Kim są nadludzie?

Czy nietzscheański Ubermensch ma coś wspólnego z chrześcijaństwem? A czy można chociaż zobaczyć w chrześcijaństwie pewne podobieństwa? - Zobaczmy. Pytania o człowieka, pytania o istotę człowieczeństwa należą do podstawowych.

Po co komu etyka?

Czym jest etyka i moralność? Czy zastanawiamy się nad tym na co dzień, czy postępujemy etycznie? Właściwe po co moralnością mamy się przejmować, albo jakimś zbiorem zasad etycznych?

Wojna cywilizacji według Samuela Huntingtona

Jak żywa jest pamięć zbiorowa? Huntington stawia tezę, że w XXI w. wojna między różnymi cywilizacjami zajmie miejsce dziewiętnastowiecznych wojen narodowych i dwudziestowiecznych wojen między ideologiami.

Dlaczego kult Maryi wywołuje u niektórych taki sprzeciw?

Kult Maryi jest zjawiskiem szczególnym i niezwykłym w Kościele Rzymsko-Katolickim. Obecny kształt tego kultu zawdzięczamy tradycji, pobożności ludowej, dyskusjom teologów i soborom. Dlaczego kult Maryi jest dla wielu chrześcijan kontrowersyjny?

Ks. Nikos Skuras: "oczywiście, oczywiście..."

Ks. Nikos - zawsze mówi o tym że Jezus Cię kocha z twoimi grzechami, i przyjmuje zawsze do Swego Serca. Ale używa mocnych słów i dla wielu jest kontrowersyjny. Jak atomowa bomba

Inżynieria zniewolenia

"Jeśli diabeł jest obecny w naszej historii to jest nim zasada władzy" - Mikhail Bakunin. Czym jest inżynieria społeczna? Mało kto wie, że inżynieria społeczna jest opartą na nauce sztuką nakłaniania innych ludzi do spełniania życzeń i oczekiwań rządzących.

Adama Doboszyńskiego Modlitwa o Wielką Polskę

Autorem modlitwy jest Adam Doboszyński - wybitny Polak, brutalnie zamordowany przez komunistów. Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy Świętej Jedyny, Panie Jezu Chryste i Ty, Najświętsza Panno Kalwaryjska z cudownego obrazu, raczcie wejrzeć na szczerość dusz naszych i na czystość dążenia naszego...

Liberalizm – definicja bestii

W encyklice Pascendi Dominis Gregis papież Pius X napisał, iż „największa i najbliższą przyczyną modernizmu jest bez wątpienia pewnego rodzaju wypaczenie umysłu”...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekonomia i prawo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekonomia i prawo. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 czerwca 2015

Dlaczego płace w Polsce rosną za wolno?

Przez ostatnie kilkanaście lat płace w Polsce wzrosły o niespełna 15 proc., najsłabiej w Europie Środkowo-Wschodniej. W ciągu ostatnich 3 lat złotówka straciła 16% swojej wartości względem światowych walut, szczególnie względem funta, euro i dolara, o franku nie wspominając bo to inna sprawa. Wynika z tego, że płace Polaków względem innych Europejczyków stoją w miejscu od wielu lat. Za to PKB rośnie najszybciej w regionie, co jest spowodowane właśnie wysoką opłacalnością inwestowania w Polsce, bo jest do dyspozycji tania siła robocza.

Nie ma akcji bez reakcji i nic się nie dzieje bez przyczyny. Polacy! Nigdy nie będziecie dobrze zarabiać i nigdy nie dostaniecie realnej podwyżki dopóki w Polsce będzie utrzymywana obecna polityka gospodarcza. Jeżeli jakieś grupy pracownicze dostaną podwyżkę w złotówkach to polityka NBP będzie rozgrywana na osłabienie złotego żeby polski rynek nie stracił na atrakcyjności w oczach zagranicznych inwestorów. Należało by tutaj zadać pytanie dlaczego? A no dlatego, że Polska nic nie ma własnego oprócz lasów, rzek, jezior i obywateli (jeszcze). Zagraniczni inwestorzy to wszystko co ma polska gospodarka oprócz paru polskich niedobitków.

Obecna sytuacja gospodarcza to strata dla wszystkich ludzi pracy, a zysk dla bogaczy, którzy zarabiają na Polakach krocie i stają się jeszcze bogatsi, Polacy! W Polsce wszystko już jest tak drogie, że drożyzna zaczyna przeganiać kraje zachodniej Europy. Jestesmy wyzyskiwani na maxa, jestesmy wyrobnikami Europy - pracujemy za 1/5 tego co płacą za tą samą pracę na Zachodzie. Ludzie w Estoni zarabiają prawie 2 razy więcej. W bankrutującej Grecji zarabiają 2-3 razy więcej niż my Polacy we własnym Kraju...

---------------------------------------------------------

Czy płace w Polsce rosną za wolno?
Marek Muszyński
01.06.2015 22:20 , ostatnia aktualizacja 03.06.2015 08:59

Czy płace w Polsce rosną za wolno?



Przez ostatnie kilkanaście lat płace w Polsce wzrosły o niespełna 15 proc., najsłabiej w Europie Środkowo-Wschodniej. Czy zarabiamy za mało?

Według danych OECD w latach 2000-2013 pensje w Polsce wzrosły o 14,7 proc. Dane te uwzględniają już wpływ inflacji (wielkości są podane w walutach narodowych w cenach stałych). Gdy porównać je z innymi krajami regionu, okazuje się, że ten wzrost jest bardzo skromny. Najlepszy wynik w tym okresie osiągnęła Estonia (71,6 proc.). Dobrze radzili sobie Czesi (39,9 proc.), Słowacy (36,4 proc.) czy Węgrzy (28,5 proc.). Skąd zatem taka dysproporcja?
– Kilkanaście lat temu nasza gospodarka, w porównaniu z krajami Europy Środkowo-Wschodniej, charakteryzowała się wysokim udziałem funduszu płac w PKB. Teraz te różnice uległy pewnemu zatarciu. Po przeliczeniu na dolary z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej, przeciętne wynagrodzenie w Polsce było 15 lat temu o 36 proc. wyższe niż w Czechach oraz 21 proc. większe niż na Węgrzech – i to pomimo tego, że PKB na osobę było w Polsce o 30 proc. niższe niż w Czechach oraz 18 proc. niższe niż na Węgrzech – zwraca uwagę Łukasz Kozłowski, ekonomista Pracodawców RP.



  • Źródło: OECD
    Wysokość płac w Polsce nie odbiega zatem od innych krajów po transformacji. Przeciętne wynagrodzenie jest nawet wyższe w porównaniu z niektórymi z nich.
    – Nawet teraz, jak wynika z danych OECD, średnia płaca utrzymuje się u nas na wyższym poziomie niż w Czechach, choć wciąż są one krajem znacznie zamożniejszym od Polski. Poprzez ograniczenie dynamiki wzrostu płac polska gospodarka poprawiała więc swoją nie najlepszą pozycję konkurencyjną względem państw regionu – dodaje.
    Faktem jest, że wzrost płac w tym 15-letnim okresie nie był jednolity.
    – W latach 2000-2006 płace w cenach stałych w Polsce zwiększyły się jedynie o 1,3 proc., podczas gdy np. w Estonii w tym czasie wzrosły one o 49,1 proc., w Czechach o 35,2 proc., na Węgrzech o 37,1 proc. Tak niski wzrost płac wynikał przede wszystkim ze spowolnienia aktywności gospodarczej i wysokiego, dwucyfrowego bezrobocia, które skutecznie hamowało żądania płacowe – wyjaśnia Wiktor Wojciechowski, główny ekonomista Plus Banku.
    – W kolejnych latach nasze dochody zaczęły już jednak rosnąć bardzo szybko. W latach 2007-2013 zwiększyły się one o 11 proc. i po Norwegii (11,6 proc.) była to najwyższa dynamika wzrostu płac w cenach stałych na tle pozostałych krajów OECD – dodaje.

