Kim są nadludzie?

Czy nietzscheański Ubermensch ma coś wspólnego z chrześcijaństwem? A czy można chociaż zobaczyć w chrześcijaństwie pewne podobieństwa? - Zobaczmy. Pytania o człowieka, pytania o istotę człowieczeństwa należą do podstawowych.

Po co komu etyka?

Czym jest etyka i moralność? Czy zastanawiamy się nad tym na co dzień, czy postępujemy etycznie? Właściwe po co moralnością mamy się przejmować, albo jakimś zbiorem zasad etycznych?

Wojna cywilizacji według Samuela Huntingtona

Jak żywa jest pamięć zbiorowa? Huntington stawia tezę, że w XXI w. wojna między różnymi cywilizacjami zajmie miejsce dziewiętnastowiecznych wojen narodowych i dwudziestowiecznych wojen między ideologiami.

Dlaczego kult Maryi wywołuje u niektórych taki sprzeciw?

Kult Maryi jest zjawiskiem szczególnym i niezwykłym w Kościele Rzymsko-Katolickim. Obecny kształt tego kultu zawdzięczamy tradycji, pobożności ludowej, dyskusjom teologów i soborom. Dlaczego kult Maryi jest dla wielu chrześcijan kontrowersyjny?

Ks. Nikos Skuras: "oczywiście, oczywiście..."

Ks. Nikos - zawsze mówi o tym że Jezus Cię kocha z twoimi grzechami, i przyjmuje zawsze do Swego Serca. Ale używa mocnych słów i dla wielu jest kontrowersyjny. Jak atomowa bomba

Inżynieria zniewolenia

"Jeśli diabeł jest obecny w naszej historii to jest nim zasada władzy" - Mikhail Bakunin. Czym jest inżynieria społeczna? Mało kto wie, że inżynieria społeczna jest opartą na nauce sztuką nakłaniania innych ludzi do spełniania życzeń i oczekiwań rządzących.

Adama Doboszyńskiego Modlitwa o Wielką Polskę

Autorem modlitwy jest Adam Doboszyński - wybitny Polak, brutalnie zamordowany przez komunistów. Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy Świętej Jedyny, Panie Jezu Chryste i Ty, Najświętsza Panno Kalwaryjska z cudownego obrazu, raczcie wejrzeć na szczerość dusz naszych i na czystość dążenia naszego...

Liberalizm – definicja bestii

W encyklice Pascendi Dominis Gregis papież Pius X napisał, iż „największa i najbliższą przyczyną modernizmu jest bez wątpienia pewnego rodzaju wypaczenie umysłu”...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trzecia wojna światowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trzecia wojna światowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lutego 2016

Czuję to szaleństwo w powietrzu

Cały czas trwa konflikt w Syrii. Władimir Putin zdecydował, że wyśle rosyjskie wojsko na Bliski Wschód, aby pomogło rządowym siłom opanować kryzys. - Jedynym sposobem zakończenia trwającej od 2011 r. wojny w Syrii jest wsparcie prezydenta tego kraju Baszara el-Asada w walce z terroryzmem - powiedział rosyjski prezydent w rozmowie dla amerykańskiej stacji CBS. Czy awantura Władimira Putina w Syrii może oznaczać, że już wybuchła III wojna światowa?



Sytuacja na Bliskim Wschodzie cały czas jest bardzo niestabilna - syryjskie siły rządowe cały czas prowadzą walki, ale trudno przewidzieć, kiedy uda zakończyć się ten konflikt. Dlatego też Władimir Putin zdecydował się wysłać rosyjskie wojsko do Syrii. - Jedynym sposobem zakończenia trwającej od 2011 r. wojny w Syrii jest wsparcie prezydenta tego kraju Baszara el-Asada w walce z terroryzmem. Głęboko wierzę, że wszystkie działania zmierzające w innym kierunku, tzn. mające na celu zniszczenie legalnego rządu syryjskiego, stworzą sytuację, którą już obserwowaliśmy w innych krajach regionu lub w innych regionach, np. w Libii, gdzie wszystkie instytucje państwowe rozpadły się - powiedział Władimir Putin. - Nie ma innego rozwiązania kryzysu syryjskiego, jak wzmocnienie struktur rządowych i pomoc w walce z terroryzmem - stwierdził rosyjski prezydent i jasno dał w ten sposób do zrozumienia, że Rosja zamierza uczestniczyć w walce przeciwko Państwu Islamskiemu.
Wielu z najbardziej znamienitych jasnowidzów, a nawet sama Biblia ujawniły przerażającą prawdę – Syria zostanie zniszczona. A potem… spodziewać się należy wszystkiego, co najgorsze.

Oczy całego świata zwrócone są na Bliski Wschód. Trwa nerwowe oczekiwanie na rozwój sytuacji w tym jednym z najbardziej zapalnych regionów świata. Niewykluczone, że w ciągu najbliższych godzin lub dni rozpocznie się zbrojna interwencja Stanów Zjednoczonych w Syrii. Jak wówczas zachowają się takie kraje, jak: Rosja, Chiny czy Iran? Nie brakuje dziś głosów, że konflikt w Syrii może stać się zarzewiem poważniejszego kryzysu, który rozleje się nie tylko na cały Bliski Wschód, ale przekształci się w spór o charakterze globalnym. Takie stanowisko nie jest obce komentatorom oraz politologom. Czy grozi nam zatem III wojna światowa? O tym, że to od tego obszaru może się zacząć wielki rozlew krwi, który dotknie wiele krajów na świecie przekonanych było wielu słynnych profetów, wśród nich określany mianem „śpiącego proroka” Edgar Cayce czy Nostradamus. Równie bezpośrednia jest pod tym względem Biblia.

Wiele osób na samo hasło przepowiednia lub jasnowidz reaguje wprawdzie alergicznie bądź z drwiącym uśmiechem na twarzy. I rzeczywiście, w wielu wypadkach takie kpiące spojrzenie na prognozy profetów jest uzasadnione. Tym razem wydaje się jednak, że mamy do czynienia z sytuacją wyjątkową. Oto kilka różnych źródeł zaprezentowało podobny pogląd, jeśli chodzi o wizję dotyczącą przyszłości jednego z zakątków świata. Co więcej, zakładają one, że nie pozostanie ona bez wpływu na sytuację globalną. Ciekawy wydaje się też fakt, że żadne z nich nie prezentuje swojej rachuby w sposób zawoalowany, jak to ma często miejsce, kiedy przepowiednie ukryte są w metaforycznym gąszczu, pozostawiającym dużą dowolność interpretatorom. Tym razem mamy do czynienia z przekazem podanym wprost.

Jasnością przekazu w kwestii Syrii zaskakuje nawet kipiące zwykle od alegorii Pismo Święte. Oto, co możemy przeczytać w Księdze Izajasza, jednej z ksiąg Starego Testamentu:

„Wyrok na Damaszek:
Oto Damaszek przestanie być miastem,
stanie się stosem gruzów.
Na zawsze opuszczone jego miasta
będą pastwiskiem dla trzód,
które się [tam] pokładą,
i nikt ich nie spłoszy” (Iz 17, 1-2; cytat z Biblii Tysiąclecia wydawnictwa Pallotinum w Poznaniu)

Czy możliwe jest, by wizja ta dotyczyła jakiegoś istotnego wydarzenia z przeszłości, gdy Damaszek został obrócony w pył? Z pewnością nie. Stolica Syrii pozostaje jednym z najstarszych miast świata i jest nieprzerwanie zamieszkana już od tysięcy lat. Zgodnie z proroctwem, które odnaleźć można w Księdze Izajasza, upadek tego starożytnego miasta nie pozostanie bez wpływu na sytuację na całym świecie i na ludzkość. Jego zniszczenie nastąpi bowiem w… przededniu ostatecznego końca dziejów.

Także wizje Nostradamusa, kiedy chodzi o rozwój sytuacji na Bliskim Wschodzie, wydają się bezkompromisowe. Nie może być przecież mowy o nadziei, skoro francuski mistyk w swoich czterowierszach sugeruje, że wojna o zasięgu globalnym, która będzie stanowić początek końca, rozpocznie się właśnie w tym regionie geograficznym. Według wizji Nostradamusa, na Bliskim Wschodzie miałoby dojść do trzech wielkich wojen. Zdaniem osób zajmujących się badaniem przepowiedni najsłynniejszego jasnowidza, część z nich dotyczyła rewolucji, do jakich kolejno dochodziło w kolejnych rejonach Afryki Północnej, gdy demonstranci wyszli na ulice m.in.: Egiptu, Libii oraz Tunezji, by obalić dyktatorów. Ale do dziś nie wiadomo, czy tzw. arabska wiosna przyniesie długo oczekiwaną stabilizację w regionie czy efekt wręcz odwrotny. Trzeba przecież pamiętać, że obecna sytuacja w Syrii jest częścią rozpoczętej w 2010 r. Arabskiej Wiosny Ludów.

„Fałszywa trąbka skrywająca szaleństwo sprawi, że Bizancjum zmieni swoje prawa. Z Egiptu pójdzie naprzód człowiek, który zażąda wycofania rozporządzenia, wymiany pieniędzy i zmiany standardów” – brzmi jeden z czterowierszy Nostradamusa, który zdaniem niektórych komentatorów nawiązuje do wydarzeń, których początek miał miejsce pod koniec 2010 r.

Nostradamus zapowiedział, że niepokoje na Bliskim Wschodzie doprowadzą do konfliktu o zasięgu globalnym. W przepowiedniach spisanych przez Francuza odnaleźć można wiele wersów, które wskazują na to, że jedna z wielkich wojen, które dotkną ludzkość, rozpęta się właśnie od wspomnianego regionu. W internecie często przytaczany jest ostatnio fragment jednej z zapowiedzi astrologa, która brzmi następująco:

„Atlantydzi z poparciem Unii wzburzą miasto dwóch rzek, Arabowie i Albańczycy dokończą dzieła nienawiści, Torując drogę islamowi i nawałnicy krwiożerczego półksiężyca!”

W kwestii sytuacji politycznej w Syrii oraz jej wpływu na przyszłość świata otwartością wykazał się również słynny Edgar Cayce. Człowiek, który przewiedział Hitlera, wielkie finansowe kryzysy, a także zamachy na prezydentów, zapowiedział nadejście czasu wielkich rewolucji (rozruchy w Egipcie, Libii i Tunezji). Ujawnił także, że III wojna światowa zacznie się od Syrii. Z jego wizji wynika, że wówczas cała nadzieja spocznie w rękach… Rosji. To od jej stanowiska oraz działań ma zależeć, czy ruszy destrukcyjna machina prowadząca w prostej linii do zagłady świata.

