Kim są nadludzie?

Czy nietzscheański Ubermensch ma coś wspólnego z chrześcijaństwem? A czy można chociaż zobaczyć w chrześcijaństwie pewne podobieństwa? - Zobaczmy. Pytania o człowieka, pytania o istotę człowieczeństwa należą do podstawowych.

Po co komu etyka?

Czym jest etyka i moralność? Czy zastanawiamy się nad tym na co dzień, czy postępujemy etycznie? Właściwe po co moralnością mamy się przejmować, albo jakimś zbiorem zasad etycznych?

Wojna cywilizacji według Samuela Huntingtona

Jak żywa jest pamięć zbiorowa? Huntington stawia tezę, że w XXI w. wojna między różnymi cywilizacjami zajmie miejsce dziewiętnastowiecznych wojen narodowych i dwudziestowiecznych wojen między ideologiami.

Dlaczego kult Maryi wywołuje u niektórych taki sprzeciw?

Kult Maryi jest zjawiskiem szczególnym i niezwykłym w Kościele Rzymsko-Katolickim. Obecny kształt tego kultu zawdzięczamy tradycji, pobożności ludowej, dyskusjom teologów i soborom. Dlaczego kult Maryi jest dla wielu chrześcijan kontrowersyjny?

Ks. Nikos Skuras: "oczywiście, oczywiście..."

Ks. Nikos - zawsze mówi o tym że Jezus Cię kocha z twoimi grzechami, i przyjmuje zawsze do Swego Serca. Ale używa mocnych słów i dla wielu jest kontrowersyjny. Jak atomowa bomba

Inżynieria zniewolenia

"Jeśli diabeł jest obecny w naszej historii to jest nim zasada władzy" - Mikhail Bakunin. Czym jest inżynieria społeczna? Mało kto wie, że inżynieria społeczna jest opartą na nauce sztuką nakłaniania innych ludzi do spełniania życzeń i oczekiwań rządzących.

Adama Doboszyńskiego Modlitwa o Wielką Polskę

Autorem modlitwy jest Adam Doboszyński - wybitny Polak, brutalnie zamordowany przez komunistów. Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy Świętej Jedyny, Panie Jezu Chryste i Ty, Najświętsza Panno Kalwaryjska z cudownego obrazu, raczcie wejrzeć na szczerość dusz naszych i na czystość dążenia naszego...

Liberalizm – definicja bestii

W encyklice Pascendi Dominis Gregis papież Pius X napisał, iż „największa i najbliższą przyczyną modernizmu jest bez wątpienia pewnego rodzaju wypaczenie umysłu”...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą manipulacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą manipulacje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 sierpnia 2019

Myślozbrodnia

"Myślozbrodnia – przestępstwo w Oceanii, fikcyjnym państwie stworzonym przez George'a Orwella w powieści pt. Rok 1984".

"Słowo myślozbrodnia (zbrodniomyśl – ang. thoughtcrime) pochodzi z nowomowy i jest efektem połączenia słów „myśli” i „zbrodnia”. W praktyce oznacza ono przestępstwo polegające na myśleniu wbrew linii propagowanej przez Partię oraz Wielkiego Brata. Myślozbrodnię wykrywa Policja Myśli, która pełni rolę tajnej służby. Człowiek ogłoszony przez Policję Myśli myślozbrodniarzem..." - źródło: Wikipedia.

Zastanówmy się przez chwilę - gdzie postawić granicę naszej odpowiedzialności za czyny, słowa i myśli? Czy czyn zabroniony musi być zawsze popełniony? A co z tzw. zamiarem bezpośrednim? Czyli np. usiłowaniem zabójstwa, do którego na szczęście nie doszło, ale mogło dojść, gdyby ktoś lub coś sprawcy nie przeszkodziło? A co z namawianiem do dokonania przestępstwa? Jak słyszeliśmy Jakub A. namawiał inną osobę do zabójstwa Kristiny z Mrowin. Mężczyzna z Gliwic mógł uratować 10-letnią Kristinę, gdyby zechciał temu przeszkodzić i np. powiadomił w porę organa ścigania. Niestety tego nie zrobił. Nie jest jasne dlaczego.

Wielu bojowników tzw. Państwa Islamskiego pochodzących z państw Europy Zachodniej pojechało na wojnę w Syrii. Niektórzy niczego złego tam nie uczynili, kobiety - bojowniczki zamiast walczyć znalazły partnerów, rodziły dzieci, zajmowały się domem. Teraz chcą wrócić, ale nie mogą, bo rodzinne kraje nie chcą ich spowrotem przyjąć, obawiając się ich zradykalizowania.
Jakiś czas temu media doniosły, że Centralny sąd kryminalny Anglii i Walii skazał dwóch Polaków, nastolatków - Michała Sz. i Oskara D.-K. za terroryzm. Obaj mieli należeć do neonazistowskiej organizacji Sonnenkrieg Division. Michał Sz. jest studentem i został skazany na 4 lata i 3 miesiące pozbawienia wolności za nawoływanie w sieci do zamordowania księcia Harry'ego, który dopuścił się "zdrady krwi", czyli zawarł małżeństwo z "mieszańcem" Meghan Markle. Ten 19-latek udostępniał w mediach społecznościowych grafiki namawiające do jego zabójstwa, w tym zdjęcie księcia z bronią przy skroni i podpisem "na razie, zdrajco rasy".


Drugi ze skazanych to Oskar D.-K. Michał Sz. i Oskar D.-K. mieli nie znać się osobiście, kontaktowali się ze sobą tylko przez internet. 18-letni Oskar D.-K. za rozpowszechnianie neonazistowskiej propagandy został skazany na  18 miesięcy więzienia. Co prawda obaj posiadali różne niebezpieczne materiały na swoich dyskach, jak instrukcje konstrukcji bomb, zasady przeprowadzania ataków terrorystycznych i opracowania napisane przez rasistowskie ugrupowania wyznające „wyższość białej rasy”, jednak żadnego zabronionego przez prawo czynu nie popełnili.


Jednak w opinii brytyjskich organów ścigania znaczna ilość materiałów, które zamieścili w mediach społecznościowych, nie tylko odzwierciedla ich ekstremistyczne przekonania, ale "miała zachęcić innych do popełnienia podłych czynów" - wyjaśniał Martin Snowden, szef jednostki antyterrorystycznej brytyjskiej policji (CTP NE).


Czyli co? - Nie powinni byli w ten sposób się udzielać na forach internetowych, gromadzić zakazane materiały i posiadać takie radykalne poglądy?
Stąd już krok do tzw. poprawności politycznej i autocenzury w głoszeniu własnych przekonań.


Jak pamiętamy, w Polsce transparent na wiecu ukazujący kaczkę z wycelowaną weń strzelbą nikogo nie zdziwił i nie zbulwersował. Zbiórka pieniędzy na zabójstwo Jarosława Kaczyńskiego na pseudo spektaklu „Klątwa” również nie została uznana za nawoływanie do zabicia go. No więc jak to jest? Kiedy nawoływanie do dokonania zabójstwa jest zabronione, a kiedy nie?
A może każde? Jednak idąc tym tokiem rozumowania dojdziemy do tej niesławnej "politycznej poprawności", w myśl której administratorzy będą usuwać wpisy mogące mieć wpływ na decyzje innych. To się właśnie dzieje na Facebooku i Twitterze - najpopularniejszych obecnie portalach społecznościowych. Zaś boty przeczesują sieć w poszukiwaniu niebezpiecznych zwrotów, jak zabić, bomba, zamach, a także pedał, homoseksualizm jest chorobą...