    Źródło: OECD
    Niższe płace, więcej pracy
    Zdaniem ekonomisty odreagowanie wzrostu płac wynikało z dynamicznej poprawy sytuacji na rynku pracy. – W latach 2007-2013 liczba pracujących w Polsce wzrosła o 6,7 proc., czyli o blisko 1 mln. Był to jeden z najlepszych wyników w Europie. Podobny sukces udało się osiągnąć jedynie w Austrii (+7,3 proc.), w Niemczech (+6,3 proc.) oraz w Belgii i Szwecji (+6,2 proc.). Dla porównania liczba pracujących w Estonii spadła o 4,7 proc., a w Czechach wzrosła o 1,2 proc. – wskazuje Wojciechowski.
    – Nie mam wątpliwości, że gdyby płace w Polsce rosły szybciej, to nie osiągnęlibyśmy tak znaczącej poprawy sytuacji na rynku pracy - podkreśla.
    Źródło: OECD


  • Oczekuje on, że to nie koniec poprawy na rynku pracy, ale nie oznacza to, że rośnie liczba zatrudnionych na umowę na czas nieokreślony.
    Popytowi na pracę na pewno sprzyja ożywienie popytu krajowego, ale także upowszechnienie elastycznych form zatrudnienia i obniżenie pozapłacowych kosztów pracy sprzed 8 lat (obniżenie składki rentowej o 7 pkt proc. w latach 2007-2008, w 2012 podwyżka o 2 pkt proc. – red.). W 2014 r. praktycznie cały przyrost liczby pracujących wynikał ze wzrostu zatrudnienia na umowach czasowych. Bez przesady można ocenić, że tak dynamicznej poprawy sytuacji na rynku pracy w Polsce, przy relatywnie umiarkowanym tempie wzrostu gospodarczego i bez napięć płacowych, nie było od początku transformacji – podkreśla Wojciechowski.
    Skoro wcześniej wzrost płac został zahamowany przez wysokie bezrobocie, to może właśnie elastyczne formy pracy doprowadziły do wzrostów po 2007 roku? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Pewne jest, że do wzrostu płac konieczny jest wzrost konkurencyjności, który przekłada się na wydajność pracowników, a tą z kolei pracodawcy mogą przełożyć na wynagrodzenia. 

    Nie ma prostej odpowiedzi na pytanie, czy płace w Polsce rosły zbyt wolno. Gdyby tempo tego wzrostu było istotnie szybsze, mogłoby się w pewnym momencie okazać, że nie jesteśmy w stanie konkurować nawet z takimi krajami, jak Czechy czy Węgry. Z drugiej strony nie należy upatrywać przewag konkurencyjnych jedynie w niskich kosztach. Gdyby naszym przedsiębiorstwom udało się wspiąć wyżej w globalnym łańcuchu kreacji wartości, moglibyśmy pozwolić sobie na podniesienie wynagrodzeń bez obaw o utratę konkurencyjności – mówi Kozłowski.
    Konkurencyjność jednak trudno ocenić. Według World Economic Forum wskaźnik konkurencyjności dla polskiej gospodarki nie ma stałego trendu, ulegając wahaniom. W latach 2006-2015 osiągnął on minimum w latach 2007-2008, po to by osiągnąć najwyższą wartość w latach 2010-2011.
    Przeciętnie to nie dla każdego tak samo
    Pisząc o wzroście płac mamy zawsze na myśli wzrost przeciętnego wynagrodzenia. Nie oznacza to jednak wzrostu zarobków dla wszystkich. Dość powiedzieć, że średnia płaca jest nieosiągalna dla 2/3 zatrudnionych. Co ciekawe jednak szybkim tempem wzrostu w Polsce charakteryzuje się płaca minimalna. Od 2003 roku wzrosła ponaddwukrotnie – z 800 do 1750 zł brutto. Daje to 44 proc. średniej płacy podczas gdy w Estonii czy Czechach jest to 32-34 proc. Co więcej rosła ona w ostatnich latach znacznie szybciej niż w krajach regionu. Przy tym rozwarstwienie płac w Polsce od 2006 roku systematycznie, choć bardzo powoli spada. Według ostatnich danych za 2013 rok współczynnik Giniego wyniósł 30,7, co stawia Polskę nieco powyżej unijnej średniej (30,5).
    Czy zatem płace rosną za wolno? To zależy kogo się zapyta.
    źródło:
    http://m.forbes.pl/place-w-polsce-rosna-najwolniej-w-regionie-wg-danych-oecd,artykuly,195330,1,1.html

    czwartek, 22 sierpnia 2013

    Komu ma służyć prawo autorskie?



    - Twórcom, wydawcom, czy nam?


    Prawo autorskie budzi więcej kontrowersji niż pożytku. Bywa dziś często tak, że ochrona prawa autorskiego przybiera formy wręcz paradoksalne, które w imię interesów ekonomicznych wielkich koncernów wydawniczych i płytowych istotnie ograniczają wolność kultury i informacji. Zdarza się i tak, że przeciwko niektórym formom ochrony praw autorskich występują sami twórcy. Takie patologiczne przejawy wykorzystywania prawa autorskiego to problem zwłaszcza amerykański, w Polsce zdarzają się wypaczenia w tendencji rozwoju ochrony autorsko-prawnej (przykład: pomysł płacenia tantiem za wszelkie publiczne wykonania utworów muzycznych, w tym w restauracjach i kawiarniach), jednak znacznie większym problemem jest za słaba ochrona i częste naruszenia prawa autorskiego niż ograniczenia wolności kultury.

    Wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej Neelie Kroes dostrzega potrzebę reformy praw autorskich w kierunku większej swobody. W swoim przemówieniu przypomniała, iż głównym celem praw autorskich powinno być napędzanie innowacji.

    "Może się wydawać, że Komisja Europejska to instytucja bardzo podatna na lobbing posiadaczy praw autorskich" - podaje "Dziennik Internautów". Marcin Maj pisze:

    "Coraz więcej jest jednak sygnałów mówiących o tym, że w temacie własności intelektualnej Komisja jest podzielona, a wiceprzewodnicząca Neelie Kroes, odpowiedzialna za agendę cyfrową, coraz częściej proponuje reformę praw autorskich idącą w kierunku większej swobody.

    (...) Zwróciła ona uwagę m.in. na to, że funkcjonująca obecnie unijna dyrektywa dotycząca ochrony praw autorskich powstała w roku 1998. Było to w czasach, gdy YouTube nie istniało, Zuckerberg był dzieckiem, a ludzie słuchali muzyki z płyt CD i taśm magnetofonowych.

    W dalszej części swojego przemówienia Kroes poruszyła ciekawe zagadnienie, jakim jest cel tworzenia praw autorskich.

    - Czy ułatwiają one, czy utrudniają ludziom przesyłanie i dystrybuowanie własnych, kreatywnych treści? Czy to najlepsza metoda, by napędzać kreatywność i innowacje? - pytała Kroes. To było oczywiście pytanie retoryczne. Kroes jest zdania, że obecnie funkcjonujące prawo to przede wszystkim ograniczenia, co rodzi kolejne pytania. Jak te ograniczenia ulepszają naszą gospodarkę? Jak pomagają różnorodności kulturowej? Jak pomagają artystom wyżyć ze swojej sztuki - pytała dalej Kroes.

    Po co mamy prawa autorskie?

    W przemówieniu Kroes znalazło się wezwanie do stworzenia prawa napędzającego innowację i rynek europejski. Zdaniem Komisarz nie powinniśmy czekać, aż Stany Zjednoczone wyprzedzą w tej kwestii Europę. Trzeba przy tym zauważyć, że obecnie forsowane rozwiązania w zakresie prawa autorskiego wydają się sprzyjać właśnie amerykańskiemu przemysłowi rozrywkowemu. Zwracaliśmy na to uwagę w tekście pt.  Unijna walka z piractwem to dbanie o eksport USA.

    Pytania zadawane przez wiceprzewodniczącą Kroes są godne opisania, gdyż zwracają one uwagę na cel tworzenia praw autorskich. Dziś debata na temat tych praw kręci się wokół wynagrodzenia dla wydawców oraz walki z piractwem i piractwa w ogóle. Tymczasem prawo autorskie teoretycznie powinno służyć:

    •     ochronie twórcy, przede wszystkim w zakresie praw do uznawania danego dzieła za jego twórczość;
    •     zapewnieniu twórcy możliwości zarabiania na twórczości, a przez to
    •     napędzaniu innowacyjności.
    W dzisiejszych czasach zdarza się, że prawo jest konstruowane tak, aby odebrać prawa twórcom (sic!). Dobrym tego przykładem jest definiowanie w USA piosenek jako "dzieł zleconych", co pozwala wydawcom na odebranie wynagrodzeń twórcom tych dzieł.