Obecna sytuacja jest klasyczną, wręcz podręcznikową ilustracją powiedzenia Lenina o tym, że Zachód sprzeda Sowietom sznurek, na którym go powieszą. To Merkel sprzedała Rosji ten sznurek w zamian za możliwość gospodarczego i kulturowego powrotu do roli mocarstwa w Europie i pozyskania kolejnego państwa do okradania. Bo my sprzedani zostaliśmy Niemcom już w 2007, teraz miała dojść Ukraina, trzeba było uprzedzić Chińczyków, którzy też pchają się na Ukrainę.

Finalizacja podziału wpływów w Europie między Rosję a Niemcy nie wypaliła. Ukraina miała być stowarzyszona z UE, w zamian Niemcy sprzedały Gazpromowi rury i zbiorniki gazu na swoim terenie – fajny deal, prawda? Niestety, kiedy już Janukowycz miał podpisywać traktat w Wilnie, Putin powiedział NIET! Cóż, nie wiedzieliśmy o kontrakcie z Gazpromem, a dokładniej o jego zakresie, pierwszy raz w życiu usłyszeliśmy o Opalu wczoraj ... dość, że Putin uznał, że ma już wystarczającą ilość owego sznurka i przystąpił do wieszania.

Co dalej? - Ukraina jest w podobnej sytuacji, jak Polska w 1939. Ale tylko w podobnej. Po pierwsze, bardzo dobrze rozgrywa sprawę Krymu (my polegliśmy za Gdańsk), po drugie, nie ma za plecami żadnego mocarstwa, które jej wbije nóż w te plecy. Niemniej, jeśli Putin wkroczy na jej ziemie, zacznie się wojna na całego.

Wiedzą o tym twórcy NWO (New World Order), grupa Bilderberg i Komisja Trójstronna, nie na darmo Palikot, były członek tej ostatniej, krzyczał o konieczności natychmiastowego zapisania Ukrainy do NATO. Oto na oczach tych „najważniejszych” na świecie cały ich projekt wali się w gruzy. Żeby uratować NWO, trzeba natychmiast zniszczyć Rosję, czyli Putina - niestety – ciut się chłopaki spóźnili.

Jeśli faktycznie wybuchnie wojna, nie skończy się na Ukrainie, popatrzmy na proroctwo z Tęgoborza, bo jest naprawdę adekwatne. To nie bajka, tylko bardzo jasna synteza działań wojennych, najpierw Ukraina, potem pójdą Estonia i Łotwa, włączy się Finlandia. Turcy wejdą na Ukrainę i dojdą do „rzeki” (Dniepr), potem Chiny walną atomem w Rosję i będzie po wszystkim. Wszyscy, Klimuszko, O.Pio, dosłownie wszyscy to przepowiadają. A Polska pozostaje z boku i jest bezpieczna.

To, co się dzieje, już dawno przekroczyło wszelkie racjonalne myślenie, ideologia NWO właśnie się przewraca na naszych oczach, a tryumfuje typowo rosyjska wiara w „metafizyczny” Trzeci Rzym. Coraz mniej w tym banków i interesów finansowych, coraz więcej szaleństwa. Przecież na zdrowy rozum Rosja ma nieprzebrane możliwości do zagospodarowania, po co jej agresja i imperium?

Cóż, właśnie przegrywa „szkiełko i oko”, a górę bierze kompletnie porąbany „mesjanizm” rosyjski. Wg niego tylko wciągnięcie Polski do tej wojny może zmienić bieg przeznaczenia, dlatego Putin wprost oskarża Polaków o zmontowanie Majdanu. Dlatego, wspierając wszelkimi sposobami Ukraińców, powinniśmy prawdopodobnie  udawać stojących z boku, bo inaczej ten szaleniec gotów uderzyć na Polskę z powodu jakiejś przepowiedni i niech mi nikt nie tłumaczy, jaki to przewidujący i mądry polityk. To psychopata i paranoik, a ten jego Dugin to już kompletne szaleństwo (poczytajcie TUTAJ i zróbcie to uważnie!).

I oni tej szalonej filozofii uczą w szkołach wojskowych, toż to jest indoktrynacja na poziomie quasi-religijnym. Al-Kaida przy nich to pestka...

- Niespodzianka?
Jak dla kogo, Kaczyńscy ostrzegali przed tym od lat. Ale kto by ich słuchał w dobie Internetu i lotów międzygwiezdnych, kto uwierzy, że jakiś wariat w imię quasi-religijnych przekonań zagrozi całemu światu. Tak, wiemy, szaleni to są Arabowie, ale Putin? Taki Europejczyk?

Europejczyk, aha – wystarczy na jego kałmucką gębę popatrzeć, żeby wiedzieć, co on ma w głowie. A polski Kościół z moskiewskim Cyrylem porozumienie podpisał, dobrze, że nie z samym diabłem osobiście.

Możecie wyrzucić do kosza wszystkie te nader inteligentne przewidywania i analizy, mamy do czynienia z czymś wyłażącym z pradziejów, jak na filmach SF, gdzie nagle objawia się jakaś mroczna siła sprzed tysiącleci, jakieś instynkty kompletnie niepojęte dla racjonalnego świata.

Naprawdę trzeba się modlić, wcale nie żartuję ani nie straszę dla zabawy, po prostu czuję to szaleństwo w powietrzu, podobnie jak przed 10 kwietnia 2010...

Wykorzystano notkę: http://naszeblogi.pl/45039-pomylilam-sie-wczoraj-przepowiednia

Desant Rosjan w Polsce w dwie godziny?

Od Moskwy do polskiej stolicy jest zaledwie 1,3 tys. km. Czołg T-90 wjedzie na przedmieścia w mniej niż dobę od rozpoczęcia marszu - takie słowa padły na antenie rosyjskiej telewizji Piatyj Kanał.
 

Desant Rosjan w Polsce w dwie godziny? - Potwierdzają to eksperci! Rosjanie śmieją się z polskiego wojska i twierdzą, że ich czołgi T-90 będą w Warszawie w ciągu 24 godzin. Desant powietrzny potrzebuje na to niewiele ponad godzinę. Są jeszcze Iskandery. Te rakiety dwie minuty po odpaleniu wybuchną w centrum Warszawy. Problem w tym, że rosyjscy propagandziści mogą mieć rację.

Nie jesteśmy gotowi na konflikt z Moskwą. Nie jesteśmy przygotowani na atak ze wschodu. Na wypadek wojny całą swoją nadzieję pokładamy w sojusznikach. - To jest całkowicie bzdurne założenie. Wbija się ludziom do głowy, że sojusznicy mają nas bronić. A to nie tak. To my mamy mieć skuteczny system odstraszania a nie wierzyć , że jednostki NATO przyjdą nam z pomocą po 7 dniach od chwili wybuchu wojny ( a będzie to nota z ubolewaniem i nic więcej!)- mówi w rozmowie z faktem24.pl Wojciech Łuczak, wojskowy ekspert i wiceprezes agencji Altair.

Rosjanie śmieją się z polskiego wojska i twierdzą, że ich czołgi T-90 będą w Warszawie w ciągu 24 godzin. Desant powietrzny potrzebuje na to niewiele ponad godzinę. Są jeszcze Iskandery. Te rakiety dwie minuty po odpaleniu wybuchną w centrum Warszawy. Problem w tym, że rosyjscy propagandziści mogą mieć rację.

Na filmie wyemitowanym przez piąty kanał telewizji pokazali, jak czołgi T-90 zmierzają do Warszawy. Lektor mówi, że będą tam w ciągu 24 godzin, bo tyle potrzebują do przejechania 1300 kilometrów. Wcześniej jednak do stolicy Polski dostanie się sowiecki desant. Spadochroniarzom wystarczy na to 1, 5 godziny. W tym czasie rosyjskie pociski balistyczne będą w drodze do USA. Na zakończenie filmu na rakiecie widać emotke ze zmrużonym okiem. Ma to oznaczać, że filmik jest żartem. Jeśli tak to raczej kiepskim. Tyle tylko, że jest w nim ziarno prawdy. Taki materiał pojawił się w Rosyjskiej telewizji https://youtu.be/AXWOKhCGyog



Gdyby doszło do hipotetycznego konfliktu, Rosjanie rzeczywiście byliby w kilka godzin w Warszawie. Zapytany o to Wojciech Łuczak mówi - To prawda. Kilka tygodni temu, odbyły się w Polsce ćwiczenia pod kryptonimem Kraj. Jednym z elementów była walka z batalionem rosyjskiego specnazu. Wyniki były takie, że zdecydowano się je utajnić - podkreśla Wojciech Łuczak. Nie chce zdradzać szczegółów, ale dyplomatycznie mówi że, nie napawają one optymizmem. - Takie ćwiczenia powinny odbywać się co dwa lata. Biorą w nich udział organy administracji publicznej, jak i dowództwa oraz sztaby na wszystkich szczeblach kierowania i dowodzenia siłami zbrojnymi - przyznaje generał Roman Polko, były dowódca jednostki GROM. W ramach „Stolica-16” ćwiczono obronę Warszawy przed rosyjskim Specnazem, perfekcyjnie wyszkolonymi komandosami.

Teoretycznie ich atak mógłby wyglądać tak. Przed rozpoczęciem wojny na lotnisku, pojawia się grupa turystów wracających z Wiednia i przesiadająca się na lot do Moskwy. Broń byłaby już w skrytkach na terenie miasta. Ich zadaniem byłoby nie tylko unieszkodliwienie prezydenta czy premiera i najbardziej znanych polityków i generałów, ale też wprowadzenie chaosu w mieście.

Odcięcie prądu, zatrucie wodociągów, wysadzenie kilku stacji benzynowych. - Do jakiego kataklizmu może doprowadzić grupa nawet źle przeszkolonych ludzi, pokazuje ostatni przykład zamachów terrorystycznych w Paryżu - mówi były dowódca GROM, generał Roman Polko. Kiedy Specnaz polowałby na polskich polityków w drodze byłyby rosyjskie pociski samosterujące - Lecą 8 metrów nad ziemią a my nie mamy niczego, co byłoby je w stanie wykryć i zestrzelić. Właśnie takimi rakietami Putin, rozpoczął konflikt z Syrią - podkreśla Łuczak. Rosjanie mają jeszcze Iskandery. Odpalone z okręgu kaliningradzkiego dolatują aż za Berlin. - Przeciwko tym rakietom, nie mamy również żadnej broni - dodaje wojskowy ekspert. Kompleksowy system obrony przeciwrakietowej i przeciwlotniczej, który negocjujemy z amerykanami ma być kompletnie gotowy w….2028 (który jeszcze nie istnieje! SIC!) roku i będzie kosztował 50 mld zł - mówi Łuczak. Do tego czasu naszego nieba bronią pochodzące z lat 60 zestawy rakietowe.