W efekcie czego przestajemy tych słów używać, szukając zamienników lub próbując kaleczyć język, licząc, że napisanie "pe..ał" oszuka automat. Niestety, sztuczna inteligencja wciąż się doskonali i potrafi wyłapywać już wszelkie zniekształcenia, a także kojarzyć nas z numerem IP, ofertą kupna czegoś na eBayu, albo z miejscem kupowania chleba i mleka - co zwykle robimy przez Internet.


Stąd już tylko krok do kontrolowania myśli. Jestem pewien, że gdy technologia pozwoli na łatwe odczytywanie myśli ludzkich i wyodrębniania z nich treści szkodliwych i niebezpiecznych to myślozbrodnia stanie się karalna.
W sieci już znajdują się opisy badań i systemów pozwalających odczytywać myśli. Dotychczasowe metody pozwalały np. odgadywać pojedynczą liczbę, o której ktoś pomyślał, a bardziej złożone myślenie umykało technologicznym możliwościom. Ale całkiem niedawno zespół naukowców z Uniwersytetu Carnegie Mellon (CMU) opracował metodę pozwalającą na odczytywanie złożonych pojęć, nawet całych zdań, poprzez skanowanie mózgu.
Okazało się, że każde słowo w zdaniu może być traktowane jako odrębne pojęcie, a oprogramowanie analityczne potrafi zidentyfikować porządek określając całkowity sens wypowiedzi. Naukowcy odkryli, że umysł używa do konstruowania myśli pojęć, które nie są oparte na słowach. Wynika z tego, że procesy myślowe działają w sposób uniwersalny, niezależnie od używanego języka, kultury, czy grupy z której pochodzi dany człowiek.


No więc, co się stanie, gdy systemy będą potrafiły odczytywać i analizować nasze myśli z dużej odległości?
- Pójdziemy wszyscy do więzienia za myślozbrodnie, a nasze miejsca zajmą humanoidzi pozbawieni emocji i zdolności złego myślenia?

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Zagrożenia w stanie Alfa


Jesteśmy wrażliwi na fale i wibracje, każda komórka naszego ciała reaguje na dźwięk, ale czy jest to zgodne z rytmem naszych uczuć i potrzeb?

Mamy energie do dyspozycji, nauczmy się je z pożytkiem wykorzystywać a nie tylko im ulegać jako bierni odbiorcy.

Ze wszystkich stron otaczają nas wynalazki techniczne wibrujące częstotliwościami znacznie wyższymi niż zakres potrzebny do spokojnej pracy ludzkiego umysłu. W instalacjach elektrycznych opasujących nasze domy płynie prąd o częstotliwości 50 Hz. Monitory komputerów i telewizorów podają częstotliwość od 70 do 100 Hz, stacje radiowe i telewizyjne, maszty GSM, oraz sygnały nadawane przez satelity mierzone są w Mega Hertzach. Wszystko to spowija Ziemię w coraz gęściejszej elektromagnetycznej mgle, zaś wysoka częstotliwość tej mgły ma głęboki wpływ na możliwości ludzkiego umysłu. Jeszcze przecież trochę ponad 100 lat temu, w odległych krajach gdzie kultywowano trening umysłu, widok lewitujących joginów był całkiem powszedni. Adepci praktyk duchowych potrafili wykonywać rzeczy z trudem mieszczące się w jakimkolwiek racjonalnym rozumowaniu. Niestety magia, choć niegdyś powszechna, została dziś przy użyciu technik wysokiej i chaotycznej częstotliwości niemal całkowicie stłumiona.

Fale mózgowe mają pewne rytmy lub też częstotliwości jak kto woli. W stanie normalnej świadomości jest to rytm beta, stan alfo to inaczej stan głębokiego relaksu. Umysł najefektywniej tworzy wizualizacje wówczas, gdy jesteśmy zrelaksowani i nie odczuwamy presji obiektywnej rzeczywistości, która nas otacza. Kiedy zapadamy w sen, mózg jest bardzo podatny na subiektywną manipulację przywoływanie wspomnień, tworzenie wyobrażeń, błądzenie myślami. Charakterystyczną cechą tego stanu, przypominającego sny na jawie, jest zwolniony rytm fal EEG, znanych jako fale alfa. Chociaż ciało jest zrelaksowane, umysł pozostaje czujny i podatny na sugestie. Stan alfa ułatwia wychodzenie z ciała bądź świadome śnienie.

Czym są fale mózgowe? Wikipedia podaje, że fale mózgowe to cykle aktywności bioelektrycznej mózgu, rejestrowane za pomocą aparatury elektroencefalograficznej. Charakterystycznym częstotliwościom fal mózgowych, oznaczanym za pomocą nazw liter alfabetu greckiego odpowiadają w dużym stopniu stany świadomości człowieka - źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Fale_m%C3%B3zgowe

Dzielą się ona na :
  • Fale gamma

    Powyżej 40 Hz, do 80–100 Hz, rytm gamma towarzyszy działaniu i funkcjom motorycznym; Ośrodki mózgowe biorące udział w wyobrażaniu ruchu komunikują się ze sobą na częstotliwości 40 Hz w określonej kolejności, a potem dopiero pojawia się "błysk" aktywności gamma w ośrodku mózgowym zawiadującym wykonaniem ruchu.
  • Fale beta

    Od 12 do ok. 28 Hz, mała amplituda, zdesynchronizowane – rytm gotowości, charakteryzuje szczególnie zwykłą codzienną aktywność, percepcję zmysłową i pracę umysłową, specyficzna aktywność beta towarzyszy również stanom po zażyciu niektórych leków, szczególnie benzodiazepin. 
  • Fale alfa

    Od 8 do 13 Hz, zmienna amplituda – spoczynkowy, charakterystyczny dla stanu relaksu, odprężenia, gdy leżymy z zamkniętymi oczami, przed zaśnięciem i rano po przebudzeniu. Wykorzystywany w technikach szybkiego uczenia się.
  • Fale theta

    Zakres o częstotliwości 4–7 Hz. Fale theta są najczęściej występującymi falami mózgowymi podczas medytacji, transu, hipnozy, intensywnego marzenia, intensywnych emocji. Świadomość przy tej częstotliwości pozwala na kontrolowanie bólu fizycznego, a w skrajnych przypadkach nawet krwawienia. Dla tej częstości tok myśli staje się niespójny i zanikają związki logiczne, co wyraźnie widać na przykładzie myślenia w czasie marzeń sennych.
  • Fale delta

    Od ok. 0,5 do 3 Hz, wysoka amplituda – występują w stanie najgłębszego snu, podczas głębokiej medytacji, także u małych dzieci i w przypadku pewnego rodzaju uszkodzeń mózgu (np. lezji).
Nieporozumienia wokół stanu alfa

Historia psychologii europejskiej liczy sobie zaledwie ok. 100 lat. To naprawdę mało. W Polsce za najnowszy trend w klasyfikacji zmienionych stanów świadomości uchodzi opinia Ericksona, który swoje badania prowadził w 50 i 60 latach XX wieku. W tym czasie były to badania pionierskie, ale dziś ich wynikami przejmuje się wyłącznie nieliczna grupka niedouczonych hipnotyzerów, którzy chcą wierzyć w swoją hipnotyzerską moc i w swoje “wyjątkowe” kwalifikacje.