    Neelie Kroes nie po raz pierwszy skrytykowała prawa autorskie. Pod koniec ubiegłego roku pani komisarz stwierdziła, że prawa autorskie nie wykarmią artystów. W tym przypadku również krytykowała rozbieżności między celami i skutkami praw autorskich. W tym roku Kroes przyznała natomiast, że porażka ACTA to nic złego."



    - za: Marcin Maj, Komisarz UE: Prawa autorskie nie napędzają innowacji. Ograniczają ją! link: http://di.com.pl/news/46480,0,Komisarz_UE_Prawa_autorskie_nie_napedzaja_innowacji_Ograniczaja_ja.html#

    Poniżej pełny tekst przemówienia Neelie Kroes (The 2012 Intellectual Property and Innovation Summit): http://www.scribd.com/doc/105573518/Przemowienie-Neelie-Kroes-The-2012-Intellectual-Property-and-Innovation-Summit

    Czym jest dzieło i dlaczego prawo autorskie sięga za daleko?


    Prawo autorskie od swego początku było umową społeczną. Społeczeństwo daje twórcy, na ściśle określonych warunkach, ograniczony czas na ograniczony zakres monopolu intelektualnego – i czyni to w określonym celu.

    Kontynuując wątek prawa autorskiego chciałbym przytoczyć fragment artykułu jaki ukazał się w Anty-Web pt. "Czym jest dzieło i dlaczego prawo autorskie sięga za daleko?"

    "Prawo autorskie to stosunkowo młoda dziedzina prawa. Najwcześniejsze regulacje mają niewiele ponad dwieście lat, natomiast ukształtowanie się prawa autorskiego jakiego znamy, miało miejsce w drugiej połowie XIX i na początku XX stulecia. Sęk w tym, że stosunkowo młodziutkie prawo autorskie (w perspektywie dojrzałości innych dziedzin, np. prawa cywilnego, które było wysoce rozwinięte już dwa tysiące lat temu i do dziś oparte jest na tych samych fundamentach), jest absolutnym starociem, jeżeli ocenimy jej regulacje na gruncie aktualnej sytuacji społecznej, która wynika z postępu technologicznego. Mówiąc po ludzku – prawo autorskie można rozbić o kant Internetu. Dlaczego tak się dzieje?

    Ponieważ żyjemy w epoce twórców. Każdy z nas jest twórcą, ponieważ każdy z nas jest połączony w jakiś sposób z siecią, jesteśmy elementem globalnej sieci komunikacyjnej. Wbrew temu, co możecie wyczytać w różnego rodzaju poradnikach, nie da się być zupełnie offline, nie da się odciąć od gmatwaniny połączeń, które tworzą globalną wioskę. Nie da się jednocześnie być częścią tego systemu i się od niego odseparować. Nie można pobierać pożytków z życia w kraju, gdzie ciepła woda nie bierze się z garnka nad ogniskiem, jednocześnie unikając zagrożenia, że któregoś dnia, w sposób zamierzony bądź nie, skupimy na sobie czyjąć uwagę. Nawet jeżeli nie mamy smartfona, za pośrednictwem którego wrzucamy na Facebooka pięć zdjęć  dziennie, to mamy znajomych, którym przesyłamy fotki, a one mogą kiedyś wyglądować w sieci. Ci sami znajomi, mogą wrzucić na Bash.org (ktoś tam jeszcze wchodzi?) zapis rozmowy z nami, nawet jeżeli była to tylko rozmowa na żywo. Ryzyko istnieje, tak długo jak mamy styczność z kimś, kto jest aktywnym użytkownikiem sieci. Czasami wystarczy nawet, że zna kogoś, kto jest aktywnym użytkownikiem Internetu.

    Inna jest sprawa, że cały tekst rozchodzi się o „dzieła”, które są mizerne, a z racji przestarzałych definicji, powstałych w czasach, gdy twórcami było bardzo wąskie grono artystów, przysługuje im ochrona godna powieści, albo tryptyku. Nie każda działalność kreatywna człowieka jest dziełem, a już na pewno nie każda zasługuje na restrykcyjną ochronę prawną. Gdyby tak było, świat zupełnie stanąłby w miejscu, wszyscy płacilibyśmy sobie nawzajem tantiemy i opłacalibyśmy licencje. Czym innym jest obraz, malowany przez artystę w pocie czoła, czym innym jest patyczak, albo penis narysowany w zeszycie kumpla z ławki. Wyobrażacie sobie, żeby ktoś objał prawem autorskim obrys penisa? Absurd.

    Samo zdjęcie telefonów, które leżą na stole, nie jest nic warte. Nawet najbardziej hojny wydawca nie zapłaciłby złotówki za zdjęcie telefonu, zrobione innym telefonem. Wartością jest artykuł, który ukazał się w określonym miejscu, napisany przez określonego autora. Tego się nie da ukraść, to jest wartość, której nie można zabrać, ani zawłaszczyć. Czy serwis Antyweb1.pl, na którym jedno pod drugim ukazywałyby się wszystkie zdjęcia, jakie pojawiają się na Antywebie przyniósłby właścicielowi jakikolwiek zysk? Czy byłby jakąkolwiek konkurencją? Czy spowodowałby jakikolwiek uszczerbek?"


    źródło: http://antyweb.pl/czym-jest-dzielo-i-dlaczego-prawo-autorskie-siega-za-daleko/

    wtorek, 20 sierpnia 2013

    Liberalizm nie dla katolika?

    Czy liberalizm spowoduje rozłam w Kościele, doprowadzi do jego końca, czy może jednak wymusi jego reformy?

    Katolicki liberalizm - to zespół poglądów wyznawanych przez katolików popierających ideologię liberalną i dążących do tego, by Kościół uznał ustrój społeczny oraz polityczny opierający się na liberalizmie. Ruch ten ma swoją genezę w rewolucji francuskiej.


    Manifest Lamennaisa

    "Nieograniczona wolność – pisze Lamennais – jest nieodzowna, aby te prawdy, które świat ocalą, jeśli go coś jeszcze ocalić jest w stanie, mo­gły tak się rozwinąć, jak się rozwinąć powinny. Dzierżący władzę wiedzą to dobrze, iż taka wolność zgotowałaby im niezawodnie zgubę. Walczą więc przeciwko niej wszelkimi siłami, w sposób nierzadko nader niedorzeczny. Lecz dzisiaj społeczeństwo uczuwa już zbyt wielką potrzebę wol­ności, żeby z nią sfery rządzące mogły długo walczyć; ta sama potęga niezwyciężona, która je z sobą pociąga, zdruzgoce je także".

    Za pierwszą manifestację katolickiego liberalizmu uznaje się ukazanie w 1830 roku we Francji dziennika "L'Avenir",
    którego założycielem był ksiądz Hugues-Félicité-Robert de Lamennais.W ostatnim wydaniu "L'Avenir" ukazał się manifest głoszący, iż:
    • kult musi być rozdzielony od władzy, która nie powinna ingerować w nauczanie i ceremonie religijne,
    • powinna istnieć całkowita wolność prasy
    • wolność wychowania i wolność kultu powinny iść ze sobą w parze, ponieważ oba pojęcia są formą manifestowania własnych poglądów
    • wolność zrzeszania się nie powinna być w jakikolwiek sposób ograniczona
    zob.: http://www.ultramontes.pl/lamennais_aniol_upadly_2.htm

    Papież Grzegorz XVI potępił manifest Lamennaisa w encyklice Singulari nos (21 VI 1834). Grzegorz XVI początkowo nie był nastawiony na potępienie Lamennais’go. Chciał jednak, żeby zostały cofnięte jego najbardziej drastyczne twierdzenia. Szczególnie zależało mu na wycofaniu się z żądania wolności prasy, gdyż w tej wolności widział on zasadniczą przyczynę upadku obyczajowości, poniewierania religii i głoszenia przewrotów. Problem Lamennais’go i L’Avenir rozpatrywała Kongregacja do nadzwyczajnych spraw Kościoła. Dla niej Lambruschini opracował Posizione, w których podkreślił międzynarodowe znaczenie kampanii L’Avenir. Uznano więc, że papież nie może dłużej milczeć, ale postanowiono potępić tezy Lamennais bez wymieniania jego nazwiska i czasopisma. Grzegorz XVI uczynił to w encyklice inaugurującej jego pontyfikat.