Niewiele pomogą nam też F-16 i pociski do nich kupione u Amerykanów. - Mamy samoloty ale bez systemów naprowadzania i rozpoznawania celów one są ślepe i głuche - podkreśla Łuczak. Do tego maszyny te wymagają specjalistycznych urządzeń i obsługi. Tylko w w bazie w Krzesinach i w Łasku są na przykład specjalne odkurzacze, które pozwalają utrzymywać pasy startowe w odpowiedniej czystości, tak żeby samoloty mogły startować i lądować. To nie wszystko. Oba lotniska są w zasięgi rosyjskich rakiet. - Jedynym ratunkiem byłoby ich przebazowanie, na wypadek konfliktu - Tajemnicą poliszynela jest to, że maszyny trafiłyby do bazy w Niemczech. Kolejna rzecz to kody dostępu do supernowoczesnych rakiet JASSM kupionych za gigantyczne pieniądze od Amerykanów.

Nie mamy jednak do nich dostępu. - Istnieje możliwość unieruchomienia tych rakiet na pokładzie samolotu, drogą radiową przez osoby mające dostęp do kodów źródłowych - mówi nam Michał Likowski, redaktor naczelny branżowego miesięcznika „WTO Raport”. Innymi słowami o użyciu rakiet zdecyduje Amerykanin, siedzący przed komputerem gdzieś w Arizonie z nogami na krześle a nie nasz pilot. Eksperci podkreślają jednak, że wojna nie wybuchnie z dnia na dzień. To proces długotrwały, który narasta tygodniami i nie dzieje się z godziny na godzinę. - Problem w tym, że my liczymy na sojuszników i ich sprzęt. Bazujemy na tym, że Rosjanie nie są gotowi do ataku, tak jak my do jego odparcia. Ale to błędne koło. Na wypadek mobilizacji, będzie za późno żeby lata zaniechań i zaniedbań naprawić - mówi nam Michał Likowski redaktor naczelny „WTO Raport”. I żadnym pocieszeniem nie jest to, że Rosjanie potrzebowali w konflikcie z Ukrainą blisko miesiąca, na to żeby sprowadzić tam kilkaset czołgów.

środa, 8 lipca 2015

Przyszła wojna z Rosją

Zacznijmy od celów. Sądząc po licznych wypowiedziach doradców prezydenta Putina (m.inn. głównego ideologa Kremla, Dugina), jak i samego Putina, można przyjąć że pierwszoplanowym celem Rosji jest odzyskanie kontroli na obszarze byłego ZSSR.

Następnym celem Rosji jest podporządkowanie sobie byłej strefy wpływów ZSSR, w tym Polski tak jak to było za czasów PRL, z możliwością stacjonowania wojsk rosyjskich. Przy tym, ze względu na słabość instytucji państwowych zwłaszcza służb specjalnych w byłych krajach komunistycznych, oba te cele mogą być realizowane równolegle.

W cieniu wojny na Ukrainie Kreml bezkarnie bierze Gruzję po kawałku. Po Abchazji przyszła pora na Osetię Południową. 
- zob.: http://kresy24.pl/64271/nie-tylko-ukraina-rosja-anektuje-kolejne-gruzinskie-terytoria-potem-cala-gruzje/


Jak mógłby wyglądać konflikt Polski z Rosją?

- Rozejrzyjcie się wokół - właśnie tak, możnaby powiedzieć. Postępując zgodnie z teorią pięciu pierścieni płk. Wardena, Rosja uderzyłaby w najwrażliwszy punkt, w samo centrum systemu obronnego Polski aby je zdestabilizować i przejąć kontrolę. Gdyby kastrofa w Smoleńsku nie nastąpiła, trzeba by ją wymyślić.

Pięć kręgów teorii Wardena (źródło: PWL).

Jednak takie wytłumaczenie nas nie zadowala. Zresztą zajmujemy się tu konfliktem zbrojnym a nie samymi działaniami służb specjalnych. Postępując zgodnie z teorią Wardena, i z lekcjami historii, Rosja niekoniecznie musi poprzestać na przejęciu państwa przez agentów. Agenci są czymś nietrwałym, mogą zostać obaleni. Potrzeba więc działań które by utrwaliły na długo osiągnięty stan. Działań bedących logiczną kontynuacją już zapoczątkowanych. Osiągnięty nietrwały stan trzeba przekuć w zwycięstwo które utwali się w świadomości nowych poddanych tak, że ich własna armia będzie go strzec. Będzie to tym łatwiejsze że na czele rządu mamy swoich ludzi. Trzeba więc wykorzystać tę ulotną chwilę i dokonać spektakularnego zwycięstwa. Takie mogą być tory myślenia naszych potencjalnych przeciwników.

Aby utrzymać się w temacie tego wpisu, musimy założyć że nie cała władza znajduje się jeszcze w rękach agentów Rosji, część przywództwa politycznego i część armii nadal jest lojalna wobec narodu. Polityczny lump Donald T. dopiero teraz z przerażeniem odkrył do czego doprowadziły jego działania i postanowił bronić własnej skóry. W tym celu wymyślił chwytliwe hasło "polskich kłów". Lub: naleciałości historyczne i mentalność społeczeństwa wykluczają otwartą zmianę sojuszy i rezygnację z suwerenności na rzecz Moskwy. Zresztą nowy suweren - UE może sobie tego nie życzyć i to jest większy problem niż dobre chęci rządu w Warszawie.

Około 2020 roku, Rosja na skutek rewolucji łupkowej w Europie i świecie, straci swą pozycję najważnieszego eksportera surowców energetycznych. To nic, że sama również posiada duże zasoby gazu i ropy łupkowej. Po prostu inaczej niż dotąd, inni też je posiadają i wkrótce zaczną wydobywać. Trzeba więc wykorzystać ten czas i poszerzyć granice strefy wpływów możliwie jak najbardziej aby opóźnić nadejście tego momentu lub, jeśli to możliwe, zablokować całkowicie.

Mamy więc z grubsza zarysowane tło potencjalnego konfliktu i jego przyczynę. Ustaliliśmy że Rosja chce doprowadzić do podboju przynajmniej części terytorium Polski i utworzyć nowe państwo nad Wisłą ("Wislandię";), przyjazne i spolegliwe wobec władz na Kremlu.

Jak Rosja może osiągnąć ten cel? 

- Wydaje się że Rosja na całym obszarze postsowieckim i postkomunistycznym przyjęła sposób mieszany, pokojowo-wojenny. Tam gdzie może, robi to sposobami pokojowymi, wpływem służb wywiadowczych, szantażem energetycznym, działaniami handlowymi wykupem kluczowych przedsiębiorstw, działaniami dyplomacji. Robi to także w Polsce.

Tam gdzie może, robi to również metodami wojennymi (na przykład w 2008 roku w Gruzji). Przy czym zakrojony na szeroką skalę plan modernizacji armii pozwala stwierdzić że metody wojenne uznawane są na Kremlu za perspektywiczne i będą odgrywały coraz większą rolę.

Na razie Polacy ćwiczą wyłącznie obronę w konfliktach lokalnych.

Na razie, z powodu ograniczonych możliwości swoich sił konwencjonalnych oraz (wciąż jeszcze) dużej siły NATO, widać że przyjęli strategię szakala - krążyć w pobliżu lwa i korzystać gdy się nadarzy okazja, kradnąc małe kąski. Przygotowują się do aktywnej roli w konfliktach lokalnych a gdyby konflikt lokalny przekształcił się w wojnę na dużą skalę, w takiej sytuacji na razie planują ograniczenie się do obrony. Jednak w miarę modernizacji armii liczyć się trzeba że armia rosyjska z szakala zmieni się w hienę - zdolną do samodzielnych polowań na większe ofiary.

Nas interesują przede wszystkim właśnie konflikty na większą skalę, jako niosące najbardziej daleko idące konsekwencje dla państwa i społeczeństwa. Dlatego kolejnym punktem który musimy rozważyć jest w jaki sposób Rosja może dokonać agresji na Polskę. br /> Możliwości wojenne Rosji, pomijając broń masowego rażenia (bo jeśli chodzi o broń jądrową, to Rosja jest na 1 miejscu w świecie) są następujące: 10 armii ogólnowojskowych plus armia powietrzno-desantowa. Około 2500 - 3000 czołgów w linii, 4000 w rezerwie i około 7000 na składach w różnym stanie technicznym.

Biorąc pod uwagę klasyczną przewagę wymaganą do osiągnięcia sukcesu wynoszącą 2:1, Rosja może z zaskoczenia napaść na kraj posiadający nie więcej niż 1500 czołgów. Polska mieści się w tym przedziale posiadając niecałe 700 czołgów w linii. Łatwo zauważyć że aby nas pokonać Rosja nie musi angażować nawet całego swojego potencjału sił konwencjonalnych. Prawdopodobnie wystarczyłoby jej 1400 czołgów, czyli około połowy tego co posiada w jednostkach pierwszorzutowych (tu warto zauważyć że, według planu modernizacji, Rosja osiągnie poziom 1/2 uzbrojenia nowoczesnego ok. 2017 roku, zapamiętajcie tę datę).

Oznacza to = ok. 25-30 brygad zmechanizowanych i pancernych czyli 4-6 armii. Zakładając że 1 lub 2 z tych armii mogą być białoruskie, wystarczą Rosji te armie które posiada w Europie. Jest to ważne gdyż umożliwia przeprowadzenie wojny z Polską  bez przegrupowania dużych sił z Azji i Dalekiego Wschodu, co mogłoby zostać odczytane jako zakłócenie równowagi w skali globalnej. A tak, Rosja może nazwać tę wojne konfliktem lokalnym.

4-6 armii oznacza że na każdą z naszych dywizji uderzy 2 armie rosyjskie, przeciwko każdej naszej brygadzie będzie działać średnio równowartość 3-4 brygad przeciwnika. W praktyce nasz batalion będzie musiał walczyć co najmniej z 1-2 brygadami przeciwnika, czyli z 4-8 batalionami, każda kompania bedzie musiała walczyć co najmniej z 4-26 kompaniami przeciwnika! Tak więc wojska rosyjskie będą posiadać przytłaczajacą przewagę, nawet 18 do jednego! Przy takiej przewadze przeciwnika nie może być mowy o obronie, pozostają działania opóźniające i wycofanie.

Polska zamiast skorzystać z redukcji armii sąsiadów, dla wyrównania potencjałów, rozbrajała się w jeszcze szybszym tempie. Dziś podejmując niewielki wysiłek finansowy rzędu 2,5% PKB rocznie, bylibyśmy w stanie zbudować armię zdolną do samodzielnej obrony kraju.

Możliwość szybkiego zbudowania odpowiedniej przewagi na granicy z Polską Rosja posiada ogromne. W czasie niedawnych ćwiczeń we Wschodnim OW udało się osiągnąć prędkość przegrupowania wojsk transportem kolejowym rzędu 1000 km na dobę, przy normie 650 km/dobę. Oznacza to że Rosja może przegrupować wojska spod Uralu nad Bug w czasie 2-3 dni! Tymczasem jak się niedawno okazało dzięki ujawnionym depeszom przez wikileaks, przy włączeniu krajów bałtyckich do natowskiego planu wzmocnienia, Polska przyznała że do przeprowadzenia szybkiego rozmieszczenia wojsk w celu osłony krajów bałtyckich, potrzebuje więcej niż jeden miesiąc (i to w sprzyjających okolicznościach) a do osiągnięcia pełnej gotowości do działania - nasze wojska potrzebują sześciu miesięcy!