W historii badań psychologicznych roi się od błędów interpretacyjnych wynikających z niewiedzy eksperymentatorów i badaczy różnych zjawisk związanych ze świadomością. Najwięcej nieporozumień wiąże się chyba z występowaniem stanu “alfa”, badanym jakoby najbardziej obiektywnie, gdyż przy pomocy urządzeń pomiarowych. Jest to stan aktywności mózgu charakteryzujący się harmonijnymi przebiegami fal mózgowych, które można odczytać z wykresu sporządzanego przez elektroencefalograf. Wielu psychologów usiłując unaukowić swe badania używało lub używa tego urządzenia. Wyszło z tego trochę pomieszania w procesie wyciągania wniosków.

Stan “alfa” występuje przede wszystkim podczas snu. Jeśli pojawia się podczas czuwania, wówczas jest dla psychiatry wystarczającym dowodem, by podejrzewać chorobę psychiczną. To właśnie do wykrywania chorób psychicznych pierwotnie używano tego urządzenia (o ile się nie mylę, powstało ono jako produkt uboczny “wykrywacza kłamstw”).

To jednak nie wszystko. Stan “alfa” pojawia się podczas transu, snu hipnotycznego, relaksu, medytacji, modlitwy czy autohipnozy. Stąd niektórzy wyciągają wniosek, że stany te są identyczne i – poza snem – szkodliwe dla zdrowia psychicznego.

Z punktu widzenia zewnętrznego obserwatora efekt wydaje się być tai sam, bo taki sam zapis pokazuje maszyna. Jednak z punktu widzenia osoby, która doświadcza tych stanów świadomości, są między nimi istotne różnice. Może je pojąć tylko ktoś, kto ich doświadczy, bo maszyna zapisuje je jednakowo. Ale tu mamy poważny problem, gdyż jednym z warunków wiarygodności badań psychologicznych jest patrzenie z boku, a więc brak zaangażowania w proces, brak doświadczania!!! Badający zmienione stany świadomości psycholog nie doświadcza tego, co bada! Co więcej, badania zmienionych stanów świadomości są lekceważone przez większość psychologów, a przez część z nich nawet wyśmiewane.

Obserwacja z punktu widzenia niezaangażowanego naukowca wydaje się badaniem obiektywnym i metodologicznie słusznym. Jednak taki naukowiec nie wie, co naprawdę bada, a nie próbując doświadczać tego na własnej skórze, nie jest w stanie określić precyzyjnie przedmiotu swych badań. Dlatego podczas badań psychologicznych nad stanami świadomości wyciągano często zupełnie błędne wnioski sugerując się jedynie zewnętrznymi oznakami.

Poniżej krótki słowniczek zjawisk zachodzących w stanie “alfa”:
  • Relaks: rozluźnienie mięśni i uspokojenie – wyciszenie umysłu.
  • Hipnoza: stan bierności, zależności – podatności wobec osoby sugerującej z zewnątrz.
  • Medytacja: stan niezależności od osób z zewnątrz, otwartości na “wewnętrzny głos” (Wyższe Ja, boska natura), stan samoświadomości, uważności bez wysiłku (warunkiem medytacji jest relaks). Głęboka medytacja może przebiegać nawet w stanie “delta” bądź “theta”, ale to tylko u bardzo zaawansowanych w medytacji.
  • Półhipnoza: (nazwa wprowadza nieco w błąd, gdyż nie występuje zależność właściwa dla hipnozy) to prowadzona z zewnątrz medytacja lub wizualizacja.
  • Autohipnoza: wmawianie sobie różnych treści, bez refleksji i z zamknięciem na wyższą świadomość (Wyższe Ja). Stan zależności od średniego ja, lub niższego ja.
  • Afirmacja: świadoma, pozytywna autosugestia, której towarzyszą refleksje (np. bunt podświadomości) oraz uwalnianie podświadomych pokładów sprzecznych z nią wyobrażeń lub emocji. Afirmację trudno zaliczyć do zmienionych stanów świadomości, ale niektórzy jednak to czynią porównując ją z autohipnozą.
  • Wizualizacja (albo inaczej aktywna medytacja): stan wyobrażania sobie (niekoniecznie wizualnego) tego, o co nam chodzi (przedmiotu kreacji) i bezwysiłkowej koncentracji na nim. Wizualizacji można dokonywać (i każdy jej dokonuje) nawet bez stanu “alfa”, ale wówczas mamy do czynienia z wysiłkiem i oporem podświadomości. Stan zależności od średniego ja, lub niższego ja.
  • Kontemplacja: wyższa/ głębsza forma medytacji – utożsamienie z przedmiotem duchowej koncentracji (Bóg, cechy doskonałości). Zachodzi w niej silny kontakt z nadświadomością (Wyższym Ja).
  • Modlitwa: “rozmowa” z Bogiem (Wyższą Inteligencją – np. Wyższe Ja w hunie). Ma 2 fazy: kiedy mówisz do Boga i kiedy “słuchasz”, co On odpowiada). Fazy 2 nie da się wykonać bez głębokiego relaksu, bez wywołania stanu medytacyjnego [psychiatrzy twierdzą, że kiedy ty mówisz do Boga, to jest modlitwa, a kiedy Bóg mówi do ciebie, to już schizofrenia].
  • Stan regresywny: życie nie tu i nie teraz (nieadekwatnymi do sytuacji reakcjami, wyobrażeniami), życie przeszłością lub jakby w przeszłości (wtedy uznawany za chorobę psychiczną , np. objawy maniakalne). Pojawia się w płytkim stanie “alfa” lub “beta” i świadczy o konieczności uzdrowienia nastawień wyniesionych z przeszłości, czyli oczyszczenia podświadomości.
  • Trans: zawężony stan świadomości związany z silną, bardzo wybiórczą koncentracją uwagi bądź energii (np. odcięcie od uczuć). Czasami “rozpoznawany” jako choroba psychiczna. Trans destruktywny może się pojawić jako efekt szoku i wówczas bywa odgrywany w podobnych sytuacjach, jak ta szokująca. Stan transu czasami bywa efektem pierwszych eksperymentów z relaksem lub medytacjami, kiedy manifestuje się jako “odlot” – wówczas trzeba go traktować jako fazę przejściową, która minie po kilku tygodniach lub miesiącach, a na pewno w wyniku afirmowania: “wybieram trzeźwość i przytomność umysłu”.
Stan “alfa” może się pojawić również w wyniku odurzenia umysłu narkotykami lub lekami psychotropowymi (psychoaktywnymi).

Wyróżnia się płytki i głęboki poziom stanu “alfa”. Z owymi poziomami wiążą się zróżnicowane stany świadomości.