    9 lipca 1832 roku, a 15 sierpnia ukazała się encyklika Mirari vos, która potępiała samą zasadę liberalizmu. Encyklika przedstawiała pesymistyczny obraz świata, w którym panuje pycha, rozwydrzenie, chełpliwość uczonych, pogarda dla świętości, ataki na Stolicę Apostolską, a nawet na boski autorytet Kościoła. Ponowiła więc potępienie racjonalizmu i gallikanizmu, lecz najsurowiej odniosła się do liberalizmu, odrzucając tezy o prawie do rewolucji, o rozdziale Kościoła od państwa; prawnej równości religii, wolności prasy i wolności głoszenia nauki jako ideału i postępu.


    Katolicki liberalizm dzisiaj

    - głównie odnosi się do postaw i działań ludzkich we współczesnym świecie:
    • Liberalizm jako postawa człowieka tolerancyjnego, ceniącego wolność myśli i działań.
    • Liberalizm jako ugrupowanie lub ruch polityczny charakteryzujący się programem wolnej gry sił w walce o reprezentację oraz program sprawowania władzy, respektującej prawa i wolności obywatelskie.
    • Liberalizm jako doktryna polityczna prezentująca warunki filozoficzne i polityczne urzeczywistnienia celów gospodarki i liberalnego systemu politycznego.
    Zauważmy, że wolność liberalna pojmowana jest jako brak ograniczeń, przeszkód zewnętrznych dla działania zgodnego z własną wolą. Brak skrępowania nie oznacza jednak samowoli, gdyż wolność jednostki ma swoje granice w wolności innej jednostki, przy czym wolności jednostek mają mieć charakter egalitarny. "Wolność dla liberalizmu jest naturalnym atrybutem oraz niezbywalnym prawem każdego człowieka (...) [działalnością] na rzecz ciągłego polepszania materialnego warunków ludzkiego bytowania i ciągłego poszukiwania życia szczęśliwego tu, na ziemi". - Por. Franciszek Draus, Liberalizm a chrześcijaństwo, ZNAK nr 425-426 (1990), s.33-36.

    W toku walki Kościoła z liberalizmem ukształtowała się katolicka alternatywa wolności człowieka - zob. Pius XI, encyklika Quadragesimo anno. Jako że nie można już było opowiadać się za zbawiennym zniewoleniem, tudzież słodkim jarzmem, należało zaoferować swoją wersję wolności, konkurencyjną wobec wolności liberałów laickich. Proklamował ją Sobór Watykański II i wynikała ona z filozofii personalizmu chrześcijańskiego, określanego też jako humanizm integralny lub teocentryczny.

    Wolność ta, której biblijnym uzasadnieniem jest fragment Ewangelii Jana: "Jeżeli będziecie trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli" (8,31-32), ma niewiele wspólnego z wolnością liberalną. Maritain, autor książki Humanizm integralny, pisał o niej jako o "świętej wolności stworzenia, którą łaska jednoczy z Bogiem".

    Nie oznacza ona dowolności wyboru, lecz jej istotą jest właściwy wybór. Dokładnie to ma na myśli Jan Paweł II, kiedy pisze: "Wolność jednak w pełni jest dowartościowana jedynie poprzez przyjęcie prawdy: w świecie bez prawdy wolność traci swoją treść, a człowiek zostaje wystawiony na pastwę namiętności i uwarunkowań jawnych lub ukrytych. Chrześcijanin żyje wolnością (por. J 8,31-32) i służy jej zgodnie z misyjną naturą swego powołania, ofiarowując innym prawdę, którą sam poznał" (Centesimus annus, 46). Precyzuje to w słowach: "Wolność zewnętrzna pojmowana jako wolność życia społecznego nie może istnieć bez wolności wewnętrznej, wolności od moralnego zła". W homilii we Wrocławiu w 1997 r. mówił o niej w ten sposób: "Chodzi przede wszystkim o ład moralny, ład w sferze wartości, ład prawdy i dobra. W sytuacji pustki w dziedzinie wartości, gdy w sferze moralnej panuje chaos i zamęt — wolność umiera, człowiek z wolnego staje się niewolnikiem - niewolnikiem instynktów, namiętności czy pseudowartości".

    Czytaj: http://www.obecni.net.pl/index.php?page=news&kid=7&pkid=46&nid=238

    Pojęcie wolności liberała ma charakter generalnie negatywny, a więc brak przymusu, zaś katolika — charakter pozytywny, czyli istnienie pewnych treści (Prawda), ewentualnie negatywny, w rozumieniu wolności od grzechu, namiętności czy też zgubnych przekonań, najczęściej zahaczając jeszcze o wolność od możliwości zgrzeszenia czy zbłądzenia.


    Liberalizm w Kościele Katolickim

    Wśród postulatów mających za cel reformę współczesnego Kościoła katolickiego wysuwanych przez liberalnych katolików znajdują się:
    • zaakceptowania przez Kościół kapłaństwa kobiet
    • zniesienia obowiązkowego celibatu wśród duchownych
    • uznania prawa do antykoncepcji, eutanazji, aborcji, rozwodu, zapłodnienia in vitro
    • zaprzestania uważania aktów homoseksualnych za grzech
    Niestety wszystkie tego typu postulaty i poglądy są potępiane przez Kościół jako stojące w sprzeczności z zasadami wiary i moralności katolickiej.

    Liberalni katolicy popierają inicjatywy, unowocześnienia Kościoła i obrzędów sakralnych, m.in.
    • wprowadzenie przyjmowania komunii na rękę,
    • czy granie na gitarze podczas pieśni (podczas liturgii)


    Kościół liberalno-katolicki

    W nieco zmienionej formie liberalizm występuje w Liberalnym Kościele Katolickim.
    Kościół liberalno-katolicki – reprezentuje chrześcijaństwo postrzegane przez pryzmat teozofii, która bazuje w znacznej mierze na neoplatonizmie i buddyzmie- i w jej świetle interpretowane.

    Nurt ten zapoczątkował były ksiądz anglikański James Ingall Wedgwood. Jest związany z teozofią, zachowuje jednak wiele rytuałów chrześcijańskich: chrzest, eucharystię i inne sakramenty. Współczesne kościoły liberalno-katolickie pozwalają na rozwody, kapłaństwo kobiet, małżeństwa duchownych. Duchowni kościołów mają obowiązek powstrzymywania się od spożywania mięsa i alkoholu. Kapłanem kościoła był m.in. gen. Michał Tokarzewski-Karaszewicz.

    Liberalizm w KRK był mocno krytykowany w czasie obrad Soboru Watykańskiego II. W grudniu 1962 roku rozpoczęły się obrady Komisji Centralnej, mającej przygotować dokumenty na potrzeby soboru Vat II. Już podczas pierwszego spotkania nastąpiły zgrzyty: „Arcybiskup Lefebvre publicznie skarżył się na obecność w podkomisjach niekatolików i osób o wątpliwych przekonaniach, takich jak Hans Küng, Ratzinger (w czarnym garniturze i pod krawatem), Rahner, Congar, Schillebeeckx, i spółka”. Podobna postawa zaowocowała powołaniem skrzydła sprzeciwiającego się reformom, zwanego w kuluarach „tradycjonalistycznym komando”. W skład Coetus Internationalis Patrum, bo o nim mowa, wchodziło 250 biskupów (z 2500 biorących udział w Soborze) sprzeciwiających się modernistycznym reformom w łonie Kościoła.

    Po II Soborze Watykańskim zakończonym w 1965 roku i reformach Kościoła krytycy dopatrują się praktycznie poczatku końca wiary katolickiej i Kościoła Katolickiego. Przeciwnicy soboru w szczególności konserwatywne bractwo Piusa X z arcybiskupem Lefebvre obstają nadal przy wartościach tradycjonalistycznych i czystej nauce Ewangelli, przeciwko ekumenizmowi i przeciwko papiestwu które wg nich jest skażone modernizmem, naukowym humanizmem, liberalizmem i wolnością sumienia.

    Co począć z liberalizmem w Kościele?

    Niewątpliwie kościół zmuszony jest się reformować aby dotrzymać kroku nowoczesnym czasom, ale krytyka tradycjonalistów powinna być uważnie wysłuchana bo 50 lat po soborze można obserwować czy miała uzasadnione obawy.

    Prof. M. Wojciechowski, chcąc adaptować pojęcie liberalizmu na grunt chrześcijański, zastrzega: "Liberalizm gospodarczy nie jest więc wcale sprzeczny z chrześcijaństwem — oczywiście pod warunkiem, że nie łączy się go z liberalizmem laickim głoszącym swobodę moralną" - zob. M. Wojciechowski, Wiara, cywilizacja, polityka, Wyd. Dextra, 2001.