Czy da się przewidzieć na miesiąc do przodu decyzje dowództwa rosyjskiego? 

Oczywiście nie, jak pokazały tegoroczne "niezapowiedziane sprawdziany gotowości" Kreml może zdecydować się uruchomić siłę zdolną zaatakować Polskę w ciągu kilku godzin (w sprawdzianie we Wschodnim Okręgu Wojskowym zostało uruchomionych 5 armii) a więc - wieczorem Putin podejmował decyzję, rano wojska wychodziły z koszar (jednostki desantowe szybciej).

W tym czasie nasi "zawodowcy" zdołaliby być może wyprowadzić część sprzętu spod uderzenia lotnictwa ale niestety część jednostek jest skadrowana i zanim doszłoby do ich pełnego ukompletowania, wojska rosyjskie już przekroczyłyby granicę. A gdzie jeszcze przegrupowanie wojsk znad Odry (gdzie w dalszym ciągu stoi gros naszych najwartościowszych jednostek)? Na to potrzeba co najmniej kolejnej doby.

 
W rzeczywistości czasy są prawdopodobnie znacznie dłuższe (źródło: PWL).

Jednak przecież nie wszystkie wojska rosyjskie w Europie stacjonują pod Uralem. Większość z nich, tych najlepszych, jest o połowę bliżej - pod Moskwą lub na zachód od Moskwy. Aby przegrupować stamtąd wojska na granicę z Polską, powiedzmy w rejon Grodna lub Brześcia, Rosja potrzebuje tylko dobę. Przy czym dzisiejsze wojska nie potrzebują koncentracji żeby rozpocząć uderzenie - mogą to zrobić przez podejście z głębi.

Tak więc mamy dobę, może półtorej doby żeby przygotować obronę. Niestety to za mało, gdyż (co za pech!) "rząd" Donalda Tuska praktycznie ogołocił "ścianę wschodnią" z wojska, w zemście za niewłaściwe głosowanie tamtejszych mieszkańców, którzy tradycyjnie głosują na prawicę. Wcześniej pomiędzy Warszawą a Brześciem była 1 Brygada Pancerna, w Białymstoku i Siedlcach były bataliony Obrony Terytorialnej, w Lublinie 3 Brygada Zmechanizowana. Obecnie pomiędzy Warszawą a Brześciem pozostał tylko jeden batalion ogólnowojskowy dyslokowany w Wesołej - praktycznie na przedmieściach Stolicy. Na całym ponad 300 kilometrowym "froncie", od Suwałk po Chełm - tylko 3 bataliony 1 Brygady na lewym brzegu Bugu. Pułk rozpoznawczy w Białymstoku posiada zerowe możliwości utrzymania terenu. Oznacza to że armia rosyjska może bez przeszkód, w ciągu maksymalnie doby stanąć na prawym brzegu Wisły.

Przy posiadaniu takich atutów atakujący zazwyczaj na przeciwnym brzegu rzeki wysadza desant aby uchwycić mosty i przyczółki i stworzyć warunki do rozwinięcia powodzenia. Tak więc nasza dwubatalionowa 25 Brygada kawalerii Powietrznej będzie zajęta walką z rosyjską dywizją powierzno-desantową w rejonie mostu Poniatowskiego i Łazienkowskiego, Grom będzie zajety walką z rosyjskim specnazem polujacym na drugorzędnych ministrów (bo premier i prezydent już dawno będą w drodze do Brukseli), a dowódca samotnego batalionu z Wesołej, będzie się zastanawiał czy iść bronić Siedlec przed czołówkami rosyjskiej 4 Dywizji Pancernej, czy może pomóc 25 BKPow walczyć o mosty na Wiśle z rosyjską dywizja powietrzno-desantową, bo Siedlce są już stracone. Jednym słowem nastąpi totalny chaos, panika i wielka ucieczka cywilów na Zachód. Ta ucieczka spowoduje zakorkownie dróg co dodatkowo utrudni przegrupowanie 11DPanc i 12DZ na wschód.

Po 2 dniach będzie już pozamiatane, w Warszawie powstanie nowy rząd, oczywiście przygotowany znacznie wcześniej, z premierem Millerem i prezydentem Kwaśniewskim a może z premierem Sierakowskim i prezydentem Owsiakiem? Zresztą jakie to ma znaczenie, ważne że szybko wystąpimy z NATO i wstąpimy do nowego związku ZPBiR - Związku Polski Białorusi i Rosji a może "Demokratycznego Związku Wolnych Państw Euro-Azji"? - Jak zwał tak zwał, ważne że będziemy znowu bardzo szczęśliwi. Tak przynajmniej będzie twierdzić zdecydowana większość "autorytetów moralnych" oraz "ekspertów", "dziennikarzy" i prezenterów "zaprzyjaźnionych telewizji".

źródło:
http://przegladmilitarny.blogspot.co.uk/2013/10/jakie-sa-obecne-mozliwosci-ofensywne.html

wtorek, 7 lipca 2015

Wojna Rosji



Rosja musi zaatakować Polskę. Jeśli chce odbudować imperium. Dziś w Donbasie walka nie toczy się o to czy Ukraina przetrwa, ale o to czy Moskwa odbuduje radzieckie imperium - twierdzi były minister obrony Narodowej Romuald Szeremietiew.

Goszcząc w programie "Jeden na jeden" w TVN24 były minister obrony wyraził pogląd, że Moskwa dąży do odbudowy wpływów w regionie Europy-Środkowowschodniej a geopolitycznych partnerów widzi nie w Polsce czy Państwach Bałtyckich, a we Francji, Niemczech, czy Hiszpanii. I to z tymi krajami chce współtworzyć nowy ład w Europie.

- czyt. dalej: http://polska.newsweek.pl/wojna-na-ukrainie-rosja-musi-zaatakowac-polske-twierdzi-byly-minister,artykuly,357321,1.html

Jak podała „Niezawisimaja Gazieta” Władimir Putin podjął decyzję, która w sposób katastrofalny może zmienić świat na zawsze. Zarządził ruchy wojsk i sprzętu, które przez NATO i poszczególne kraje (w tym potęgi atomowe) nie mogą zostać odczytane inaczej niż przygotowania do – jak to określono – „ofensywy jądrowej na dużą skalę”

Analitycy z poszczególnych agencji wywiadowczych produkują alarmistyczne raporty i przedstawiają je politykom. „The Diplomat”, czyli strona internetowa z analizami geopolitycznymi (powołując się na Global Security Newswire), pisze wprost: od czwartku w Rosji mamy do czynienia z wielkimi przygotowaniami na wypadek wojny atomowej, w której rolę inicjatora konfliktu odegra właśnie Rosja. – To trzydniowe ćwiczenia z udziałem 10 tys. wojsk z 30 jednostek oraz użyciem 1000 sztuk sprzętu – czytamy w raporcie.

„Niezawisimaja Gazieta”, która jako pierwsza podała informacje o ruchu rosyjskich wojsk i wyrzutni zdolnych do przenoszenia głowic z ładunkami nuklearnymi, pisze natomiast  o „ćwiczeniu ofensywy jądrowej na wielką skalę”. „Uczestnicy manewrów zajmują pozycje charakterystyczne dla sytuacji ewentualnego odpalenia rakiet i tworzą harmonogramy prac administracyjno-operacyjnych na wypadek wojny”.

- czyt. dalej: http://www.fakt.pl/rosja-gotowa-do-wojny-atomowej-przerazajaca-decyzja-putina,artykuly,452657,1.html

Jak blisko do wojny? - Na to pytanie można też odpowiedzieć że wojnę to mamy już.
To co się dzieje na Ukrainie lub w Syrii jest najbardziej spektakularnym jej fragmentem, ale nie jedynym.

Chcąc nie chcąc bierzemy w niej udział, nawet w pewien sposób bezpośrednio, a pośrednio w znacznym stopniu.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności nie mamy jeszcze wojny na swoim terenie, ale jest ona tak niedaleko że jej dojście do naszych granic nie jest wykluczone i to nawet w niedalekiej przyszłości.
Ludzie w to nie wierzą, podobnie jak pamiętam nie wierzono w II wojnę światową uznając że groza I wojny pokutująca w pamięci ówczesnego dorosłego pokolenia była dostatecznym hamulcem przed rozpętaniem nowej.

- czyt. dalej: http://naszeblogi.pl/55853-jak-blisko-do-wojny

Kiedy Zachód w ostatnich latach zmniejszał swoje wydatki na wojsko, Rosja zwiększała budżet resortu obrony. Przez to ma nowe rakiety, bombowce oraz okręty podwodne. Teraz zbrojenia w Rosji jeszcze przyspieszyły.

Rosyjski prezydent Władimir Putin postawił krajową gospodarkę w stan mobilizacji, by Kreml mógł wydać miliardy dolarów na atomowe okręty podwodne, myśliwce, supernowoczesne drony bojowe i nowoczesne pociski balistyczne. 

Admirał Alan West, były zwierzchnik królewskiej marynarki i były minister bezpieczeństwa, uważa, że dozbrajanie rosyjskich sił zbrojnych to powód do poważnego niepokoju.
Jego zdaniem szaleństwem byłoby w tej sytuacji obcinanie wydatków obronnych po wyborach w Wielkiej Brytanii. A takie zapowiedzi już nieraz padały z ust czołowych brytyjskich polityków. 

W latach 2010-2014 wydatki Rosji na obronność realnie wzrosły o 35 proc., informuje brytyjski Międzynarodowy Instytut Studiów Strategicznych (IISS). W tym samym okresie Wielka Brytania obniżyła nakłady na cele wojskowe o blisko 9 proc. 

Po wojnie z Gruzją w 2008 roku Putin zarządził unowocześnienie rosyjskich sił zbrojnych - w okresie 2011-2020 Rosja przeznaczy równowartość 317 miliardów dolarów na nowy sprzęt militarny. Przewiduje się, że do końca dekady unowocześnione zostanie 70 proc. wyposażenia wojskowego - armia wzbogaci się o 2300 nowych czołgów i 1200 nowych śmigłowców i samolotów. 

- Krótko mówiąc [Putin], stawia całą gospodarkę w stan mobilizacji - twierdzi wspomniany West. - To nowy, bardzo skuteczny sprzęt, nie powinniśmy absolutnie tego lekceważyć.