W stanie “alfa” pojawiają się w różnych sytuacjach i w zależności od podświadomych programów (a więc nie wszystkie naraz):
  • różnego rodzaju zdolności parapsychiczne,
  • nadnaturalna koncentracja uwagi, mocy,
  • stany mistycznych uniesień, ekstazy,
  • wspomnienia z poprzednich wcieleń,
  • zaburzenia świadomości,
  • podatność hipnotyczna i telepatyczna,
  • lepszy kontakt z intuicją, i wreszcie
  • doświadczanie błogości, szczęśliwości lub miłości bez przyczyny.
W autohipnozie lub wizualizacji można sobie wmówić, a w hipnozie dać sobie wmówić każdą bzdurę i uwierzyć w nią. W medytacji (kontemplacji), czy prawidłowo wykonanej afirmacji lub modlitwie nie jest to możliwe. Poza modlitwą, medytacją, kontemplacją czy skupieniem afirmacyjnym, inne zmienione stany świadomości pozostawiają po sobie ślady w pamięci, które można określić jako obciążenia psychiki/ karmy. Mają one to do siebie, że funkcjonują z siłą sugestii posthipnotycznych.

Kiedy jesteśmy w stanie “alfa”, to z wyjątkiem transu, hipnozy i snu, nie docierają do naszej świadomości negatywne treści z zewnątrz. Jesteśmy jakby chronieni przed nimi. Negatywne treści mogą jednak wypływać z “wnętrza” (podświadomości), gdy jesteśmy w stanie regresywnym lub używamy afirmacji.

Stan “alfa” coraz częściej wykorzystuje się w nowoczesnej psychoterapii, a także w praktykach rozwoju duchowego. To dotyczy medytacji, relaksu, modlitwy, kontemplacji, wizualizacji i stanów regresywnych. Trzeba jednak pamiętać, że nie wszystkie stany świadomości wiążące się ze stanem alfa są korzystne dla zdrowia psychicznego i rozwoju duchowego. Te, które zawężają świadomość, wprowadzają zniekształcenia w postrzeganiu rzeczywistości, są przedmiotem uwalniania podczas sesji regresingu.

Jakie mogą być zagrożenia w stanie alfa?


Przyjrzyjmy się świadectwu Piotra Sakwerdy.

Na początku 1995 roku podjąłem współpracę z firmą proponującą uczniom szkół podstawowych i średnich kursy, które miały pomóc im w zwiększeniu tempa oraz efektywności uczenia się. Ćwiczyliśmy zdolności poznawcze - koncentrację uwagi, pamięć, myślenie logiczne i kreatywność. Zaszczepiałem młodym ludziom swą wiarę w potęgę umysłu.

W pewnym momencie kierownictwo firmy wpadło na pomysł, by - w celach reklamowych - absolwenci naszych kursów dokonali jakiegoś spektakularnego wyczynu, np. ustanowili rekord Guinnessa w dziedzinie zapamiętywania. Idea ta spodobała mi się i zdecydowałem się na prowadzenie zajęć według eksperymentalnego programu, który miał przygotować kilka wybranych osób do zapamiętania i odtworzenia ciągu 1000 losowo wybranych elementów (cyfry, litery). W pewnym momencie podjąłem decyzję, by razem z uczestnikami eksperymentu wziąć udział w kursie metody Silvy, gdyż jednym z jego elementów jest ćwiczenie technik zapamiętywania, zbliżonych do tych, którymi się posługiwaliśmy. Pomyślałem, że taka konfrontacja na pewno nie zaszkodzi, a może wniesie coś nowego do naszej pracy i w jakiś sposób pomoże.

Pierwszy raz o metodzie Silvy usłyszałem parę miesięcy wcześniej od mojej znajomej. W jej relacji ciągle pojawiał się termin „alfa", określający taki stan umysłu, w którym pełniej wykorzystuje on swoje nadzwyczajne możliwości. Potraktowałem to świadectwo dość sceptycznie. Uważałem, że eksperymenty z innymi poziomami (stan alfa wydał mi się rodzajem hipnozy czy medytacji) powinny być zarezerwowane dla specjalistów, ponieważ nie wiadomo, czy są bezpieczne.

Któregoś dnia wpadła mi w ręce książka Samokontrola umysłu metodą Silvy (autorzy: Jose Silva, Philip Miele), którą studiował jeden z moich przyjaciół. Gdy ją przeglądałem, zaintrygował mnie następujący fragment:

"Tim Masters, student a jednocześnie taksówkarz z Fort Lee w stanie New Jersey, postanowił medytować [tzn. stosować jedną z technik propagowanych na kursie, tzw. ekran wyobraźni - przyp. P. S.] w czasie oczekiwania na klientów. Gdy interes szedł słabo, Tim zaczął wyobrażać sobie na swoim ekranie obładowanego walizkami klienta, który chce jechać na lotnisko Kennedy'ego w Nowym Jorku. Oto jak opisał potem swoje doświadczenia: „Na początku, kilka razy, kiedy próbowałem, nic się nie działo. A potem nagle stało się - podszedł facet z walizkami i kazał się wieźć na lotnisko. Następnym razem wyświetliłem sobie tego gościa na moim ekranie. Wczułem się w sytuację, gdy sprawy rozwijają się tak, jak trzeba, i zjawił się następny klient na lotnisko. To rzeczywiście działa! To tak jak gdybym wygrał stolik, który się sam nakrywa".

Łaknąłem sukcesu, a powyższy tekst zapowiadał spełnienie się marzeń. Przeczytałem więc całą książkę, by dowiedzieć się czegoś więcej o metodzie Silvy. Lektura ta rozwiała mój niepokój co do ewentualnego negatywnego wpływu na psychikę technik propagowanych przez Jose Silvę, wydawało się, że wszystko jest bezpieczne i pozostaje pod kontrolą, tzn. - zgodnie z tytułem książki - samokontrolą umysłu. Pomyślałem, że uczestnictwo w kursie tej metody pozwoli mi upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu - z jednej strony zwiększy efektywność pracy z kandydatami do ustanawiania rekordu Guinnessa, z drugiej zaś pomoże mi w networkowych działaniach biznesowych. Moje ewentualne wątpliwości zagłuszyłem następującym sloganem amwayowców: „Jeśli coś działa, to należy z tego korzystać i nie zastanawiać się, dlaczego i jak to działa; ważne jest to, że działa". Najbliższy kurs metody Silvy miał się odbyć w Polkowicach, w dniach 7-10 marca 1996 roku. Pojechałem tam z Wrocławia wraz z trójką moich kursantów.

Na kursie

Nie pamiętam nazwiska kobiety prowadzącej zajęcia. Była osobą wyraźnie zafascynowaną parapsychologią. Poszczególne ćwiczenia przeplatała przydługimi dygresjami, w których co chwila pojawiały się terminy: psychotronika, radiestezja, bioenergoterapia. Opowiadała o swoich wcześniejszych doświadczeniach z metodami samokontroli umysłu, wywodzącymi się z polinezyjskiego systemu wierzeń - huny. Metoda Silvy stanowiła dla niej najpełniejszą syntezę technik pozwalających wykorzystać potencjał naszego mózgu.

W pewnym momencie instruktorka wspomniała o tym, iż tego typu techniki mają swoje źródło między innymi w doświadczeniach białej magii. Nieco zaniepokoiło mnie to stwierdzenie, ale szybko wytłumaczyłem sobie, że biała magia jest niegroźna, służy wszak dobrym celom, w przeciwieństwie do czarnej magii, której rytuały odwołują się do mocy demonicznych i mają za zadanie szkodzenie innym.