    Z całą pewnością tej oczywistej dzisiaj dla każdego poczucia i prawa do wolności nie da się już zagłuszyć, skanalizować, czy zastąpić. Prof. Leszek Kołakowski tak pisał: "Zgodnie ze zwykłym użyciem słowa 'wolność', jestem wolny przez samą możliwość wyboru, czyli jestem wolny zarówno gdy dobro, jak i gdy zło wybieram. W tym ostatnim wypadku staję się zły, lecz jestem nadal wolny i z tego tytułu odpowiedzialny. Natomiast pozytywne, Augustyńskie wyobrażenie o wolności utożsamia wolność z wyzwoleniem od grzechu, narzuca zatem mniemanie, że im mniej okazji do grzechu świat mi dostarcza, tym bardziej kwitnie wolność moja; stąd łatwy wniosek, że wszelka forma przymusu, która ogranicza moje możliwości zgrzeszenia, nie tylko mi na korzyść wychodzi, ale moją wolność pomnaża; dlatego Augustyńska doktryna w tym punkcie jest dobrym uzasadnieniem reżymu opresywnego. 'Prawdziwa wolność' w odróżnieniu od zwykłej wolności tout court, jest wyrażeniem niedobrym, jak nas między innymi niedawna wolność nauczyła" - czyt.: L. Kołakowski, Laik nad 'Katechizmem' wymądrza, 1995.

    Obok słuszności pewnych założeń liberalizm, budzi jednak wiele zastrzeżeń. Ma rację, mówiąc o konieczności opieki nad człowiekiem; można się też z nim zgodzić w niektórych aspektach dotyczących ekonomii i gospodarki. Widać jednak następujące negatywne cechy systemu liberalnego:

    Pierwsza dotyczy już samej definicji człowieka wraz z jego relacjami społecznymi. Krótko można powiedzieć, że liberalizm ujmuje człowieka zasadniczo w kategoriach czysto ekonomicznych. Chociaż tworzy on cały system praw zabezpieczający jednostkę ludzką, to jako ideologia wywodząca się z zupełnie innych przesłanek niż chrześcijaństwo nigdy nie da się pogodzić z doktryną katolicką.

    Po drugie - Chrystus nie głosił „wolności bez granic”, nie uważał, że rację zawsze ma większość. Mówił, że On jest Prawdą. Głosił istnienie prawdy obiektywnej, co jest przeciwne liberalizmowi, głoszącemu ciągłą zmienność prawd i praw ludzkich. Trzeba mocno podkreślić, że w chrześcijaństwie człowiek jest podmiotem, a nie częścią wolnego rynku, ocenianą wyłącznie pod kątem użyteczności i „skuteczności działania”. Katolicka nauka społeczna mówi wyraźnie o konieczności sprecyzowania postulatów etycznych, które powinna uwzględniać ekonomia, aby stało się zadość społecznej i osobistej sprawiedliwości moralnej.

    Po trzecie - trzeba wyraźnie powiedzieć: liberalizm to nie jest idea dla katolików. Prowadzi w prostej linii do zakwestionowania naszych podstawowych kanonów moralnych w praktyce życia społecznego, do powolnego zrywania z chrześcijańską tradycją, na której zbudowaliśmy naszą polską kulturę. Objawia się również patologiami życia społecznego.
    - zob. wywiad Krzysztofa Jana Dracza z Lechem Stefanem - wiceprezesem Stowarzyszenia „Pro Cultura Catholica”, działaczem opozycyjnym Solidarności Dolnośląskiej, przewodniczącym byłej Wyborczej Akcji Katolickiej we Wrocławiu: http://www.niedziela.pl/artykul/77501/nd/Liberalizm-nie-dla-katolikow

    Liberalizm jest niezgodny z ludzką naturą

     
    Projekt Rousseau był projektem utopijnym, stąd próba jego urzeczywistnienia nie mogła się ziścić, natomiast droga do jego realizacji musiała być krwawa (rewolucja francuska).

    Chciałbym zaproponować teraz dwa spojrzenia na liberalizm. Obydwa negatywne. Niestety. Wbrew różnym entuzjastom i propagatorom liberalizmu nie jest on ani przyjazny człowiekowi i społeczeństwu ani też nie jest systemem najlepszym z możliwych, Co więcej jest utopią, której w całości nie da się wprowadzić. Ideolodzy liberalni żywią mniemanie, że wystarczy przekonująco wyłożyć wszelkie dobrodziejstwa liberalnej doktryny a ludzie natychmiast przekonają się do jedynie słusznej drogi rozwoju: duchowego i ekonomicznego. Nic bardziej błędnego. Ludzie w swoich wyborach nie kierują się rozumem a emocjami.

    Liberalizm jest doktryną, głoszącą zupełną niezależność wolności ludzkiej, a tym samym przecząca wszelkiej nad człowieka wyższej powadze w porządku umysłowym, religijnym i politycznym. Liberalizm jest więc ostatecznym rozwinięciem pychy ludzkiej przeciwko miłości Bożej i ostatnim wysiłkiem stworzenia rozumnego przeciwko opiece i kierownictwu swego Stwórcy.

    Zasadniczym symbolem liberalizmu jest głośna z czasów rewolucji francuskiej Deklaracja praw człowieka. Ta deklaracja utorowała drogę reżimowi liberalnemu w sferze światopoglądowej i gospodarczej. Liberalizm jest de facto zniewoleniem jednostki i społeczeństwa. Jest przyzwoleniem i uzasadnieniem stosowania przemocy wobec innych inaczej myślących i czyniących. Mimo, że na ustach ma frazesy o wolności to zniewala. I przywłaszcza sobie prawa jednostek i narodów, które wynikają z zupełnie innych źródeł. Niepodległość, wolność, wcale nie muszą wynikać z idei liberalizmu.

    Liberalizm ma nieludzką twarz

    Liberalizm jest systemem nieludzkim. Z całą pewnością ideologia liberalizmu i liberalny system polityczny jest niezgodny z naturą człowieka, która ma charakter wspólnotowy. Każda zaś wspólnota opiera się na konstytuujących ją wartościach. Ci, którzy opierają się nim, kontestują je, są eliminowani w drastyczny sposób. W czasach świetności Cywilizacji Zachodu społeczeństwo eliminowało heretyków i wolnomyślicieli, podpalając pod nimi drewniane stosy, czyli penalizując herezję, bluźnierstwo i apostazję. Potem rozpoczęło się zjawisko opisane znakomicie przez Carla Schmitta w jego pracy „Lewiatan w teorii państwa Thomasa Hobbesa” (1937): mediewalne społeczeństwo monoideowe zaczęło pękać i pod skorupą oficjalnej ortodoksji zaczęły się pojawiać prądy wolnomyślicielskie. Najpierw publicznie oddawano jeszcze Bogu cześć wedle ustalonej przez suwerena ortodoksji, ale w sercu już w to nie wierzono, a w końcu publicznie zaczęto kwestionować wszystkie prawdy. I tak oto narodziło się społeczeństwo liberalne. Schmitt uważał takie zjawisko za nietrwałe, gdyż sprzeczne z naturą ludzką, która domaga się, aby wspólnota ufundowana była na jakiejś ortodoksji. Stąd pojawiły się „ortodoksje zastępcze”, które podjęły próby narzucenia masom zeświecczonej religii w postaci ideologii. To świat dwudziestowiecznych totalitaryzmów.

    Niemiecki prawnik uważał, że oto świat powrócił do pewnej bardzo niedoskonałej „normalności”, czyli do monoidei, acz o laickim i mitycznym charakterze. Ideologia totalitarna to taka zlaicyzowana postać religii. Nie ma wątpliwości, że Carl Schmitt pomylił się co do tego, że przyszłością świata jest monoidea faszystowska. Ma jednak rację co do natury ludzkiej: ta rzeczywiście domaga się jedności wierzeń, jedności poglądów i walki z odstępcami za pomocą ustaw o świętokradztwie. Kwestią wtórną jest, czy ortodoksją będzie katolicyzm rzymski, luteranizm, anglikanizm, faszyzm, bolszewizm czy demoliberalizm. Mechanizm ludzkiego myślenia jest zawsze ten sam: mamy wspólnotę i chcemy, abyśmy wszyscy czuli się jako jedno wielkie „my”. Dlatego domagamy się brutalnego spacyfikowania odstępców, którzy świętokradczo naruszyli drogie nam wartości, bez których nie istnieje nasza wspólnota polityczna.