- czyt. dalej: http://www.polskatimes.pl/artykul/3769199,rosja-zbroi-sie-na-potege-czy-szykuje-sie-do-wojny-iii-wojna-swiatowa,id,t.html

Zachęcam do przeczytania bardzo ciekawej i wnikliwej analizy dr Ryszarda M. Machnikowskiego dot. obecnej sytuacji międzynarodowej ze szczególnym uwzględnieniem dążeń Rosji i sytuacji geopolitycznej w świecie.

"Nasz kraj musi szybko odbudować elementarne zdolności obronne, których w chwili obecnej nie posiadamy, czyli dysponować autonomicznymi zdolnościami uczynienia zbrojnej agresji na nasz kraj tak kosztownej, że dla agresora nieopłacalnej. Niestety, opłaca się pomagać jedynie silnym, więc takimi musimy się szybko stać. Dzięki temu wzrośnie także nasza pozycja na arenie międzynarodowej, więc per saldo się to opłaca." - mówi w rozmowie z dr Robertem Czuldą prof. Ryszard Machnikowski, Dyrektor Instytutu Międzynarodowych Studiów Kulturowych WSMiP Uniwersytetu Łódzkiego, specjalista ds. terroryzmu i przemocy politycznej oraz relacji transatlantyckich. W wywiadzie poruszane są także zagadnienia związane z działaniami Rosji w świetle kryzysu na Ukrainie oraz postawą NATO.


