nie bez powodu emigranci z Afryki i Bliskiego Wschodu szturmują ciężarówki jadące do UK tunelem pod Kanałem La Manche. To jest raj, o którym we Francji czy w Niemczech mogą tylko pomarzyć.

Z całą pewnością 3,3 miliona obywateli UE, którzy mieszkają w Zjednoczonym Królestwie, odczuje skutki Brexitu. Być może najbardziej ci, którzy zostali oddelegowani do pracy w Wielkiej Brytanii - a jest ich wg wyliczeń 50,893 osoby. Do tego jest spora grupa szukających zatrudnienia: 120 000 osób. Niektórzy mieszkają w UE i pracują w UK - dotyczy to m.in. tych, którzy na co dzień przekraczają granicę między Hiszpanią a Gibraltarem oraz Irlandią i Irlandią Północną. Niepewny jest też los 125 000 studentów w UK pochodzących z krajów europejskich. Szacuje się również, że ok. 15 proc. pracowników naukowych w Wielkiej Brytanii pochodzi z UE. Z drugiej strony patrząc 3 800 Brytyjczyków mieszka i często też pozostaje na utrzymaniu UE. Koszty utrzymania Brytyjczyków przez Unię mogą sięgać aż 7 miliardów euro. 1 800 obywateli Królestwa pracuje w europejskich instytucjach, a kolejne 2000 pobiera unijne emerytury. Jasne więc, że problem emigrantów z UE mieszkających w Wielkiej Brytanii należy widzieć całościowo. Co w tej sytuacji mogą znaczyć zapewnienia Theresy May dla Kaczyńskiego i Szydło odnośnie gwarancji dla Polaków na Wyspach?

Raczej wątpię, że polskie władze, w tym Jarosław Kaczyński mają świadomość jak ma wyglądać gwarancja utrzymania praw nabytych przez emigrantów z Polski. W oczy rzuca się ignorancja, gdy Anglików myli z Brytyjczykami. A Anglia to nie Wielka Brytania, nawet nie United Kingdom, czyli Zjednoczone Królestwo. Za Brexitem była Anglia i Walia; Irlandia Północna i Szkocja głosowały za pozostaniem w Unii Europejskiej. W referendum brexitowym 62% Szkotów opowiedziało się za utrzymaniem członkostwa w Unii Europejskiej. Zbliżony wynik wystąpił także w Irlandii Północnej, gdzie 56% głosów oddano na „remain” tj. pozostanie w UE. Ignorowanie Edynburga przez Londyn już skutkowało zapowiedzią Nicoli Sturgeon, szkockiej premier popartej głosami parlamentu w Edynburgu przeprowadzenia referendum niepodległościowego przed ostatecznym opuszczeniem UE przez Wielką Brytanię - najpóźniej na wiosnę 2019. Wniosek w tej sprawie poparło 86 posłów, 36 było przeciw. Rząd Sturgeon zademonstrował, że bardziej, niż na dobrych relacjach z UK zależy mu na korzyściach gospodarczych płynących z obecności na unijnym rynku. I trudno im się dziwić - w tej sprawie nie decydują sentymenty, tylko chłodny bilans ekonomiczny. Szkoci wolą UE od UK. Nicola Sturgeon już uzyskała ustną obietnicę pozostania Szkocji w Unii Europejskiej po opuszczeniu UE przez Wielką Brytanię. Szkoci chcieli by aby stało się to automatycznie, po uzyskaniu niepodległości. Londyn zaś straszy ich długim okresem akcesyjnym. David Edward, szkocki prawnik i były przewodniczący Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu twierdzi, że, Szkocja zastosuje się do „Scotland Act”, który mówi, że „Szkocja stosuje unijne prawo”. Jeśli nastąpi Brexit, zapis przestanie obowiązywać i musiałby zniknąć, ale możliwe mogłoby to być jedynie w momencie wyrażenia zgody przez szkocki parlament. Jednym słowem podstawy prawne są, tyle że mogą być różnie interpretowane. Można to więc łatwo wykorzystać, nie oglądając się na pomruki Londynu.

Szkocja to dla Komisji Europejskiej najpoważniejszy bat na Londyn w rozmowach na temat Brexitu. Wystarczy zapewnienie, że głos Edynburga będzie wysłuchany i żadne długie okresy akcesyjne nie będą potrzebne, gdyż Szkocja już dziś spełnia warunki przynależności do UE, ba nawet ochoczo korzysta z różnych form unijnych funduszy, nawet ma to zapisane w swoim „Scotland Act”, a Theresa May ze swoim "twardym Brexitem" będzie ugotowana. Pojawiają się głosy, że Warszawa będzie wspierać Londyn w jej rozmowach z UE. Tylko, czy polscy politycy mają świadomość, że broniąc interesów Londynu w negocjacjach z Brukselą będą działać na niekorzyść polskich interesów, które są tożsame z interesami Unii Europejskiej? Czy mają świadomość, że Polacy mieszkający w Irlandii Północnej i Szkocji są za jak najtwardszym stanowiskiem wobec Londynu, bo to paradoksalnie może spowodować łaskawsze spoglądanie na unijnych emigrantów przez brytyjskie władze?