    Ktoś spyta o Prawdę? Schmitt odpowiada cytatem z Hobbesa: „To władza, a nie prawda tworzy prawo” (Auctoritas non veritas facit legem). Kwestia nie sprowadza się do tego, czy prawda w ogóle istnieje – ludzie nie umieją funkcjonować bez pozytywnej odpowiedzi na to pytanie – ale do kwestii, która z oferowanych nam prawd jest rzeczywiście „prawdziwa” (czyli twierdzenie jest zgodne z rzeczą – jakby to powiedział Arystoteles)? Mówiąc znów językiem Hobbesa: w sumie nie jest istotne, czy prawda istnieje i która z oferowanym nam prawd jest „prawdziwa”. Ważne jest tylko, kto decyduje, co jest prawdą i która z nich ma być oficjalną doktryną integrującą ludzi w społeczeństwo (Quis interpretabitur?). Tak właśnie odczytuję wspomniany projekt ustawy o „mowie nienawiści”.

    Na naszych oczach widzimy przełomowy moment w polskiej historii: oto kończy się wolność proklamowana w błyskach fleszy w 1989 roku. Oczywiście ktoś powie, że nigdy jej nie było, iż III RP od samego początku przeżarta była socjalizmem. To oczywiście prawda, ale cały ten bajzel funkcjonował przez prawie ćwierć wieku z hasłami „wolności” na sztandarach, a jedną z podstawowych swobód była wolność wypowiedzi, sumienia i przekonań. I oto władza postanowiła nam powiedzieć zupełnie jasno i wprost: wolność właśnie się skończyła i będziemy represjonować wszystkich „bluźnierców” wobec oficjalnej doktryny państwa, którą jest „wolność”, „tolerancja” i „prawa człowieka”.

    Tak, my w Średniowieczu także represjonowaliśmy heretyków, z kolei faszyści i komuniści podobne prawodawstwo wprowadzili wobec przeciwników politycznych. Oto logika każdego normalnego, ludzkiego systemu władzy. Na naszych oczach liberalna demokracja także „domyka się” i ustanawia swoją wersję ustawy o „świętokradztwie”. To logiczne.

    Rządząca Polską Platforma Obywatelska – a konkretnie przedstawiciele jej lewicowo-liberalnego skrzydła – zapowiedziała złożenie w Sejmie ustawy przeciwko „mowie nienawiści. Z medialnych doniesień dowiadujemy się, że penalizowana nie będzie wszelka „nienawiść”, lecz jedynie ta, która skierowana jest przeciwko cechom wrodzonym, niezależnym od człowieka. Chodzi o rasę, narodowość, płeć i orientację seksualną. Czyli przy okazji zostanie zadekretowane, że homoseksualizm nie jest chorobą, tylko wrodzoną „odmiennością”. W ten sposób ustawodawca rozstrzygnie problem, o który spierają się lekarze. Quis interpretabitur? Za pomocą tej ustawy system zadekretuje ochronę „grupy trzymającej władzę” w liberalnym państwie.

    Co ważne, wręcz kluczowe, ustawa o „mowie nienawiści” nie ma dotyczyć tych elementów, które nie są wrodzone. A co nie jest wrodzone? Nabyta jest wiara chrześcijańska, patriotyzm, duma narodowa, własność prywatna. Bez groźby kary można więc będzie tryskać nienawiścią do Kościoła, polskości i właścicieli. Oto system pokazuje, że te elementy nie konstytuują wartości, na których zbudowana jest III RP. Po ewentualnym uchwaleniu ustawy o „mowie nienawiści” liberalna demokracja ostatecznie domknie się, przekształcając się w nowy monoideowy system z własną cenzurą.

    Liberalizm wchodzi o to w fazę legalnego terroryzmu państwowego. To rodzaj antyśredniowiecza z antyteologią i antydogmatyką, zbrojny w ustawę o antybluźnierstwie, na straży której stać będą antyinkwizytorzy.
    źródło: http://nczas.com/publicystyka/wielomski-ideologia-liberalizmu-jest-niezgodna-z-natura-ludzka-dlaczego/


    Liberalizm jest utopią

    Liberalizm, podobnie jak nominalizm, nie jest kierunkiem filozoficznym na wzór platonizmu, arystotelizmu czy tomizmu, jest to raczej pewien rozgałęziony nurt, który przecina w poprzek różne kierunki filozoficzne. Z tego tytułu trudno o jednolite określenie, czym jest liberalizm. Także analiza liberalizmu zorientowana być musi na poszczególnych myślicieli. Temat: czy w liberalistycznej koncepcji wolności jest miejsce na odpowiedzialność, dotyka jednej z kluczowych spraw mieszczących się w kręgu problematyki związanej z wolnością. Bez odpowiedzialności sama wolność stoi pod znakiem zapytania, a przecież liberalizm wolność uznaje za swe sztandarowe hasło.

    Zobaczmy jakim deformacjom ulega lub do jakich deformacji w rozumieniu odpowiedzialności może prowadzić koncepcja wolności u sztandarowych postaci liberalizmu, do jakich bez wątpienia należały poglądy John Locke i J. J. Rousseau. W obu wypadkach zanika pojęcie odpowiedzialności indywidualnej, pozostaje miejsce dla odpowiedzialności zbiorowej albo zanik jakiejkolwiek realnej odpowiedzialności.

    Filozoficzni ojcowie liberalizmu uważali, że wolność jest najbardziej podstawowym atrybutem człowieka znajdującego się w stanie natury. John Locke pisał: „By właściwie zrozumieć władzę polityczną i wyprowadzić ja z jej źródła, musimy rozważyć stan, w jakim wszyscy ludzie znajdują się naturalnie, a więc stan zupełnej wolności w działaniu oraz rozporządzaniu swymi majątkami i osobami, tak jak oni uznają za właściwe, w granicach prawa natury nie pytając nikogo o zezwolenie, bez zależności od woli innego człowieka". Dopiero po wolności mowa jest o równości i o własności.

    A więc wolność w stanie natury jest to stan zupełnej, czyli doskonałej wolności (a perfect freedom). Doskonała wolność obejmuje działanie i rozporządzanie własnym majątkiem i osobami. Działanie to mieści się w granicach praw natury, które obowiązują wszystkich ludzi. Działanie zależne jest od działającego wedle jego pojęcia o tym, co jest właściwe. Niezależne jest natomiast od woli i zezwolenia innego człowieka.

    Wolność w stanie natury nie jest - mówiąc językiem dzisiejszym - permisywizmem, czyli zgodą na robienie czegokolwiek, co się komu podoba. Locke wyjaśnia: „Człowiek posiada w tym stanie niemożliwą do kontrolowania wolność dysponowania swą osobą i majątkiem, nie posiada jednak wolności unicestwienia samego siebie ani żadnej istoty znajdującej się w jego posiadaniu, jeżeli nie wymagają tego szlachet-niejsze cele niż tylko jego samozachowanie. W stanie natury ma rządzić obowiązujące każdego prawo natury. Rozum, który jest tym prawem, uczy cały rodzaj ludzki, jeśli tylko ten chce się go poradzić, że skoro wszyscy są równi i niezależni, nikt nie powinien wyrządzać drugiemu szkód na życiu, zdrowiu, wolności czy majątku". Prawa natury obejmują więc prawo do życia, zdrowia, wolności i własności. Z takim prawem wiąże się też prawo do sądzenia i karania łamiących te prawa, łącznie z możliwością pozbawienia ich życia.

    Pojawia się pytanie, czy i kto jest w stanie natury? Bo przecież człowiek przychodzi na świat w zorganizowanej już społeczności. Na to pytanie Locke odpowiada: „...obecnie wszyscy książęta i władcy niezależnych rządów na całym świecie znajdują się w stanie natury. Jasne jest, że na świecie nigdy nie brakowało ani nie będzie brakować dużej liczby osób znajdujących się w tym stanie"5. Stan natury obejmuje więc władców, którzy nie podlegając społeczeństwu, podlegają tylko prawom natury. Ale w stanie takim znajdują się wszyscy ci, którzy mocą własnej zgody nie stają się członkami jakiegoś społeczeństwa. Gdy natomiast ktoś zgodzi się na wspólnotę, to dobrowolnie przyjmuje na siebie szereg ograniczeń (praw) ustanowionych przez tę wspólnotę. „Stąd też ustają wszystkie prywatne sądy, a wspólnota na mocy stałych i niezmiennych praw jest bezstronnym i jedynym rozjemcą dla wszystkich".