Innym razem osoba prowadząca zajęcia stwierdziła, że osoby religijne często mają opory przed uczestnictwem w kursie metody Silvy i obawy związane z praktykowaniem technik samokontroli umysłu. Jednak, aby z góry rozwiać tego typu niepokoje, powoływała się na fakt, iż - zwłaszcza w USA i Ameryce Południowej - wielu duchownych, także katolickich, propaguje metodę Silvy. Stwierdziła, że większość polskich trenerów tej metody to ludzie wierzący i praktykujący. Powoływała się także na pozytywną opinię Jana Pawła II na ten temat, wyrażoną jakoby przez niego podczas jakiejś prywatnej audiencji.

Gdyby wtedy, w marcu 1996 roku, ktoś zadał mi pytanie, czy jestem osobą wierzącą, bez wahania odparłbym, że tak. Czy pobożną? No cóż... Ciągle gdzieś kołatały się we mnie słowa mojego niegdysiejszego katechety, księdza Józefa Jańca, który wielokrotnie powtarzał podczas religii, że na stwierdzenie swego rozmówcy: „jestem wierzący, ale niepraktykujący", zawsze odpowiada: „a ja żyjący, ale niejedzący". Miałem poczucie, iż z moim praktykowaniem nie jest najlepiej, lecz przecież parę razy w roku (oczywiście w okolicach Wielkanocy i Bożego Narodzenia) przystępowałem do spowiedzi i komunii, na Mszy też czasem bywałem. A że nie w każdą niedzielę...? Nikt nie jest doskonały. Msze zresztą często mnie drażniły, nie potrafiłem przebić się przez rytuał i wolałem wchodzić do kościoła, gdy nikogo w nim nie było, by wtedy - jak stwierdzałem - spokojnie się pomodlić, tzn. odklepać kilka wyuczonych w dzieciństwie pacierzy, ewentualnie ponarzekać lub o coś Boga poprosić. Modliłem się ustami i głową, nigdy sercem.

Przyjeżdżając na kurs metody Silvy, w ogóle nie zastanawiałem się, jak tego typu zajęcia mają się do wiary chrześcijańskiej, nie miałem najmniejszej świadomości jakiegokolwiek dysonansu. Paradoksem jest, że dopiero uwagi osoby prowadzącej zajęcia dotyczące tej kwestii - w założeniu mające uspokajać katolików - zasiały we mnie ziarenko niepokoju. Szybko jednak zagłuszyłem moje wątpliwości - stwierdzenie o pozytywnej opinii Papieża wystarczyło mi i postanowiłem nie przejmować się tym, iż jest ono absolutnie nieweryfikowalne. Co może być złego w ludzkiej chęci samodoskonalenia się? - pomyślałem.

Kluczowym pojęciem metody jest poziom alfa - oznacza on stan głębokiego rozluźnienia, charakteryzującego się zwolnieniem częstotliwości impulsów mózgowych do poziomu pomiędzy 7 a 14 cykli na sekundę. Stan normalny to poziom beta, gdzie aktywność elektryczna mózgu (mierzona za pomocą aparatury EEG) wynosi od 14 do 21 impulsów na sekundę. Kurs rozpoczyna się nauką szybkiego osiągania stanu alfa, co jest punktem wyjścia do trenowania technik doskonalenia umysłu, który jakoby w tym stanie lepiej wykorzystuje swój potencjał. Dzieje się tak, ponieważ - używając metafory, którą posłużyła się trenerka - mózg działa jak dyskietka, z którą może wnikać do komputera o dużym zasobie pamięci i w sposób nieograniczony z tych zasobów korzystać. Stan alfa umożliwia ten proces, a owym „komputerem" jest bliżej nieokreślona Wyższa Inteligencja (to określenie pochodzi od Jose Silvy). I znów pada z ust osoby prowadzącej zajęcia zdanie mające uśpić czujność chrześcijan: „Jeśli jesteś wierzący, to nazwij tę Wyższą Inteligencję - Bogiem".

Propagowane na kursie techniki mają podnieść jakość życia: poprawić pamięć, pomóc w szybszej nauce oraz w rozwiązywaniu różnego rodzaju problemów, takich jak trudności w podejmowaniu trafnych decyzji czy przezwyciężanie nałogów. Dużo miejsca poświęca się samouzdrawianiu i uzdrawianiu innych za pomocą odpowiednich wizualizacji w stanie alfa, a także projektowaniu pozytywnej przyszłości. Nie będę tu opisywał szczegółowo przebiegu zajęć, chcę skupić się na jednym wydarzeniu, które w kluczowy sposób rzutuje na moją negatywną ocenę metody Silvy.

W pewnym momencie kursu, na dość zaawansowanym etapie ćwiczeń, tworzy się w poziomie alfa specjalne, wyobrażone laboratorium, będące w założeniu pracownią samodoskonalenia, miejscem służącym przede wszystkim do intuicyjnego rozwiązywania problemów. Od tego momentu większość wizualizacji odbywa się właśnie w tym wykreowanym przez wyobraźnię pomieszczeniu, do którego zaprasza się dodatkowo tzw. doradców - realne lub wymyślone postacie, które są autorytetami dla poszczególnych uczestników zajęć. Według teorii Jose Silvy - co możemy wyczytać w podręczniku do użytku wewnętrznego adeptów kursu Metoda Silvy - kurs podstawowy (opracowanie: Andrzej Wójcikiewicz) - doradcy reprezentują nie tylko naszą własną inteligencję, ale również stanowią połączenie pomiędzy naszym fizycznym wymiarem i wszystkimi innymi istniejącymi wymiarami. Mają oni absolutną wiedzę w każdej dziedzinie i są do dyspozycji w każdym momencie. Stanowią symboliczne uosobienie naszego kontaktu z nieskończoną mądrością, za ich pośrednictwem mogą się porozumiewać nasza podświadomość i świadomość.

Osobowość każdego człowieka ma w sobie aspekty męskie i żeńskie, dlatego w czasie ćwiczenia stwarzamy doradcę-mężczyznę i doradcę-kobietę. Prowadząca zajęcia uprzedziła nas, że często jako doradcy pojawiają się osoby inne od oczekiwanych i nie należy dziwić się temu, co rzeczywiście ujrzymy w laboratorium. Jako najbardziej drastyczny przykład podała swego dawnego kursanta, któremu jako doradca ukazała się Śmierć. Trenerka nie wdawała się w wyjaśnienia, dlaczego tak się czasami dzieje, nikt z nas nie był w tym momencie szczególnie dociekliwy. Mnie zajęcia ekscytowały na tyle, że nie szukałem żadnych uzasadnień dla poszczególnych technik - chciałem jedynie, by były skuteczne. Nic więcej mnie nie interesowało.

Na doradców wybrałem sobie Zbyszka i Zosię Reków - liderów networkowej organizacji biznesu Amway, do której należałem. Zszedłem w wyobraźni do swego laboratorium i z niecierpliwością oczekiwałem ich przybycia. Mieli tu zjechać windą - kiedy rozsunęły się jej drzwi, ze zdziwieniem stwierdziłem, iż wychodzi zza nich zakapturzony kościotrup w ciemnym habicie z kosą na ramieniu. Jednym słowem... Śmierć.

Z tego, co pamiętam - nie wystraszyło mnie to, a raczej zaniepokoiło, że tak łatwo dałem sobie zasugerować nieoczekiwane przybycie zupełnie innego doradcy niż zaplanowany. Byłem absolutnie przekonany, iż to wcześniejsza opowieść trenerki o doradcy-Śmierci sprowokowała jej pojawienie się w moim laboratorium, zwłaszcza że podczas następnej sesji przybyli oczekiwani przeze mnie Rekowie i do końca kursu nie miałem już więcej nieprzyjemnych niespodzianek.