Dr Robert Czulda: Obecnie sytuacja na wschodzie Ukrainy wydaje się być dużo spokojniejsza, niż jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Skąd taki stan? Czy to efekt "stanowczej polityki" Zachodu?
Prof. Ryszard Machnikowski: Jak to zwykle w polityce bywa, jest to efekt wielu czynników. Jednym z nich jest „stanowczość Zachodu”, choć trzeba tu wyraźnie zaznaczyć, że jest to czynnik relatywnie świeży, kompletnie nieobecny u zarania tego konfliktu – jego narodziny datowałbym na późne lato 2014 r. Wcześniej Zachód był wyraźnie zaskoczony wydarzeniami i decyzjami podejmowanymi przez Kreml, zwyczajnie nie miał jednolitej polityki wobec stron konfliktu – wtedy to Rosja w pewnym sensie kontrolowała jego przebieg. Trudno się temu dziwić, biorąc pod uwagę, że władze tego kraju spodziewały się kolejnego przesilenia wokół Ukrainy. Przygotowywały się na takie przesilenie, a nawet zaryzykowałbym hipotezę, że po części same je wywołały, by zrealizować swoje plany. Jednak ostatecznie nadzieje, które w nim pokładały, nie spełniły się – rosyjskie kalkulacje zwyczajnie się nie sprawdziły. Rosja zakładała, że reakcja na ten konflikt będzie zbliżona do zachodniej reakcji na „kryzys gruziński” i że uda jej się zrealizować swe cele relatywnie niskim kosztem. Te nadzieje, na szczęście, okazały się płonne. 
W której fazie konfliktu znajdujemy się obecnie? 
Analizując konflikt rosyjsko – ukraiński należy wyróżnić w nim trzy dotychczasowe fazy, różniące się wyraźnie od siebie. Teraz oczekujemy na fazę czwartą, stąd to relatywne „uspokojenie”. Może to być cisza przed burzą, może to oznaczać, że konflikt ten zostanie „zamrożony” na poziomie pełzającej destabilizacji o niskiej lub co najwyżej średniej intensywności. Pierwsza faza konfliktu miała miejsce od późnego lata 2013 r., gdy Kreml przygotowywał grunt pod dalsze działania, czyli poprzez nacisk gospodarczo – psychologiczny wymuszał decyzję o nie podpisywaniu przez ekipę Janukowycza traktatu stowarzyszeniowego z UE. Unia była na to nieprzygotowana i wtedy Rosjanie ewidentnie kontrolowali ten konflikt. Jego celem było zawrócenie Ukrainy z drogi na Zachód i pacyfikacja prozachodniej ukraińskiej opozycji. Rosja liczyła zapewne, że na Ukrainie da się powtórzyć wariant z 13 grudnia 1981 r., gdy rozprawy z opozycją w Polsce podjął się ówczesny przywódca komunistycznego państwa polskiego, gen. Jaruzelski. Naciski gospodarczo – psychologiczne są tu porównywalne, choć oczywiście epoka już inna. 
„Dyktatorskie” uprawnienia, przyznane Janukowyczowi w styczniu 2014 r. miały mu ułatwić zbrojną rozprawę z opozycją po sprowokowanym rozlewie krwi na Majdanie, za który obwiniono by tę opozycję, co się zresztą stało. Jednak, i tu pierwsze duże rozczarowanie dla Rosjan, Janukowycz nie chciał lub nie był w stanie podjąć się tej misji i zwyczajnie zrejterował, zostawiając władzę leżącą na ulicy. Wystarczyło, że siły opozycyjne się schyliły, by mieć ją w swoich rękach, dekompozycja obozu dawnej władzy postąpiła błyskawicznie, a inicjatywa przeszła w ręce sił antyrosyjskich. Wówczas Moskwa uruchomiła „plan ratunkowy” czyli korzystając z nadarzającej się okazji błyskawicznie oderwała Krym od Ukrainy, co było przygotowywane od dawna, a następnie przystąpiła do „destabilizacji” wschodu Ukrainy.
Celem było oczywiście przejęcie bazy w Sewastopolu i uniemożliwienie, by dostała się kiedyś w ręce NATO. Tego na Kremlu boją się bowiem najbardziej – nie tego, że Ukraina stowarzyszy się z UE, która jest w Moskwie postrzegana jako słaba i tymczasowa organizacja, tylko że będzie to prowadzić do wejścia Ukrainy do NATO. Choć więc bieg wydarzeń nie był taki, jak to pierwotnie zakładano, to Rosja wtedy wciąż jeszcze kontrolowała przebieg akcji. Reakcja Zachodu nie była również zaskoczeniem – Zachód jako całość wówczas nie istniał, USA „przespały” całkowicie tę fazę konfliktu, zgodnie z zasadą polityki zagranicznej Obamy nieangażowania się w „lokalne” konflikty i zostawianie ich rozwiązania na głowie lokalnych głównych graczy, czyli w tym wypadku Niemiec, wspieranych przez Francję. Ponieważ Niemcy są wciąż za słabe, by udźwignąć rolę rzeczywistego regionalnego mocarstwa, było jasne, że nie podołają temu zadaniu, co uwidoczniło się wyraźnie w ich reakcji na konflikt w jego początkowej fazie – Europejczycy patrzyli się bezradnie na Amerykanów, a Amerykanie na Europejczyków i nie mieli pomysłu, co można by zrobić. Przeważało wtedy przekonanie, że właściwie nic się takiego nie stało, Krym należy się Rosji jak psu miska i wkrótce można będzie wrócić do czasów business as usual, na co naciskał zresztą silnie niemiecki przemysł.
A druga faza?
W drugiej fazie konfliktu gra również toczyła się pod dyktando Rosjan – stworzyli i uzbroili oni oddziały „ludowego powstania”, które gładko zdobywały teren wschodu Ukrainy i ogłaszały powstawanie „republik ludowych” bez jakiegokolwiek sensownego oporu ze strony państwa ukraińskiego. Do tego momentu wszystko szło niemal po myśli Kremla – zakładano tam powtórzenie wariantu krymskiego przy niemal nieistniejącej reakcji zachodniej, koszty działań rosyjskich były wtedy przecież minimalne, bo takież były wtedy zachodnie sankcje wobec Rosji. Potem jednak wszystko zaczęło się powoli psuć. Ukraińskie państwo przestało finansować ludność na utraconych terenach, co było poważnym ciosem i przerzuceniem kosztów utrzymania na stronę rosyjską, a następnie przystąpiło do zbrojnego kontrataku, wypierając nieregularne siły „republikańskie” z zajmowanych terenów. Wymusiło to bezpośrednią interwencję zbrojną regularnych wojsk rosyjskich, by powstrzymać ukraińską ofensywę. To się oczywiście zbrojnie udało, ale wówczas Rosja nie mogła już udawać, że nie jest „stroną” tego konfliktu – oczywiście to występuje do dziś w propagandzie nastawionej na ludność, ale głowy państw zachodnich widząc zdjęcia satelitarne pokazujące masowy napływ ciężkiego sprzętu na wschód nie mogły mieć jakichkolwiek wątpliwości co się tam dzieje. USA dostrzegły, że skutki braku działania będą dużo poważniejsze niż podjęcie działań powstrzymujących Rosję i powoli przystąpiły do akcji, co w końcu wyraźnie usztywniło stanowisko Niemiec i przy okazji Francji. Poza tym zdarzył się tragiczny lot MH-17, który pokazał, że ofiarami tego konfliktu mogą być nie tylko Ukraińcy, na co byłoby jeszcze przyzwolenie Zachodu.
Wtedy rozpoczęła się faza trzecia, czyli faza właśnie wspomnianej „stanowczości Zachodu”, która, jak na razie, zastopowała poważniejsze działania rosyjskie. Inicjatywa wymknęła się już wtedy z rąk Rosji – Zachodu nie udało się podzielić, mimo wielu aktywnych starań Rosjan na różnych polach, NATO zaczęło reagować, początkowo niemrawo, później coraz bardziej zdecydowanie, widać też wyraźnie, że Pentagon wymógł na Białym Domu ostateczne porzucenie polityki nieangażowania się w ten konflikt, na rzecz znanej od dziesięcioleci polityki powstrzymywania Rosji – na kontynent europejski powoli wracają samoloty A-10, amerykańskie czołgi, a z czasem zapewne i pociski Tomahawk oraz broń jądrowa. Teraz nastąpiło „zamrożenie” konfliktu w oczekiwaniu na jego kolejną, czwartą fazę.            
Czego możemy się spodziewać? Deeskalacji konfliktu, czy też wznowienia walk na dużą skalę?
Ponieważ przewidywanie jest trudne, zwłaszcza gdy odnosi się do przyszłości, a w polityce może się zdarzyć niemal wszystko, wszelkie analizy predykcyjne trzeba zaopatrzyć w klauzule prawdopodobieństwa. Zachowując ostrożność w ocenie, zarówno deeskalację, jak i wznowienie walk na dużą skalę uważam obecnie za najmniej prawdopodobną. Pierwszy wariant, czyli wycofanie poparcia rosyjskiego dla „powstańców” co oznaczałoby ich militarny, a następnie polityczny upadek, byłoby równoznaczne z przegraną Rosji i jej blamażem, ale nie na Zachodzie, bo po części już do tego doszło, lecz wobec ludności rosyjskiej. Dla ekipy Putina byłoby to niesłychanie niebezpieczne, bowiem wewnętrznym celem tego konfliktu, który Putin rozpętał na Ukrainie, jest przecież utrzymanie się przy władzy dzięki wznieceniu fali autentycznego poparcia, co przecież się stało. Wielkoruski szowinizm, wzbudzony przez Kreml w społeczeństwie, to przekonanie o wyjątkowości Rosji sięgające idei neobizantynizmu i Moskwy jako „trzeciego Rzymu” ratującej wręcz cywilizację przed zalewem zachodniej dewiacji i islamistycznego barbarzyństwa, jak i przede wszystkim o potędze, zwłaszcza militarnej, państwa rosyjskiego jest przecież dziś podstawą legitymizacyjną putinowskiego reżimu, który jak diabeł święconej wody boi się jakiejś wersji rosyjskiego „majdanu” na placu Czerwonym.
Otwarta przegrana Rosji na Ukrainie poważnie nadszarpnęłaby tę podstawę legitymizacyjną, zaś okazując słabość na zewnątrz Putin ryzykowałby podważenie swej domniemanej mocy w samej Rosji. Jednocześnie sytuacja Rosji nie zmusza jej jeszcze w tej chwili do wycofania się z wschodniej Ukrainy i koncesji na rzecz Zachodu. Zatem ten wariant jest obecnie niesłychanie mało prawdopodobny.  
A wznowienie walk? 
Także i w tym mało prawdopodobne wydaje się wznowienie walk na dużą skalę - czy pod postacią inwazji na wschód Ukrainy (zbrojne „przebijanie” się do Naddniestrza) czy wręcz marszu na Kijów – ten wariant byłby paniczną ucieczką do przodu, wręcz skokiem w nieznane. Otwarta agresja na Ukrainie na dużą skalę zmusiłaby Zachód do nasilenia sankcji w obliczu tej, już wówczas jednoznacznej nowej zimnej wojny, a Rosję wciągnęłaby w konflikt, który można wygrać jedynie bardzo wielkim kosztem. Dla obecnej Rosji, wzbogaconej o doświadczenia afgańskie i czeczeńskie, byłoby to wielkie ryzyko – podporządkowanie otwarcie antyrosyjskiego zachodu Ukrainy (Galicji) i otwarty konflikt z Zachodem wymagałyby wielkich poświęceń, na które ludności rosyjskiej zwyczajnie dziś nie stać i na które nie jest gotowa.
Jeśli Putin rozumuje racjonalnie, a wbrew wrażeniu, które usilnie pragnie wzbudzić na Zachodzie, tak jest, będzie w najbliższym czasie kontynuował „destabilizację” wschodu Ukrainy raz eskalując go, ale do precyzyjnie wyliczonego poziomu, a raz lekko „deeskalując” do poziomu „spokoju”, licząc na wycieńczenie zarówno Ukrainy, jak i Zachodu w nadziei, że da się w końcu wynegocjować jakiś kompromis możliwy do zaakceptowania przez wszystkie strony, który da się wewnętrznie przedstawić jako „triumf Rosji”, zapewne na bazie pomysłu „federalizacji” Ukrainy czyli faktycznego pozbawienia Kijowa kontroli nad wschodem kraju.
Z reguły gdy nie ma szans na wygraną, a porażka nie jest jeszcze nieuchronna, przewleka się konflikt. Sądzę więc, że Putin zastosuje ten wariant grając na wycieńczenie Ukrainy i być może również zmęczenie Zachodu przeciągającym się konfliktem. Co jednak będzie, gdy wycieńczy w ten sposób Rosjan, trudno przewidzieć. Trzeba jednak pamiętać, że nieraz mało prawdopodobne warianty rozwoju wydarzeń stawały się rzeczywistością, a to co wydawało się najbardziej prawdopodobne okazywało się fantazją, więc należy być ostrożnym w prognozowaniu.
Analitycy różnią się w ocenie wpływu sankcji Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych na sytuację gospodarczą Rosji, a więc także na działania polityczne Moskwy. Czy możemy ocenić ten wpływ?
Same sankcje unijne miały w mojej ocenie wpływ raczej umiarkowany, ale w połączeniu z działaniami amerykańskimi, nie tylko zresztą sankcjami, postawą rządu ukraińskiego, a przede wszystkim spadkiem cen ropy naftowej, ostatecznie wpłynęły na działania Moskwy. Gdybym miał wskazać pojedynczy czynnik ekonomiczny, który ma największy wpływ na sytuację gospodarczą Rosji, to byłby nim spadek cen ropy, a ten zawdzięczamy w największym stopniu Arabii Saudyjskiej. Przyszłość być może odpowie na pytanie, czy byli oni zachęcani do tego przez Amerykanów, czy też była to ich autonomiczna decyzja – tak też mogło być, gdyż Dom Saudów od dawna ma na pieńku z ekipą Putina, chociażby z powodu rosyjskiego poparcia dla Iranu.
Zachęcani czy nie, Saudyjczycy postanowili kolejny raz przypomnieć Rosji jaki mają wpływ na jej gospodarkę i jak wiele zależy od ich dobrej lub złej woli – z pewnością w pełni wykorzystali tę znakomitą nadarzającą się okazję, by okazać swe „niezadowolenie” z polityki rosyjskiej na Bliskim Wschodzie w sposób dla Rosji wyraźnie odczuwalny. Ponadto, Kreml dziś widzi już wyraźnie, że mimo swoich starań uzyskuje skutki odwrotne od zamierzonych – wybudził ekipę Obamy z letargu, reaktywował podstawową misję NATO, jakim jest obrona jego członków, nasila obecność militarną Amerykanów w Europie, zamiast ją wygaszać – ostatnich kilka miesięcy to pasmo porażek Rosji i jej polityki zewnętrznej. A teraz nad Rosją zawisło jeszcze widmo odebrania jej mistrzostw świata w piłce nożnej, co przecież jest też efektem działań amerykańskich i co byłoby, gdyby się ziściło, gigantycznym ciosem prestiżowym dla Putina, mającym wpływ na jego wizerunek w samej Rosji – zamiast potężnego i wszechmocnego cara Rosjanie ujrzeliby lidera, którego ambitnym planom może zagrozić byle defektor z FIFA wyznający swe grzechy śledczym z FBI. Od dawna wiemy, że nie ma nic bardziej zabójczego dla autorytarnego reżimu „silnego przywódcy”, niż wyraźnie uwidoczniona słabość.
Jakie mogą być kolejne kroki Rosji?
Musimy pamiętać trafną charakterystykę Rosji, że nie jest ona nigdy ani tak silna, ani tak słaba na jaką wygląda. Jednak okres jej siły mamy już chyba za sobą i kraj ten wchodzi w okres bezsiły, co może być nawet bardziej niebezpieczne. Rosja po prostu powoli wyzbywa się swoich zasobów, które wcześniej potrafiła dość skutecznie wykorzystywać w swej rozgrywce z Zachodem, w tym tych służących straszeniu, które przestaje być efektywne. Ile razy można grozić np. Polsce, że przeniesie się do obwodu kaliningradzkiego rakiety Iskander? Ile razy można symulować atak rakietowy na Sztokholm czy Warszawę? Raz czy dwa to zadziała, ale za dziesiątym straci swą wagę i tym samym moc.