    Wolność człowieka w społeczeństwie polega na podleganiu tylko władzy powołanej na mocy zgody przez daną wspólnotę, a niepodleganiu jakiejkolwiek obcej woli i obcemu prawu. Jak wolność w stanie natury podlega tylko prawom natury, tak wolność polityczna podlega prawom natury i prawom danej wspólnoty.

    Wspólnotą polityczną opartą na właściwych zasadach jest wedle Locke'a, nie monarchia absolutna, w której władca stawia się ponad społeczeństwem (i jest ciągle w stanie natury), ale społeczność obywatelska. „I tak każdy człowiek, zgadzając się z innymi na utworzenie jednego ciała politycznego pod władząjednego rządu, zaciąga wobec każdego człowieka w tym społeczeństwie zobowiązanie do podlegania postanowieniom większości. Ta pierwotna umowa, na mocy której połączył on się z innymi w jedno społeczeństwo, nie posiadałaby żad-nego znaczenia, nie byłaby żadną umową, gdyby pozostał on nadal wolny i nie zaciągał żadnych innych zobowiązań niż te, którym podlegał w stanie natury"8. Dobrowolne włączenie się do wspólnoty (umowa społeczna) pociąga za sobą dobrowolną zgodę na poddanie się głosom większości wyrażonym pod postacią uchwalonych praw. Ta zgoda większości ma znaczenie zgody wszystkich, ponieważ gdyby opierać społeczeństwo tylko na zgodzie wszystkich, to twór taki byłby bardzo krótkotrwały. A zatem człowiek w stanie społecznym ogranicza swą wolność, poddając się prawu stanowionemu. Następuje dobrowolne samoograniczenie własnej wolności.

    Jak w tym świetle wygląda problem odpowiedzialności? Oddanie siebie pod władzę ogółu oraz traktowanie głosów większości jako wiążących mniejszość i poszczególne jednostki prowadzi do przekazania realnej odpowiedzialności osobistej na odpowiedzialność większości. W konsekwencji jedynym podmiotem odpowiedzialnym staje się władza, głównie władza polityczna. To następnie prowadzić może nawet do totalitaryzmu, a także do dominacji legalizmu. Totalitaryzm ten różnić się będzie od tyranii lub rewolucji sposobem dojścia do władzy. Totalitaryzm liberalny polega na dobrowolnym zrzeczeniu się wolności na rzecz władzy, podczas gdy tyran lub rewolucjonista do władzy dochodzi podstępem i przemocą. W zakresie sprawowania władzy władza liberalna i tyrańska traktuje społeczeństwo w sposób odpodmiotowiony, ponieważ tylko władza jest wolna i tylko władza ma władzę. Wolność społeczeństwa albo jest zawieszona (liberalizm), albo podeptana (tyrania), ale aktualnie społeczeństwu i jednostkom nie przysługuje. Dlatego w obu wypadkach, choć na różne sposoby, nie ma miejsca na aktualną odpowiedzialność indywidualną poszczególnych członków społeczeństwa. Niemniej jednak władza wyłoniona demokratycznie jest odpowiedzialna względem społeczeństwa, ponieważ jest aktualnie wolna, natomiast władza tyrańska jest samowolna, a więc przed nikim nie jest odpowiedzialna. Władza tyrańska jest wolna i nieodpowiedzialna, społeczeństwo żyjące pod władzą tyrańska jest zniewolone i nieodpowiedzialne. Władza liberalna jest wolna i odpowiedzialna; społeczeństwo znajdujące się pod władzą przez siebie wyłonioną jest aktualnie niewolne i nieodpowiedzialne, natomiast jest wolne i odpowiedzialne przy wybieraniu władzy.

    O ile w sprawowania władzy w tyranii decydujące znaczenie ma wola władcy jakkolwiek wyrażona, to w przypadku liberalnej demokracji, decyduje wola większości wyrażona przy pomocy prawa (wówczas prawa stanowionego). Oderwanie prawa stanowionego od prawa natury, przy zachowaniu procedur demokratycznych, prowadzi następnie do legalizmu, czyli dyktatu prawa stanowionego, które może być przeciwne prawu naturalnemu i wówczas prawo staje się zalegalizowanym bezprawiem. Procedura (demokratyczna) rugować może obiektywne podstawy (prawo naturalne) i cel (dobro) stanowionego prawa.

    Locke jednak mówi: „Społeczeństwo polityczne istnieje tam i tylko tam, gdzie każdy z jego członków zrezygnował ze swej naturalnej wła dzy i złożył ją w ręce wspólnoty nie wyłączając jednak tym samym możliwości odwołania się do ustanowionych przeznie praw"9 (podkr. P. J.). Takie odwoływanie się może mieć charakter albo pobożnego i bezsilnego życzenia, albo też przybierze postać zamachu stanu, ponieważ legalna władza posiada aktualnie całą wolność społeczeństwa i środki sprawowania władzy w skali całegopaństwa. Władza po wyborze jest już poza zasięgiem społecznego oddziaływania.

    I takie właśnie mogą być konsekwencje liberalistycznej w sensie Locke'a koncepcji wolności. Prowadzą do statolatrii (kult państwa-władzy) i legalizmu (kult prawa stanowionego). Ze względu jednak na procedurę wyłaniania władzy (dobrowolność) państwo liberalne zazwyczaj przeciwstawiane jest w całości państwu totalitarnemu. Tymczasem państwo liberalne może być totalitarne w zakresie sprawowania władzy. Społeczeństwo liberalne jest wolne i odpowiedzialne w zakresie wyboru władzy, ale przestaje być odpowiedzialne po wyborze władzy, bo wówczas tylko władza jest wolna, a tym samym odpowiedzialna.

    Jednak odpowiedzialność władzy liberalnej zależy od tego, czy uznaje ona coś, co leży poza zasięgiem jej wolności. Tym jest prawo naturalne. Jeżeli władza liberalna uznaje prawo naturalne, to w swoich postanowieniach wolność jej jest przez owo prawo związana, a tym samym pojawia się odpowiedzialność za zgodność postanowień z prawem naturalnym. Jeżeli jednak władza liberalna przestaje się liczyć z prawem naturalnym, to wówczas znika obiektywna podstawa odpowiedzialności. Władza „uwolniona" od obiektywnych podstaw prawa stać się może władzą totalitarną, kreującą prawo niezależnie od dobra i podmiotowości społeczeństwa. Jest to wówczas władza wolna (bo nie krępuje jej ani społeczeństwo, ani prawo naturalne) i nieodpowiedzialna (nie odpowiada za dobro społeczeństwa, które nie jest dla niej podmiotem). Społeczeństwo i poszczególne osoby są wolne do wybierania władzy, ale nie są wolne żyjąc pod określoną władzą, gdyż ich wolność przejęła władza. Społeczeństwo pozbawione aktualnej wolności przestaje być odpowiedzialne, tak jak zanika odpowiedzialność osobista.
    Poglądy J. J. Rousseau są jeszcze bardziej radykalne niż Johna Locke'a. Rousseau uważał, że człowiek z natury jest doskonały. Zło bierze się ze społeczeństwa i cywilizacji, które popsuły doskonałego człowieka. Ideałem jest takie zorganizowanie społeczeństwa, które pozwoliłoby na odzyskanie pierwotnej doskonałości i wolności ludzkiej.

    W poglądach Rousseau na temat wolności należy wyodrębnić dwa aspekty, jeden polityczny, drugi religijny. W aspekcie politycznym Rousseau staje przed dylematem: jaka forma zrzeszenia bronić będzie dobra poszczególnych osób tak, aby jednostka należąc do zrzeszenia pozostawała nadal wolna? Rozwiązanie jakie proponuje Rousseau bliskie jest w pierwszej fazie poglądom Locke'a, każdy dobrowolnie oddaje siebie ogółowi, ale w odróżnieniu od Locke'a Rousseau nie ceduje wolności jednostek na wybraną władzę polityczną. Władza ustawodawcza jest wyrazem woli wszystkich i dotyczy wszystkich. Oznacza to, że poszczególne osoby cedują swą wolność nie na jakąś władzę reprezentacyjną, ale na wolę powszechną, w której współuczestniczą. Tworzenie ustaw musi przebiegać poprzez referenda. Władza wykonawcza wydaje tylko przepisy szczegółowe i jest zależna od władzy wszystkich obywateli (ludu). Tak pojęta demokracja ma, zdaniem Rousseau, zabezpieczać równość i wolność wszystkich.