Po kursie

Z Polkowic wyjeżdżałem w stanie euforii, że oto otrzymałem narzędzia, które pozwolą mi osiągnąć upragniony sukces i to - tak jak zaplanowałem - w kilku dziedzinach naraz. Do treningu kandydatów na rekordzistów Guinnessa w zapamiętywaniu wprowadziłem elementy silvowskie - odtąd ćwiczyliśmy mnemotechniki w stanie alfa, często na poziomie laboratorium. W życiu prywatnym i w biznesie Amway korzystałem przede wszystkim z technik pozytywnego programowania swojej podświadomości na osiągnięcie sukcesu oraz z metod rozwiązywania problemów przy pomocy swoich doradców.

Już w dniu powrotu z Polkowic do domu wypróbowałem technikę ekranu wyobraźni, służącą do kreowania rzeczywistości w momencie, gdy wiemy, jaki stan rzeczy byłby dla nas najbardziej pożądany. Moja córeczka, wówczas niespełna dwuletnia, przechodziła właśnie etap niechęci do wieczornego kładzenia się spać i gdy tylko położyliśmy ją do łóżka, rozpoczynała różnego rodzaju ekscesy, trwające nieraz kilka godzin. Tamtego dnia było jednak inaczej. Po włożeniu Zuzi do łóżeczka usiadłem obok, wprowadziłem się w stan alfa i zacząłem wyobrażać ją sobie śpiącą. Powtarzałem także w myślach: „Zuzia śpi", wizualizując jednocześnie ten napis. Kiedy po kilkunastu minutach otworzyłem oczy, okazało się, iż Zuzia faktycznie zasnęła. Było to dla mnie niesamowite, gdyż nie pamiętałem wówczas, kiedy po raz ostatni obyło się bez różnych dziecięcych wybiegów. Zatem ekran wyobraźni działa! Pomyślałem, że teraz potrzeba tylko konsekwencji w praktykowaniu technik poznanych na kursie, a wszelkie problemy znikną z mojego życia raz na zawsze.

Po pewnym czasie usypianie Zuzi tą metodą przestało skutkować. Regres przypisywałem swojemu brakowi systematyczności w ćwiczeniu metody Silvy. Jest to dość typowa pułapka myślowa - szukasz winy w sobie, bo przecież jeśli jakaś technika działała, to znaczy, że ona jest w porządku, to tylko ty coś robisz źle. Chciałem zmienić ten stan rzeczy, dlatego pomyślałem o uczestnictwie w zajęciach drugiego stopnia. Zrezygnowałem ze względu na spore koszty. Można co prawda za darmo powtórzyć kurs podstawowy, ale trwa on trzy dni, a na to nie miałem czasu. Postanowiłem przestać się dołować i korzystać z poszczególnych technik najczęściej, jak się da, co zaczęło prowadzić do swoistego psychicznego uzależnienia - każdą najprostszą decyzję starałem się podejmować w stanie alfa, najlepiej na poziomie laboratorium, po wysłuchaniu opinii doradców.

Któregoś razu zamiast Reków znowu pojawiła się w moim laboratorium Śmierć. Tym razem było to zdecydowanie negatywne doświadczenie. Czułem ogarniający mnie lęk, chciałem jak najszybciej wyjść ze stanu alfa i... nie mogłem. Śmierć podeszła do mnie i kosą usiłowała ściąć mi głowę. Ostrze kilkakrotnie przechodziło bezboleśnie przez moją szyję, nie czyniąc mi żadnej szkody. Chciałem, żeby ten koszmar się skończył. Czułem przenikające mnie fizycznie dreszcze, odczuwałem coraz większy strach i... nie mogłem wyjść ze stanu alfa. Coś, czego nie potrafiłem określić ani nazwać, trzymało mnie w laboratorium. Nie mam pojęcia, ile trwała ta sesja, być może tylko kilka minut, ale dla mnie była to niemal wieczność. Kiedy wreszcie udało mi się wrócić do rzeczywistości, nie wiedziałem, co o tym myśleć. Okazało się, że nie wszystko jest pod kontrolą. Przypomniałem sobie swoje wcześniejsze obiekcje dotyczące eksperymentów z podświadomością i pomyślałem, że może jednak ostrożność miała sens. Postanowiłem zaprzestać wizyt w laboratorium, gdyż nie chciałem narazić się na powtórne przeżycie koszmaru.

Nie zrezygnowałem jednakże z praktykowania innych technik Silvy. Na początku 1997 roku posłałem nawet na kurs mojego syna - znowu, podobnie jak przy okazji mego uczestnictwa, na zasadzie: nie zaszkodzi, a może pomóc. Chodziło mi o zniwelowanie jego kłopotów z koncentracją uwagi oraz o podniesienie ogólnej samooceny. Nie wydawało mi się, by kurs dla dzieci, będący zawężoną wersją zajęć dla dorosłych, mógł stanowić dla Krzysia jakiekolwiek zagrożenie. Innego zdania była natomiast moja znajoma, z którą podzieliłem się informacją o zapisaniu syna na kurs. Stwierdziła: „Zastanów się, nigdy nie wiadomo, co może się dziecku zakodować w podświadomości; to nie jest do końca bezpieczne". Z właściwą sobie przekorą zbagatelizowałem jej obawy, mówiąc, że kiedyś myślałem tak samo, ale byłem na kursie i wiem, iż nie ma się czego obawiać. Pouczyłem ją także, by nie wygłaszała opinii na temat czegoś, o czym nie ma pojęcia. Wykazałem się w tym momencie typowym brakiem pokory - za nic nie przyznałbym się komukolwiek do błędu. Pozostałem głuchy na to ostrzeżenie, pomimo kilku własnych negatywnych doświadczeń. Pycha zwyciężyła.

Sam zacząłem pracować nad zapamiętywaniem snów, gdyż - według autora metody - mogą one zawierać informacje potrzebne do rozwiązania konkretnego problemu, wizualizowanego przed zaśnięciem. Wynika to z teorii, że podczas snu nasz mózg ma jakoby dostęp do zasobów Wyższej Inteligencji. Do tego poglądu przekonało mnie następujące zdarzenie: wcześniej, zaraz po powrocie z Polkowic, przyśnił mi się Andrzej Wójcikiewicz - główny propagator metody Silvy w Polsce. Z kontekstu snu wynikało, iż jest to on, mimo że nigdy wcześniej go nie widziałem i nie wiedziałem, jak wygląda. Parę dni później zobaczyłem jego zdjęcie - w rzeczywistości wyglądał dokładnie tak, jak mi się przyśnił.

W czasie, gdy uczyłem się kontroli snów, definitywne odrzuciłem praktykowanie metody. Powodem nie były wątpliwości natury duchowej, wynikające z mojej wiary, lecz wątpliwości natury etycznej.