Polacy mieszkający w Szkocji tuż po referendum brexitowym otrzymali pocztą imienne listy od szkockich parlamentarzystów zapewniających ich o tym, że są w tym kraju mile widziani, doceniani za swój wkład w jego rozwój, a ich interesów i praw rząd w Edynburgu będzie bronił w negocjacjach z Londynem i Brukselą. Tymczasem Jarosław Kaczyński nie spotyka się z Nicolą Sturgeon ale z Theresą May, którą większość Brytyjczyków szczerze nienawidzi. Może jeszcze bardziej od Margaret Thatcher, która gdy zmarła to wielu z nich wyległo na ulice świętować. Trzymali transparenty i wznosili okrzyki "potwór zdechł".

Unia bez Wielkiej Brytanii sobie poradzi, Wielka Brytania bez Unii Europejskiej też. Theresa May najbardziej chciałaby aby Anglia, nawet bez Szkocji i Irlandii Północnej stała się kolejnym, 51-m stanem USA. Politycznie i geograficznie to żart, ale ekonomicznie wcale nie. O tym podobno rozmawiała May z Donaldem Trumpem podczas jej niedawnej wizyty w Waszyngtonie. Trudno jednak nie ulec wrażeniu, że są to mrzonki i angielskie rojenia życzeniowe. Z ekonomicznego punktu widzenia patrząc wydaje się to niedorzeczne. Po co szukać kontaktów handlowych daleko, gdy są tuż pod nosem? Chociaż historycznie patrząc nie powinno dziwić zamiłowanie Anglików do dalekich wypraw handlowych. Dlatego też niczym niezwykłym jest zakończenie Jedwabnego Szlaku pod Londynem, gdzie regularnie przyjeżdżają pociągi z chińskimi towarami. Adam Smith był Szkotem i żył w XVIII wieku. Był on głównym twórcą nauki ekonomii. Wydaje się więc, że Szkoci myślą bardziej pragmatycznie od Anglików, których chcą wspierać Polacy w ich negocjacjach rozwodowych z UE.

Polska premier podczas jej ostatniej wizyty w Londynie zapewniła, że będzie jednym z największych sprzymierzeńców Theresy May w negocjacjach z Unią w sprawie Brexitu. Zaapelowała także do liderów państw unijnych o znalezienie kompromisu w dyskusjach z Wielką Brytanią. W zamian za to brytyjska premier zapewniła, że zachowanie praw Polaków i innych obywateli krajów Unii w Wielkiej Brytanii po Brexicie będzie jej głównym priorytetem i liczy na to, że te same prawa będą mogli zachować Brytyjczycy żyjący w Europie. Jednak diabeł tkwi w szczegółach. Najwięcej Brytyjczyków żyjących poza Wielką Brytanią mieszka w Hiszpanii i Grecji, a są to głównie emeryci. Najwięcej emigrantów z UE mieszkających w Wielkiej Brytanii to Polacy i Rumunii, często korzystający z Working Tax Credit, Child Tax Credit, czy Housing Benefit...
Posłowie Partii Konserwatywnej z Theresą May na czele wymyślili sobie, że już teraz, w tym roku Wielka Brytania nie zapłaci składki do UE. I na tym ma polegać też "Hard Brexit". Wielka Brytania jest krajem z jedną z największych składek do unijnego budżetu. Każdego roku do wspólnej kasy wpłaca 12,9 mld funtów (ok. 69 mld zł). Przykładowo Polska wpłaca "zaledwie" 2,5 mld funtów (ok. 13,35 mld zł).

Od negocjatorów unijnych będzie zależało, czy "Twardy Brexit" będzie skutkował pozbawieniem Wielkiej  Brytanii dostępu do jednolitego rynku i do unii celnej UE. Oznaczało by to, że Wielka Brytania zrezygnuje z zasad WTO w handlu z byłymi partnerami z UE.

W zamian Brytyjczycy odzyskają pełną kontrolę nad jej granicami, umożliwi im zawieranie nowych transakcji handlowych, bez oglądania się na unijne regulacje i stosowanie prawa na własnym terytorium bez unijnych priorytetów.

Przywrócenie własnej podmiotowości i prawa do własnych rozwiązań prawnych jak najmniejszym kosztem wydaje się dla Anglików decydujące. I nie miejmy złudzeń - gdy będą zmuszeni poświęcić dla tego obywateli UE żyjących u nich zrobią to bez mrugnięcia okiem. Dlatego tak ważne jest uzyskanie już dzisiaj zapewnienia, że prawa nabyte obywateli UE w Wielkiej Brytanii, oraz prawa Brytyjczyków w UE będą na zasadzie wzajemności rozwiązane w pierwszej kolejności, bez wiązania z innymi negocjacjami np. w sprawie dostępu do EEA i zasad celnych.

Interesy Polski i Wielkiej Brytanii znajdują się dokładnie na przeciwległych biegunach. Theresa May nie chce płacić już teraz unijnej składki, a jak wiemy Polska należy do jednych z największych beneficjentów unijnej pomocy strukturalnej. Najwięcej emigrantów z UE w Wielkiej Brytanii to Polacy. I już obecnie brytyjscy urzędnicy piętrzą problemy przed Polakami starającymi się uzyskać Kartę Rezydenta. Nie tyle więc chodzi o zatrzymanie napływu nowych osób z UE, ale i już zaczęło się utrudnianie życia mieszkającym tu obywatelom UE. Aż strach pomyśleć, że Warszawa dla przedłużenia płacenia unijnej składki przez GB będzie chciała grać kartą polskich emigrantów mieszkających w Wielkiej Brytanii.

Warto było by się więc dowiedzieć jakie będzie czy jest stanowisko Warszawy w poszczególnych sprawach i co konkretnie Polska uważa za warte wsparcia, a co nie?

0 komentarze:

Prześlij komentarz

.