    Projekt Rousseau był projektem utopijnym, stąd próba jego urzeczywistnienia nie mogła się ziścić, natomiast droga do jego realizacji musiała być krwawa (rewolucja francuska). Na czym polegał błąd? Na tym, że osiągnięcie jednomyślności we wszystkich sprawach jest w większości wypadków niemożliwe, mniejszość ulec więc musi większości. W ten sposób zanika wolność. Równość staje się fikcją ze względu na zróżnicowanie kompetencji. Ludzie, mając równe prawo głosu, nie są w równy sposób odpowiedzialni, ponieważ nierówne są ich kompetencje. Odpowiedzialność obejmuje nie tylko zakres wolności, ale również treść wolności, która wkracza na teren wiedzy i umiejętności.

    Ale tu dotykamy głębszego problemu. O jakim „człowieku" mówi Rousseau? Jest to człowiek znajdujący się w stanie natury, którego odpowiednikiem nie tyle jest ktoś „dziki", żyjący poza społeczeństwem, ale biblijny Adam. Rousseau, mówiąc o człowieku w stanie natury, ma na myśli Adama przed grzechem pierworodnym. Ma to swoje ważkie konsekwencje. Zło w ludzkim działaniu jest skutkiem grzechu pierworodnego, jeśli jednak paradygmatem staje się Adam przed grzechem, stan do którego można dojść dzięki odpowiedniemu ustrojowi politycznemu, to pojawia się wówczas wizja nowego człowieka, który jest ponad dobrem i złem. Do wizji takiej dojdzie później Nietzsche, ale jej zalążki są u Rousseau, a powstały na tle spekulacji nie tyle filozoficznych, co teologicznych. Jeżeli człowiek w stanie natury jest poza grzechem, to pozostając w stanie wolności jest poza odpowiedzialnością, gdyż wręcz nie może uczynić nic złego. Apoteoza wolności człowieka w stanie natury prowadzi w konsekwencji do kultu nieodpowiedzialności, jako nieodłącznej towarzyszki wolności. Jest to uproszczona wersja poglądów Rousseau, ale takie staje się jej praktyczne oblicze. Ten liberalizm bardzo łatwo prowadzi do libertynizmu i permisywizmu. U jego źródeł leży błąd teologiczny, negujący obecność w ludzkim działaniu, z racji wewnętrznych (grzech), a nie zewnętrznych (społeczeństwo), skutków grzechu pierworodnego.

    Liberalistyczna koncepcja wolności, choć stawia w punkcie wyjścia ludzką wolność jako najważniejszą cechę człowieczeństwa, prowadzi do totalitaryzmu, libertynizmu i permisywizmu. Są to różne formy zniewolenia, czy to politycznego (totalitaryzm), czy moralnego (permisywizm, libertynizm). Tak pojęta wolność pozostawia bardzo małe pole dla odpowiedzialności zarówno indywidualnej, jak i społecznej oraz politycznej. Istnieje bowiem silna tendencja i pokusa, aby wola (indywidualna lub zbiorowa) kreowała dobro, wskutek czego owo dobro wykreowane samo się tłumaczy przez odniesienie do woli, a nie do obiektywnego, zastanego i odczytanego układu rzeczy. Liberalistyczna koncepcja wolności stanowi zagrożenie dla prawdziwej i odpowiedzialnej wolności ludzkiej tak w wymiarze osobistym, jak i społecznym.


    Za: http://www.piotrjaroszynski.pl/felietony-wywiady/czy-w-liberalistycznej-koncepcji-wolnosci-jest-miejsce-na-odpowiedzialnosc.html

    niedziela, 18 sierpnia 2013

    Wolny rynek - tak, liberalizm - nie



    Czy liberał może być patriotą? Marek Cichocki co prawda nie odmawia mu całkiem takiej możliwości, ale twierdzi, że liberał ma kłopot, bowiem patriotyzm nakłada na jednostkę zobowiązania przekraczające indywidualne interesy.


    Zastanawiające, jak bardzo rozpowszechniła się opinia, iż na światopogląd prawicowy składa się konserwatyzm w sferze moralności oraz liberalizm w sferze gospodarki. Zupełnie jakby te skrajności można było pogodzić.

    Krzysztof Bosak w jednym ze swoich ostatnich tekstów „Wolny rynek – tak, liberalizm -nie” stwierdza, iż nie warto bronić liberalizmu, ponieważ zbyt wiele złych treści ideowo - politycznych i złej praktyki politycznej i gospodarczej ten termin za sobą ciągnie.
    - czytaj:
    Warto bronić rynku i zdrowej myśli ekonomicznej, nie warto raczej bronić liberalizmu. Zbyt wiele złych treści ideowo-politycznych i złej praktyki politycznej i gospodarczej ten termin za sobą ciągnie. A jeśli chce się bronić kapitalizmu, to trzeba mieć świadomość, że globalizacja mocno skomplikowała sytuację, a handel międzynarodowy będzie się toczył w ramach dyktowanych przez politykę - pisze Krzysztof Bosak*.
    Dobry był tekst Marka Steinhoff-Traczewskiego, który staje w obronie wolnego rynku przed zniechęcającymi do niego stereotypami liberalizmu. 

    Mam jednak kilka uwag.
    Po pierwsze na własne negatywne postrzeganie liberałowie w Polsce dość ciężko zapracowali. Stereotyp o bezrefleksyjności i prostactwie nie wziął się znikąd.


    Po drugie szkoda, że autor nie dodał, że Hayek nigdy nie określał się jako liberał (a jako "stary Wig"), a Smith z dzisiejszej perspektywy jest chyba raczej po prostu prorynkowym konserwatystą, niż liberałem sensu stricto. Co innego konsekwentny liberał Mises, który mimo, że niepotrzebnie zideologizował problematykę rynku (czego jako filozoficzny racjonalista nie mógł zresztą uniknąć) to rozumiał sens istnienia państwa.


    Po trzecie autor nie zauważa, że współcześni nam propagatorzy myśli wolnorynkowej dość rzadko lub nigdy nie powołują się na subtelne rozważania moralne Smitha czy trzeźwe uwagi Hayeka, a chętniej sięgają po radykalnych, dogmatycznych leseferystów (czy wręcz anarchistów!) takich jak Rothbard i jego naśladowcy. Ta radykalizacja w doborze "idoli" w sposób oczywisty musi odpychać od liberałów każdego, dla kogo rzeczywistość gospodarczo-polityczna liczy się bardziej, niż logiczna spójność apriorycznej doktryny.


    Po czwarte, warto odnotować, że rzeczywistość gospodarcza XX i XXI wieku różni się do wieku XVIII, gdy Smith publikował swe imponujące "Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów". Odpowiedź na problem samorzutnej koncentracji kapitału i powstawania niebezpiecznie zbiurokratyzowanych koncernów dali niemieccy ordoliberałowie (którzy reprezentowali raczej "chrześcijański humanizm" lub po prostu konserwatyzm, a nie żadną odmianę liberalizmu), podobnie też oni stworzyli najbardziej wyrafinowaną teorię (i praktykę!) polityki monetarnej jeszcze przed monetaryzmem Friedmana, który uzyskał chyba niezasłużenie wielki rezonans.


    Podsumowując:

    Warto bronić rynku i zdrowej myśli ekonomicznej, nie warto raczej bronić liberalizmu. Zbyt wiele złych treści ideowo-politycznych i złej praktyki politycznej i gospodarczej ten termin za sobą ciągnie. A jeśli chce się bronić kapitalizmu, to trzeba mieć świadomość, że globalizacja mocno skomplikowała sytuację, a handel międzynarodowy będzie się toczył w ramach dyktowanych przez politykę. Zawsze.


    Idąc dalej: dyskwalifikowanie konserwatystów (z postulatami np. dekoncentracji przemysłu czy zapobiegania koncentracji w rolnictwie), ordoliberałów (z postulatami m.in. polityki antymonopolowej) czy narodowców (z postulatami utrzymania kontroli własnościowej w strategicznych branżach i kontrolowania przepływów kapitału spekulacyjnego) jako "socjalistów", raczej do popularyzacji rynkowego myślenia się nie przyczyni.


    Łatwo zdystansować się od stereotypów. Trudniej się zdystansować od własnych stronników, którzy tym stereotypom odpowiadają.
     

    Krzysztof Bosak
    - Powyższy tekst pochodzi z jego mikrologa

    .