Rosja „spaliła” znaczną część swojej agentury wpływu – jej identyfikacja dzisiaj nie wymaga szczególnej przenikliwości – EPPR czyli europejska partia przyjaciół Rosji jest aktywna i widoczna od początku konfliktu na Ukrainie i zdążyliśmy się do niej przyzwyczaić, rosyjskim trollom na forach internetowych wyraźnie brakuje weny, embarga gospodarcze nie przynoszą zakładanych skutków, kupowanie przyjaciół nie prowadzi do żadnych efektów pozawerbalnych – są kraje, które chętnie wykorzystują dzisiejszą podatność Rosji do pójścia na ustępstwa w ważnych dla nich sprawach, ale sprawia to koniunkturalne wrażenie i nie przyniesie jej trwałego oparcia w Unii. Oczywiście, rosyjskie samoloty wojskowe będą latać coraz niżej nad NATO-wskimi  okrętami lub coraz bliżej granic tych państw, minister Ławrow i rosyjscy „dyplomaci” nie przepuszczą okazji, by publicznie straszyć rządy i społeczeństwa okropnymi skutkami wzmocnienia swych zdolności obronnych, na licznych paradach wojskowych Rosja będzie pokazywać sprzęt, w który być może wyposaży swą armię za 10 lat, jeśli w ogóle kiedykolwiek, oraz będzie organizować niezapowiedziane manewry z udziałem kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy w odpowiedzi na kilkutysięczne manewry krajów NATO. I dobrze, bo będzie się w ten sposób wciągać w „wyścig zbrojeń”, jak za czasów Reagana, i marnować swe topniejące zasoby materialne na działania, które nie będą na dłuższą metę skuteczne, chyba, że celem Rosji jest popełnienie zbiorowego samobójstwa, czyli rozpętanie III i tym samym ostatniej w dziejach ludzkości wojny światowej.
Oczywiście Rosja będzie kontynuowała dokonywanie licznych cyberataków na infrastrukturę krytyczną zachodnich państw czy też zuchwałych aktów cyberszpiegostwa, będzie stosować prowokacje zwłaszcza wobec mniejszych państw bałtyckich, nie wykluczałbym z jej strony także przeprowadzenia działań dywersyjnych, w tym aktów terroryzmu pod fałszywą flagą. Jednym słowem, będzie cały czas toczyć z Zachodem tę niewypowiedzianą wojnę wszelkimi dostępnymi środkami dającymi jej gwarancjędeniability – zaprzeczenia, że to robi. Będzie wspierała mniej lub bardziej otwarcie działania wrogów Zachodu – Iranu, Korei Północnej, na ile to będzie możliwe. Będzie prowadzić na wielką skalę operacje informacyjno – psychologiczne, na wzór „operacji Snowden”, czy najnowszej, skierowanej przeciwko Arabii Saudyjskiej w postaci „wycieku” dokumentów saudyjskich właśnie zamieszczanych na portalu Wikileaks. I tym samym będzie jednoczyć wszystkich swoich przeciwników i utwierdzać ich w przekonaniu, że jest siłą destrukcyjną, którą trzeba aktywnie powstrzymywać – jeśli dziś nawet Frank Walter Steinmeier, dawny architekt dobrych stosunków z Rosją w Niemczech pozwala sobie na publiczną irytację, to o czymś to musi świadczyć. 
Rosja nie ma dziś dobrych alternatyw działania, może siać jedynie mniejszą lub większą destrukcję, pogłębiając tym samym swoją izolację. Putin znalazł się w ten sposób w sytuacji, z której trudno wyjść bez utraty twarzy, a za utratą twarzy może pójść utrata władzy. Nie może to dziwić – jego ekipa to ludzie niesłychanie sprawni w działaniach operacyjnych czy taktycznych, jednak dla dawnych oficerów operacyjnych KGB średniej rangi, myślenie strategiczne jest poza zasięgiem. Sądzę, że w tej chwili oni nie wiedzą, co robić, co potęguje ich frustrację a to wzmacnia agresję, którą starają się wyrazić w taki sposób, by wszyscy wiedzieli, że Rosja może szkodzić, ale trudno by to było jednoznacznie udowodnić.
Obecnie Unia Europejska ma szereg innych problemów, jak choćby migracja lub terroryzm. Jako przykład podaję tutaj sytuację we Francji, gdzie z uwagi na zagrożenie terrorystyczne jest (według dostępnych informacji) konieczność rozmieszczenia 7 tys. żołnierzy do ochrony terytorium kraju, przez co nie można ich np. wydzielić do wykonywania misji w ramach artykułu 5 traktatu waszyngtońskiego. Na ile problemy te odwracają lub mogą odwrócić uwagę państw europejskich od sytuacji na wschodzie?
Na szczęście w chwili obecnej jeszcze możemy sobie dać radę bez wsparcia francuskich żołnierzy, więc sytuacja nie jest beznadziejna. Ale odpowiadając serio – Unia Europejska znajduje się dziś między młotem a kowadłem dwóch wysoce destrukcyjnych sił o zupełnie innym charakterze – między Rosją a Państwem Islamskim i będzie musiała sobie z tym radzić. Sądzę zresztą, że to drugie zagrożenie będzie bardziej trwałe, niż to pierwsze. Główne kraje UE takie jak Niemcy, Francja czy Wielka Brytania od dawna grają swe symultany na różnych szachownicach – oczywiście, spektakularne zdarzenia na jednej zmuszają do skupienia się na tej właśnie, ale wygląda na to, że będą to konflikty długoterminowe, a takie są Zachodowi znane. Rosji udało się w końcu na trwałe przykuć uwagę Berlina czy Paryża, zatem nie bałbym się dzisiaj, że zabraknie tam zasobów niezbędnych do opracowywania właściwych środków reakcji. 
Konflikt z Rosją jest prostszy do ogarnięcia, niż konflikt z Państwem Islamskim – Europa Zachodnia nie ma przecież problemu z 20 milionami Rosjan zamieszkującymi jej terytorium, którzy mogą poddać się agresywnej prorosyjskiej propagandzie, natomiast mają problem z mniejszością muzułmańską, na którą ideologia islamizmu z dekady na dekadę oddziałuje coraz mocniej i wyraźniej. Ponadto, konwersja na „rosyjskość” jest mało prawdopodobna, a na radykalny islam znacznie bardziej. Ta rzekoma wojna „hybrydowa”, którą Rosja zastosowała na Ukrainie, jest przecież nie do powtórzenia na Zachodzie, poza oczywiście państwami nadbałtyckimi. Zatem ewentualne rozwiązanie obu tych problemów ma zatem krańcowo odmienny charakter.
Czy NATO jest gotowe, technicznie i psychologicznie, szybko odpowiedzieć na ewentualną agresję Rosji na swoich wschodnich sojuszników?
Tak naprawdę nie dowiemy się tego, dopóki nie przyjdzie chwila takiej próby, ale ta jest z miesiąca na miesiąc coraz mniej prawdopodobna. Tu sytuacja zmieniła się w ciągu ostatnich niespełna dwu lat zasadniczo. Gdybym miał na to pytanie odpowiedzieć dwa lata temu, odpowiedź brzmiałaby – zdecydowanie nie. Rok temu – nie wiem. Dziś – w coraz większym stopniu tak. Największy i najważniejszy przełom, który w moim przekonaniu tu nastąpił, to właśnie przełom psychologiczny. Dwa lata temu dywagowanie na temat reakcji militarnej na ewentualny konflikt z Rosją byłoby na Zachodzie niewyobrażalne – wszyscy byliby sparaliżowani taką perspektywą – konflikt rosyjsko – ukraiński, jego przebieg dał jednak NATO niezbędny czas na oswojenie się z tą myślą, i powolne wypracowanie zdolności materialnych, których przecież armiom NATO nie brakuje. Nie jest przecież tak, że NATO nie ma zdolności militarnych. Nie doszło, na szczęście, do jednostronnego rozbrojenia krajów zachodnich, a przewaga technologiczna Zachodu nad Rosją nadal istnieje.
W moim przekonaniu podstawowym problemem był problem psychologiczny. Gdyby Rosjanie weszli do krajów bałtyckich w marcu 2014 r. Zachód nie zrobiłby nic – nie wiedział co zrobić i czy w ogóle coś robić. Dziś wciąż nie wiem, czy by faktycznie zdążył, ale sądzę, że wiedziałby co i chciałby to zrobić. Miejmy jednak nadzieję, że nie będzie potrzeby weryfikacji tego stwierdzenia – ja od zawsze powtarzam każdemu, kto o to pyta, że najlepszą i najprostszą metodą obrony jest prewencja poprzez zniechęcanie przeciwnika do ataku. W tym przypadku permanentne stacjonowanie oddziałów NATO na terenie „nowych” członków – przede wszystkim państw nadbałtyckich, ale też Polski i Rumunii, osiągnęłoby taki efekt. Nie sądzę, by Rosja chciała i mogła wejść w otwarty konflikt zbrojny z państwami NATO (czym innym jest powtórzenie scenariusza ukraińskiego w kraju nadbałtyckim, który można by przedstawić jako „samoobronę” Rosjan przed estońską czy łotewską „dyskryminacją” i opresją). Na szczęście powoli zmierzamy w dobrym kierunku stałej dyslokacji wojsk sojuszu, właśnie dzięki działaniom Rosji na Ukrainie. Powinniśmy być za to, przewrotnie, wdzięczni prezydentowi Putinowi – dzięki niemu, mam wielką nadzieję, wkrótce będziemy mieli NATO-wskie boots on the ground w Europie Środkowej, co jest najlepszą gwarancją trwałego pokoju w tym regionie.
Rozumiem, że jest Pan zwolennikiem stałej obecności wojsk NATO w państwach Europy Środkowo-Wschodniej, a nie tylko tymczasowej, w odpowiedzi na kryzys ukraiński?
Oczywiście. Sceptykom proponuję zastanowienie się nad następującym problemem – czy w okresie pierwszej zimnej wojny trwała obecność amerykańskiego wojska w RFN zwiększała, czy zmniejszała bezpieczeństwo tego państwa? I dlaczego nie było wtedy niemieckiego rządu, który chciałby tę obecność drastycznie zmniejszyć, przeciwnie, zgadzał się nawet na rozmieszczenie pocisków Pershing i Tomahawk na jego terytorium?
Jak wynika z badań opinii publicznej, większość obywateli państw Europy Zachodniej nie chce, aby w razie konieczności bronić wschodnioeuropejskich sojuszników na mocy artykułu 5 traktatu waszyngtońskiego. Co to mówi o kondycji NATO i jakie wnioski płyną z tego dla Polski?
Jest to zrozumiałe – ludzie chcą uniknąć wojny, nawet kosztem nie swoich ofiar. Przecież my nie włączamy się aktywnie w obronę Ukrainy i bardzo wątpię, by gdyby ta była w NATO, większość Polaków deklarowałaby, że trzeba ją bronić naszym kosztem. To mówi nie tyle o kondycji NATO, co o kondycji zachodniej Europy – używając słów Winstona Churchilla – zachodni Europejczycy mogą wybierać między hańbą a wojną – jeśli wybiorą hańbę, wojnę też będą mieli. A wniosek dla Polski jest oczywisty – nasz kraj musi szybko odbudować elementarne zdolności obronne, których w chwili obecnej nie posiadamy, czyli dysponować autonomicznymi zdolnościami uczynienia zbrojnej agresji na nasz kraj tak kosztownej, że dla agresora nieopłacalnej. Niestety, opłaca się pomagać jedynie silnym, więc takimi musimy się szybko stać. Dzięki temu wzrośnie także nasza pozycja na arenie międzynarodowej, więc per saldo się to opłaca.
Jak ocenić w tym kontekście politykę Baracka Obamy?
Dziś na szczęście Barack Obama porzucił już swą, dającą katastrofalne skutki politykę nieangażowania się Stanów Zjednoczonych w sprawy regionalne, być może wyciągając wnioski ze swoich rażących błędów na obszarze Większego Bliskiego Wschodu, których skutkiem było powstanie Państwa Islamskiego, na rzecz polityki powstrzymywania Rosji. Niezależnie od tego, kto taką politykę prowadzi, jest ona właściwa i godna pełnego poparcia. Należy mieć nadzieję, że nie skończy się ona na deklaracjach bez pokrycia, lecz, że za słowami pójdą czyny w postaci właściwych decyzji i ich implementacji.
Od kilku lat Rosja prowadzi szeroko zakrojony program modernizacji technicznej armii, podczas gdy państwa zachodniej Europy i USA ograniczyły wydatki obronne w świetle kryzysu gospodarczego. Obecnie toczy się dyskusja o ponownym podwyższeniu budżetów na obronę w krajach Europy Środkowo - Wschodniej czy nawet w Niemczech. Jakie powinny być główne kierunki modernizacji sił zbrojnych państw zachodnich? Czy powinno się skupić wyłącznie na zdolnościach takich jak siły specjalne, czy działania w cyberprzestrzeni, czy też inwestować również w "klasyczne" obszary, jak konwencjonalne wojska lądowe?
Jest to zrozumiałe, biorąc pod uwagę stan zapaści, w jakiej znalazła się w Rosji armia po rozpadzie Związku Sowieckiego. Gdy przeanalizuje się na przykład wojnę gruzińsko – rosyjską, to trudno uznać działania wojsk rosyjskich za szczególnie udane, pomijając dysproporcję sił i determinację, które zapewniły stronie rosyjskiej sukces. Chcąc używać armii jako instrumentu rosyjskiej polityki zagranicznej, a teraz wiemy, że Putin miał taki zamiar, musiał on dokonać jej modernizacji. A kto bogatemu zabroni, bo w pierwszej dekadzie XXI wieku Rosja była zalewana dochodami ze sprzedaży ropy i gazu, których ceny były wtedy wysokie. Zachód nie postrzegał wówczas zagrożeń militarnych w kategoriach egzystencjalnych i był nastawiony na konsumpcję pokojowej dywidendy – spora część krajów europejskich, rzeczywiście zachodnich, ma to nastawienie do dziś. Jest ono racjonalne – jakie jest prawdopodobieństwo, że rosyjskie zagony pancerne będą podchodzić pod Paryż? Takie same, jak dwa lata temu. Zatem część krajów nadal uznaje inwestycje w zdolności obronne za niepotrzebne. 
Nie dotyczy to oczywiście sąsiadów Rosji zagrożonych jej nieodpowiedzialnymi działaniami. Każdy kraj musi sobie indywidualnie odpowiedzieć na pytanie, w co powinien inwestować. Jeśli chodzi o Polskę – stan naszej armii wymusza konieczność zainwestowania w obronę przeciwpancerną (którą można przecież realizować w różny sposób) i przeciwrakietową, gdyż nasze zdolności są w tym zakresie niskie lub nieistniejące, podobnie jak nasza zdolność podwyższania kosztów ewentualnej agresji – a tu idealnie przydałyby się okręty podwodne wyposażone w pociski manewrujące. 
Trzeba jednak pamiętać, że wciąż ryzyko takiego „konwencjonalnego” konfliktu z naszym udziałem jest niskie, a koszt sprzętu olbrzymi. Zatem nie dostrzegając zagrożeń innych niż militarne możemy spowodować, że pozostaniemy bezbronni w obliczu o wiele bardziej prawdopodobnych niekonwencjonalnych form agresji, także pozamilitarnej, które mogą być zastosowane przeciwko naszemu krajowi. Musimy zatem racjonalnie wydawać środki, zarówno na „klasyczną” obronę, jak i na inne jej elementy i tu wymieniłbym trzy najważniejsze – kontrwywiad (i wywiad) na kierunku wschodnim, cyberobronę przed wszelkimi formami agresji w cyberprzestrzeni oraz system przeciwterrorystyczny i przeciwdywersyjny. Pobieżna obserwacja wyraźnie pokazuje, że w każdym z tych obszarów jest jeszcze bardzo wiele do zrobienia, co niestety oznacza także konieczność rozsądnych inwestycji. Zatem nie tylko wojsko musi zostać zmodernizowane i doinwestowane, ale też inne instytucje zapewniające bezpieczeństwo państwa polskiego, w tym służby specjalne oraz policja.