Otóż pewnego razu postanowiłem, oczywiście w stanie alfa, wyobrazić sobie, jak będą wyglądały moje czterdzieste urodziny. Miałem wtedy 32 lata i bardzo niepoukładane życie, zarówno w sferze zawodowej, jak i osobistej - stosunki rodzinne nie układały się najlepiej. Moja żona, Małgorzata, nigdy nie zaakceptowała mojego zaangażowania się w biznes Amway, co było początkiem wielu nieporozumień i konfliktów. Poza tym popołudniami i wieczorami prowadziłem treningi pamięci, wychodziłem więc z domu w momencie, gdy ona do niego wracała z pracy. Żyliśmy praktycznie obok siebie, a nie ze sobą, i były takie momenty, w których oboje mieliśmy wrażenie, że łączą nas jedynie dzieci: 8-letni Krzyś i 2-letnia Zuzia. Przeczuwałem, że taki stan może trwać jeszcze bardzo długo, gdyż nie widziałem żadnego wyjścia z tej kryzysowej sytuacji.

Wtedy przypomniały mi się słowa trenerki metody Silvy, że w stanie alfa możemy zobaczyć swoją przyszłość - była to dygresja przy okazji rozważań teoretycznych na temat łączenia się naszego mózgu z zasobami Wyższej Inteligencji. Osoba prowadząca kurs autorytatywnie stwierdziła wtedy, że wizualizowanie tego, co ma się wydarzyć, jest jak najbardziej możliwe i - co istotne - ponieważ Wyższa Inteligencja jest nieomylna, wyobrażenie to rzeczywiście się sprawdzi. Postanowiłem spróbować, by dowiedzieć się, jak będzie wyglądało moje życie rodzinne za osiem lat.

Wprowadziłem się w stan alfa i zacząłem wyobrażać sobie swój powrót z pracy do domu w dniu moich czterdziestych urodzin. Przywitały mnie dzieciaki, odpowiednio oczywiście starsze - wyrośnięte i doroślejsze w zachowaniu. Stół był nakryty na cztery osoby, na środku stał tort ze świeczkami. Atmosfera była bardzo sympatyczna, w domu wyczuwało się spokój i harmonię. Zastanawiałem się tylko, gdzie jest Małgosia. Nagle otworzyły się drzwi do drugiego pokoju i wyszła z niego moja żona. Tak, w tej wizji to na pewno była moja żona, tyle tylko... że nie była to Małgosia, lecz zupełnie inna kobieta, znana mi, realnie istniejąca.

Wyszedłem z alfa i powiedziałem sobie - koniec z tymi praktykami, to jest chore! Mój ówczesny tok myślenia przebiegał następująco: jeżeli ta wizja jest prawdziwa, a w świetle teorii Silvy - jest, to za parę lat nastąpią dwa rozwody i czworo dzieci zmieni rodziców (kobieta z mojej wizualizacji jest mężatką i ma dwóch synów), a moje ewentualne szczęście zbudowane zostanie na krzywdzie innych ludzi. To jest chore!!! Nie wolno mi w to uwierzyć!!!

Chyba po raz pierwszy pojawiła się wtedy u mnie myśl, że tzw. Wyższa Inteligencja, czymkolwiek jest, nie może być utożsamiana z Bogiem, wszak człowiek nie może rozłączać tego, co Bóg złączył, taka wizja nie mogła pochodzić od Boga. Pomimo kryzysu w małżeństwie nigdy nie brałem pod uwagę możliwości rozwodu, czując intuicyjnie, że jest to droga donikąd, krok nierozwiązujący żadnych problemów, a jedynie przysparzający dodatkowych cierpień. Nie mogłem zaakceptować wizji przyszłości, która burzyłaby moje małżeństwo. To dopełniło miary: skończyłem z praktykowaniem metody Silvy, zostawiłem to doświadczenie za sobą jako - jak sądziłem - zamknięty rozdział mojego życia. Bardzo się myliłem.

Świadectwa

W tym czasie zakończyliśmy przygotowania do ustanowienia rekordu Guinnessa w zapamiętywaniu. Trudno mi - nawet z dzisiejszej perspektywy - ocenić, na ile metody silvowskie pomogły w ostatecznym sukcesie. Pracowałem z trójką młodych ludzi. Jedna z osób nie przystąpiła do ostatecznej próby, motywując swą rezygnację rozmową z laboratoryjnym doradcą, który stwierdził, że swoje już zrobiła i w dniu ustanawiania rekordu powinna być zupełnie gdzie indziej. Zaskoczyła mnie ta decyzja, lecz uszanowałem ją - mieliśmy umowę, iż każdy z uczestników eksperymentu może się z niego w każdej chwili wycofać.

Dwie pozostałe osoby, mimo iż trenowały dokładnie tak samo, osiągnęły skrajnie różne wyniki. Z tysiąca elementów Ala zapamiętała kilkaset, ustanawiając rekord, Paweł zaś zaledwie parędziesiąt. Potwierdza to w jakiś sposób przeczucie, że nie ma cudownych i niezawodnych technik. Metoda Silvy na pewno nie stanowi - jak mi się wcześniej wydawało - stuprocentowej recepty na sukces w jakiejkolwiek dziedzinie.

Parę miesięcy później, kiedy dałem już sobie spokój z metodą Silvy, ktoś podsunął mi książkę Randalla N. Baera W matni New Age (Kraków 1996), w której autor, niegdyś uznany ekspert w dziedzinie mocy kryształu, jeden z liderów światowego ruchu New Age, opisuje swe doświadczenia, które doprowadziły go do otwartej walki z filozofią, wyznawaną przez niego bezkrytycznie przez około piętnaście lat.

Ze zdziwieniem przeczytałem, iż swe uczestnictwo w kursie metody Silvy Baer podsumował jako etap coraz głębszego angażowania się w praktyki okultystyczne:

"Wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy, że panowanie nad umysłem według Silvy opiera się na filozofii okultyzmu. Okultyzm pojawił się w nowym zeświecczonym opakowaniu na modłę zachodnią, tak żeby mógł być zaakceptowany, a nawet przyjęty przez społeczeństwo mieszczańskie Ameryki. Wewnętrzni doradcy to rodzaj zapomnianej już praktyki opisywanej w Biblii „pozyskania znanych duchów", czyli zaproszenia demonów przebranych za przyjazne duchy do własnego życia."

W prawdziwe osłupienie wprawił mnie jednakże opis doświadczenia, które stało się udziałem autora podczas jednego z seansów medytacyjnych:

"Pewnej nocy, gdy siedziałem w mojej Komorze Wniebowstąpienia, duch mój wędrował po najdalszych rejonach „niebieskiego światła", jakie kiedykolwiek widziałem. Tej nocy przeżyłem coś, co raz na zawsze zmieniło moje życie. Otóż poczułem, że zniewalająca światłość zawładnęła mną zupełnie. To było tak, jakbym patrzył wprost na Słońce. Fale nieziemskiego szczęścia przepływały przeze mnie. Stałem się więźniem tej mocy.

Nagle poczułem obecność innej siły. Zupełna konsternacja. W mgnieniu oka odczułem, że czyjaś nadprzyrodzona dłoń porwała mnie za kulisy tego doświadczenia, które aktualnie przeżywałem. Zostałem siłą przeniesiony za zewnętrzną zasłonę tego olśniewającego światła i tam ujrzałem coś, co praktycznie przyprawiało mnie o drżenie przez cały następny tydzień.

To, co zobaczyłem, było obliczem pożerającej ciemności! Za błyszczącą zewnętrzną fasadą piękna znajdowała się miażdżąca, ociekająca pianą paszcza absolutnej nienawiści i niewypowiedzianej obrzydliwości. To było oblicze demonów działających z mocy szatana.

