niedziela, 18 stycznia 2015

Las rośnie powoli - sprzedaje się szybko


Jak byłem mały, to bałem się pójść lasu bo myślałem że mieszkają tam wilki. - Co te bajki o Czerwonych Kapturkach i wilkach potrafią robić z dziećmi... Bałem się też lisów, które to przychodzą z lasu wykradać jajka i porywać gąski... Wiedziałem, że nie można samemu chodzić do lasu późną porą bo można się zgubić. Cóż, kiedyś dzieci biegały same po okolicy i nikt z dorosłych, w tym rodzice tym się nie przejmował i nie obawiał, że dziecku może stać się coś złego.

I chociaż las nie był zbyt duży to zapamiętałem, że każdy człowiek ma jedną nogę krótszą i idąc przed siebie będzie się kręcił w kółko; i dlatego nigdy z lasu nie wyjdzie.

A jak zapadnie zmrok to zrobi się zupełnie ciemno, bo w lesie nie ma oświetlenia. Słychać wtedy tylko pohukiwanie sów, co ze strachu może przyprawić o zawał serca największego śmiałka.

Zawsze lubiłem zbierać grzyby, jagody i poziomki; chociaż jagody nie tak bardzo bo ręce robiły się granatowe, a jagody były tak małe że trudno było uzbierać chociaż kubek.

Czasami jeździłem po lesie rowerem z kolegami, a latem przez las chodziłem się kąpać nad jezioro.

Dzieciństwo spędziłem w miejscowości przepięknie położonej, otoczonej lasami, jeziorami i ośrodkami wypoczynkowymi. Na tym jeziorze leśnym nauczyłem się jako młody chłopak pływać. I już w czerwcu, przed końcem roku szkolnego, kiedy słońce mocno grzało z całą paczką urywaliśmy się z ostatnich lekcji i przez las chodziliśmy nad jezioro robić zawody w skokach z pomostu do wody. A było to w pewnym sensie ryzykowne, bo św. Jan wody jeszcze nie poświęcił - co powtarzali ku przestrodze starsi i mądrzejsi.

Zimą organizowane były kuligi leśnymi dróżkami. To dopiero była frajda. Mam nawet czarno-białe zdjęcia z tamtego okresu. Zawsze też chciałem jechać na sankach uczepionych na samym końcu. A jak mnie kiedyś posadzili w dużych saniach, razem z woźnicą, gdzie najwiekszą atrakcją było oglądanie dużego końskiego zada - to już nie było to.

Czasami latem nadchodziła burza. A to jezioro zatrzymywało chmury. Pioruny biły w wodę, co sam na własne oczy parę razy widziałem. Najgorsze było to, że nie wolno było w czasie burzy stać pod którymś z drzew, bo piorun mógł uderzyć w to drzewo, pod którym akurat stanęliśmy i porazić nas prądem.

Moja Mama była bardzo mądrą kobietą i te wszystkie rady, które udzielała mi od dziecka zapamiętałem do końca życia.

Wiem, że dzisiaj jest inaczej, ale kiedyś przed Bożym Narodzeniem chodziło się do lasu po choinkę. Trzeba było wybrać najładniejszą i samemu ściąć; a potem przynieść do domu. Ale to było wtedy, gdy byłem bardzo mały, bo potem pamiętam że leśnicy przywozili choinki, które można było kupić w centrum miasta. A jeszcze później, w starszej klasie dowiedziałem się że las trzeba szanować. Ze szkoły organizowane były wyprawy do lasu na sadzenie drzewek. Plecy po całym dniu bolały jak diabli, ale dzięki temu przekonałem się, że las rośnie powoli...

Pamiętam też tabliczki z napisem: "las rośnie powoli, płonie szybko". Mówiło się też że nie wolno porzucać i rozbijać szkieł, bo od tego las może się zapalić, gdyż szkło skupiając promienie słoneczne jak soczewka może spowodować zapalenie się ściółki leśnej. Czasami las płonął i jeździły go gasić całe zastępy straży pożarnych. Była w moim mieście tylko ochotnicza straż ogniowa i gdy się paliło, to wóz gaśniczy najpierw musiał znaleźć strażaków, więc niekiedy jeździł na syrenie wokół rynku... Jako dorastający chłopak byłem "młodzikiem" w ochotniczej straży pożarnej. Niekiedy jeździłem też na akcje gaszenia pożarów w lesie. Lasy miały też specjalnie przeorane pasy aby ewentualny ogień nie mogł się łatwo rozprzestrzeniać dołem po ściółce.