Ryszard M. Machnikowski
Dr hab. socjologii, profesor Uniwersytetu Łódzkiego na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych, Dyrektor Instytutu Międzynarodowych Studiów Kulturowych WSMiP Uniwersytetu Łódzkiego. Ekspert Zagraniczny francuskiej  Wysokiej Rady Badań i Edukacji Strategicznych (CSFRS), specjalista ds. terroryzmu i przemocy politycznej oraz relacji transatlantyckich.

sobota, 17 maja 2014

Czy stać nas na skuteczną obronę?



Premier Tusk podczas obchodów Święta Wojska Polskiego zapowiadał, że polska armia  dostanie nowy sprzęt wart miliardy. Takie deklaracje składał również minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak. Ale politycy nie wspomnieli, że w tej kalkulacji np. 4 mld zł są przeznaczone na paliwo, a kolejne na serwis sprzętu, naprawy czy części zamienne. 
Wojskowi już rozpoczęli zakupy. Niedawno szef inspektoratu uzbrojenia gen. Sławomir Szczepaniak podpisał wart prawie 700 mln zł kontrakt  na dostawę ponad 900 ciężarówek marki Jelcz. Jak tłumaczą urzędnicy  MON, „o wyborze firmy Jelcz-Komponenty zdecydował, oprócz korzystnej oferty i atrakcyjnej ceny, fakt, że jest to producent krajowy”. Jest to jeden z większych kontraktów w branży motoryzacyjnej ostatnich lat. O tyle istotny, że MON wyszło ze sfery deklaracji i faktycznie zaczęło stawiać na polski przemysł  zbrojeniowy.

Kolejnym problemem jest kwestia przeciwpancernych pocisków kierowanych Spike. Jak w sierpniu ujawnił tygodnik „Wprost”, po wystrzeleniu pociski ciągną za sobą smugę dymu, a dzięki temu łatwo namierzyć miejsce, skąd zostały odpalone. Ponoć wszystko z powodu wilgoci w powietrzu, na testach w Izraelu (tam produkowane są pociski) było sucho. Do 2022 r. mamy na nie wydać 400 mln zł. Pytanie, czy producentowi uda się je poprawić.

Oczywiście najgłośniejszą kwestią jest sprawa dronów, która przyczyniła się do dymisji wiceministra obrony gen. Waldemara Skrzypczaka. Choć na razie jesteśmy na etapie ustalania specyfikacji technicznej bezzałogowców, to warto przypomnieć, że doświadczenie z zakupem tego typu sprzętu mamy jak najgorsze. W 2010 r. podpisaliśmy umowę na dostawę dronów z firmą Aeronautics Defense Systems. Jednak Izraelczycy nie wywiązali się z kontraktu, który ostatecznie gen. Skrzypczak zerwał jesienią ubiegłego roku. 

Więcej kontrowersji budzi zakup mało używanych 119 niemieckich czołgów Leopard, 105 w wersji 2A5 oraz 14 w wersji 2A4. Problem w tym, że na rynku jest już nowsza wersja 2A6. Czemu nie kupiliśmy nowszej? Jest dużo droższa. 

Po co nam tak ciężkie czołgi? -pytał poseł Rożenek. Przecież ich przejazd wytrzyma zaledwie co piąty most w Polsce. Faktycznie, jeden leopard w pełnym uzbrojeniu waży ponad 60 ton. – W nowoczesnych armiach dywizje czołgów poruszają się z jednostkami pomocniczymi, które w szybkim tempie są w stanie zbudować most. A transport w warunkach pokoju odbywa się np. pociągami – wyjaśnia Karol Nowicki z zajmującego się obronnością „Mad Magazine”.

Gdy kupowaliśmy łodzie podwodne, prof. Krzysztof Rybiński pytał po co, bo chyba kolejnego potopu się nie spodziewamy. Teraz, gdy MON kupuje 119 czołgów, wiele osób pyta: a na co nam to?! Po co wydawać pieniądze na wojsko, skoro i tak nas nie obroni przed Rosją ani żadnym innym krajem? 

Kupując używany sprzęt w ogóle pojawia się pytanie o jego wartość dla armii i jej skuteczność. USA złomują dużo używanej broni — taki sprzęt można pozyskiwać w cenie złomu. A my złom kupujemy po abstrakcyjnych cenach, gdy zagraniczne armie pozbywają się kłopotu. Wiadomo przecież, że nowe technologie z takich czołgów i tak są wymontowywane, a dla nas zostaje wrak z silnikiem, który nie ma w dzisiejszym świecie żadnego zastosowania.

źródło: http://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/763603,rzad-chce-wydac-130-mld-zl-na-modernizacje-wojska.html

Na co wydawać pieniądze przeznaczone na obronę? Na szkolenie żołnierzy, wyposażenie jednostek specjalnych, samoloty czy czołgi? Czy stać nas na skuteczną obronę przeciwrakietową? - Są dwa główne rodzaje wojsk: te które operują na powierzchni ziemi i ponad nią. I zawsze jest dylemat (wszak środki są ograniczone) gdzie upatrywać przeciwnika? - na górze, czy na dole? Obecnie polscy stratedzy zamiast w samoloty i rakiety wolą inwestować w czołgi i transportery opancerzone. Są też plany tworzenia obrony terytorialnej. 

- Takie myślenie niestety często przeważa w dyskusji o ewentualnej wojnie z Rosją. Trudno zrozumieć skąd tak absurdalne myślenie wśród polskich strategów. Czy to nie przypadkiem pozostałość po ruskich kursach dla generałów z Układu Warszawskiego?

Wiemy, że w doktrynie "obronnej" UW był atak pancernych dywizji na Europę Zachodnią. W celu jej podbicia i włączenia w orbitę państw satelickich Związku Radzieckiego. Ale to już przeszłość. Rosja obecnie ma wypracowaną inną doktrynę wojenną. Warto się z nią zapoznać. Spójrzmy na dwa charakterystyczne jej punkty:

1. Rosja nie zamierza już rozszerzać internacjonalnego komunizmu, ale chce "bronić" swoich obywateli poza granicami Rosji. Przykłady: agresja Rosji na Gruzję, Ukrainę, Mołdawię. 

2. Rosja zastrzegła dla siebie wykonanie wyprzedzającego ataku jądrowego w tzw. "lokalnej wojnie atomowej", którą (podobnie jak USA) uważa za możliwą do wygrania.

Co to oznacza dla Polski? 

1. Żadnego ataku czołgowego na Polskę nie będzie, bo nie ma takiej potrzeby. Poza tym (Rosjanie też o tym wiedzą) rosyjskie czołgi zostały by skutecznie wyeliminowane już w początkowej fazie agresji. Kluczem do zrozumienia co zrobią Rosjanie jest rozszyfrowanie ich intencji i celów jakie chcą osiągnąć. Z tego względu, że Rosjanie nie wyślą do Polski terrorystów i dywersantów (jak na Ukrainie) nie potrzeba tworzyć potężnej obrony terytorialnej (mała nie zaszkodzi, głównie z psychologicznego punktu widzenia); nie ma też potrzeby tworzenia ogromnych sił pancernych (jak teraz), które miały by powstrzymać ruskie czołgi. Jest bardzo mało prawdopodobne, że Rosjanie wkroczą obecnie na Ukrainę aby ją okupować, bo ich celem jest destabilizacja tego kraju w długim okresie czasu, tak aby skutecznie przeszkadzać w integracji z UE i przeciwdziałać w przyłączeniu Ukrainy do NATO.

2. Polska dla Rosji jest przeszkodą, solą w oku, przedmiotem manipulacji, ośmieszania i pod żadnym względem nie jest partnerem. Wystarczy poczytać ich największego ideologa Dugina. To jest główny powód, że Rosjanie nie chcą nam oddać wraku tupolewa... Polska jednak jako kraj należący do NATO jest bezpośrednim wrogiem Rosji i doskonale nadaje się do odegrania roli kozła ofiarnego. Dla Putina, który myśli globalnie (i ma kompleksy rzutujące na jego postrzeganie świata i prawdopodobnie ma osobowość psychopatyczną) zasadniczym przeciwnikiem jest USA, z którym chce rywalizować na pełnoprawnych warunkach. Próby testowania solidarności NATO były, są i będą się nasilać. Putin, jak kiedyś Hitler będzie testować skuteczność, gotowość, czy spójność. W razie wybuchu otwartej wojny między Rosją a NATO Rosjanie chcąc ją wygrać będą zmuszeni postawić linię obrony wzdłuż Polski. Mają jeden i to skuteczny na to sposób: wyprzedzające uderzenie atomowe. Dlatego właśnie mają rozlokowanie w Królewcu Iskandery i S-400 z głowicami jądrowymi, które są wycelowane w większość polskich miast i obiekty strategiczne (zasięg ok. 400 km). Rosjanie wiedzą też że takie totalne zniszczenie Polski ujdzie im na sucho, bo NATO nie zechce ryzykować konfliktu globalnego, bo by to oznaczało zagładę życia na Ziemi. 

Czy to są wystarczające argumenty aby w pierwszej kolejności zainwestować w 100 proc. skuteczną tarczę antyrakietową nad Polską i najnowocześniejsze samoloty szturmowe?

Pamiętajmy:
Przyszła wojna będzie taka jakie będziemy mieli słabości. Ewentualny wróg nie będzie głupi i wymyśli wariant na który nie będziemy odporni.

.