Mój wujek był myśliwym, a w lesie były poustawiane specjalne wieże na które można było wejść i stamtąd polować. Jako mały chłopiec bałem sie wejść do góry, ale później parę razy wdrapałem się na sam szczyt. Nie powiem, widok był wspaniały i było widać bardzo daleko, bo obserwator znajdował się powyżej czubków drzew. Ale polowanie mnie odstraszało; od zawsze uważałem je za "niehumanitarne". A poza tym mięso z zajęcy i innej dzikiej zwierzyny po prostu mi nie smakowało. Pamiętam jak zimą za oknem wieszano zające, by na mrozie skruszały, co jak na mój gust było mało estetyczne.

Wolałem za to chodzić zimą do lasu i dokarmiać zwierzynę. Nie wiem czy tak wszyscy robili, albo czy to była jakaś szersza akcja, ale ja z mamą i bratem w lesie np. rozwieszaliśmy paski słoniny dla sikorek. Na "pracach ręcznych" w szkole zrobiłem też karmik dla ptaków, ale byłem niepocieszony, bo nie mogłem go powiesić sam na drzewie, gdyż karmiki zabrał leśniczy i sam je porozwoził po lesie i zamontował. Nigdy nie znalazłem tego mojego, który sam zrobiłem...

W lesie były specjalne miesca gdzie rosły orzechy laskowe, albo gdzie się chodziło "na bazie", które niektórzy nazywali "kotkami" przed Wielkanocą oraz zrywało gałązki brzozowe, które później służyły jako "dysngus". A razem z wodą nazywało się to "śmigus-dyngus" - taka tradycja. Wiem, wiem - nie wolno niszczyć drzew, łamać gałęzi i tego typu sprawy. Ale kiedyś, jak byłem mały nikt tym się specjalnie nie przejmował, a las mimo masowego niszczenia rósł jak oszalały. Co roku na tych samych drzewkach brzozowych zrywało się nowe gałązki, które potem w wazonie w domu ładnie wyglądały. Teraz wiem, że to zasługa leśników i całej masy pracowników leśnych, którzy o ten las dbali, wycinali drzewa, doglądali dzikie zwierzęta... Wtedy nie miałem takiej świadomości.

Nigdy nie zastanawiałem się nad tym dlaczego ten las jest wspólny i że każdy może tam pójść na grzyby, poziomki, albo zwyczajnie pospacerować. To było oczywiste od zawsze. I do teraz nie wyobrażam sobie, że las może być prywatny, czyli czyjść a osoby obce mogą mieć wstęp wzbroniony...

Były takie ogrodzone miejsca, jakieś szkółki leśnie, gdzie chodowano sadzonki; ale to było dla mnie zrozumiałe, że tam nie można wejść. Co innego jednak gdyby cały las miał być prywatny. Już na samą myśl serce mi się kraje. A co z dziećmi, z moimi wnukami? To już nie będą mogli chodzić do lasu?

Ta świadomość że las to jest dobro wspólne, ba nawet można powiedzieć "dziedzictwo narodowe" nigdy wcześniej do mnie nie dotarła. Aż do teraz, gdy usłyszałem że Lasy Państwowe mają zostać sprywatyzowane, czyli sprzedane komuś. Dlaczego? Po co?

Ale to jeszcze nic, bo usłyszałem, że podobno ktoś chce sprzedać, a własciwie oddać polskie lasy państwowe Żydom, którzy tylko czekają aby po ich przejęciu wykarczować drzewa i sprzedać drewno, a na rozległych obszarach odartych z zalesienia wybudować osiedla dla nich, przybywających coraz liczniej nad Wisłę. Nie wiem, czy to tylko plotki, bo wydaje mnie się to nieprawdopodobne.

To, że ktoś zechce sobie przywłaszczyć coś co dotąd należało do całego społeczeństwa, to potrafię zrozumieć, ale to że ktoś z rządu, posłów, albo i sam prezydent będzie chciał nasz las oddać w obce ręce - nie potrafię sobie wyobrazić. To budzi we mnie sprzeciw.

Nie chcę się na to zgodzić. I zrobię wszystko co w mojej mocy aby do tego nie dopuścić. Dlatego wymyśliłem już hasło: "Las rośnie powoli - sprzedaje się szybko". Zakupiłem też prześcieradło i chcę ten napis na nim umieścić. Tylko jeszcze nie wiem co z tym transparentem zrobię. Czy go zamontować przy drodze pod lasem, tak aby wszyscy przejeżdżający mogli go zobaczyć, czy może wywiesić go ze swojego okna? A może zawieźć do Warszawy i przybić do muru polskiego Sejmu?

0 komentarze:

Prześlij komentarz

.