Przez chwilę, która wydawała się wiecznością, zdałem sobie sprawę, że oto znalazłem się w poważnym niebezpieczeństwie, w miarę jak ta pożerająca siła coraz bardziej się przybliżała. Ogarnęło mnie paraliżujące przerażenie, czułem się bezsilny wobec tego, co zdawało się moim nieuchronnym przeznaczeniem. Strach przeniknął mnie jak pochłaniający ogień.

Nagle w jakiś cudowny sposób ta sama nadprzyrodzona dłoń ocaliła mnie z paszczy pożerającej ciemności. Kiedy w kilka godzin później budziłem się w Komorze Wniebowstąpienia, czułem, jakbym budził się ze spokojnego nocnego wypoczynku, choć z przerażenia, którego w nocy doświadczyłem, cały dygotałem. Umysł pędził bez ładu w różnych kierunkach z szybkością bliską chyba prędkości światła. Nie mogłem zapanować nad ciałem wstrząsanym konwulsjami. Zmora nocna męczyła mnie w ten sposób przez cały tydzień. Myślałem, że już kompletnie wariuję. Po miesiącu jednak ta sytuacja ustabilizowała się, a ja znalazłem się w czymś, co przypominało stan normalny.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to JEZUS i Jego łaska interweniowała w moim życiu. Wiedziałem tylko, że jakaś siła większa od pożerającej ciemności uczyniła dwie rzeczy: 1) pokazała mi prawdziwe oblicze rzeczywistości „niebios" oraz „aniołów" New Age, w której to rzeczywistości tkwiłem tak mocno, 2) siła ta ocaliła mnie od pewnej zguby."

Przytoczony fragment, jakkolwiek nie dotyczący bezpośrednio metody Silvy, przywołał w mej pamięci spotkanie ze Śmiercią w wyimaginowanym laboratorium. Skojarzenie było natychmiastowe! To było doświadczenie podobnej natury, choć oczywiście w zupełnie innej skali. W tym momencie zaczęło docierać do mnie, że tego, z czym - niewinnie, jak mi się wydawało - eksperymentowałem, nie da się ogarnąć rozumem, że stwierdzenie „samokontrola umysłu" w odniesieniu do silvowskiej metody jest wielce bałamutne, gdyż wkracza się w niej w sfery duchowe. Przypomniały mi się, budzące wówczas mój niepokój, sformułowania z kursu: huna oraz biała magia, i nagle zdałem sobie sprawę z ich antychrześcijańskiego charakteru. Bardzo powoli zaczął przebijać się do mojej świadomości fakt, że stosowane niegdyś przeze mnie techniki mają charakter okultystyczny.

Książka W matni New Age pojawiła się w moim życiu w momencie, gdy po wielomiesięcznym odejściu pojednałem się z Bogiem w sakramencie spowiedzi i komunii św., co miało miejsce przy okazji Pierwszej Komunii św. mojego syna. Dziś jestem przekonany, że nie był to przypadek. Pomimo iż moja religijność była nadal dość konwencjonalna i niezbyt żarliwa, Pan Bóg upomniał się o mnie i zaczął powoli otwierać mi oczy. Podczas kolejnej spowiedzi, gdy wyznałem kapłanowi, że brałem udział w kursie Silvy i - co więcej - posłałem na niego także moje dziecko, łagodnie, ale stanowczo przypomniał mi pierwsze przykazanie: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną". Co prawda nie dotarło do mnie jeszcze wtedy, że oto - przypisując mu nieograniczone możliwości - ubóstwiłem swój umysł, ale po tej spowiedzi poczułem się znacznie lepiej niż zwykle.

W niedługi czas potem przeczytałem artykuł Doradcy z poziomu alfa, w którym autorka, Hanna Karaś, analizuje metodę Silvy m.in. z chrześcijańskiego punktu widzenia, wskazując na duchowe zagrożenia płynące z praktykowania propagowanych na kursie technik. Tekst ten stał się dla mnie kolejnym świadectwem mojej lekkomyślności oraz braku pokory i utwierdził w przekonaniu, że nie należy „siłą wyważać drzwi i kruszyć barier, które Bóg umieścił w ludzkim duchu, aby zapobiec opanowaniu go przez istoty demoniczne, które są realne i żywią zamiary zniszczenia". Odetchnąłem z ulgą, że mam ten etap poza sobą i że tak łatwo przyszło mi jego zamknięcie. Nadal nie zdawałem sobie sprawy, iż to jeszcze nie koniec...

Nawrócenie

Minęły dwa lata. W tym czasie zdążyłem znowu odejść na wiele miesięcy od Pana Boga. Tak naprawdę to nigdy Go nie szukałem, do momentu, kiedy On znalazł mnie. Nie stało się to bynajmniej z dnia na dzień, tak jak wyobrażałem sobie wszelkie nawrócenia...

Po raz kolejny Bóg upomniał się o mnie na Mszy św. u ojców dominikanów. Stałem wraz z Małgosią wbity w tłum na wieczornej dwudziestce. Do kościoła zabłądziliśmy oboje po długiej absencji - pretekstem stały się rekolekcje ojca Ludwika Wiśniewskiego, duszpasterza wrocławskich studentów z lat 80. Zetknąłem się z nim wtedy i teraz, po latach jego nieobecności w naszym mieście, byłem bardzo ciekaw, co będzie nam miał do powiedzenia. Z rekolekcji zapamiętałem jedno zdanie: „To świat się chwieje - stwierdził z całą mocą o. Ludwik. - Krzyż stoi, jak stał". Słowa te poruszyły me serce, co dopełniło poczucia niezwykłości, towarzyszącego mi od początku Mszy. Otóż kiedy kapłan pozdrowił wiernych słowami: „Pan z wami", po raz pierwszy w życiu wyraźnie poczułem, że ze mną też. Otaczająca mnie kościelna rzeczywistość nagle zaczęła tętnić życiem, pierwszy raz uczestnictwo w Eucharystii było dla mnie autentyczną radością.

Potem przyszły spotkania w duszpasterstwie absolwentów oraz rodzinne rekolekcje w Janicach, zakończone zaproszeniem Jezusa do swojego życia i zawierzeniem Mu go. To wszystko było dla mnie nie-z-tego-świata, nigdy wcześniej nie myślałem, że można w ten sposób kształtować swoją relację z Bogiem. Przez cały ten czas nie pojednałem się jednakże z Nim do końca - coś powstrzymywało mnie przed spowiedzią i życiem w stanie łaski uświęcającej. Czekałem na jakiś impuls.

Stała się nim śmierć mojego dziadka. Jego odejście było nagłe i bardzo bolesne, ale zniosłem je stosunkowo spokojnie, dzięki prostej modlitwie: „Bądź wola Twoja". Dotarło do mnie, że dla chrześcijanina te kilkadziesiąt lat tutaj, na ziemi, to zaledwie przedsionek do dalszego, pełniejszego bytowania. Uświadomiłem sobie, że śmierci nie należy się bać, gdyż jest nie końcem, a jedynie pewnym momentem przełomowym. Nagle zapragnąłem żyć po Bożemu, a nie po swojemu. Do tego zaś niezbędne są sakramenty. Zrozumiałem sens słów, wypowiadanych w imieniu Chrystusa podczas każdej Eucharystii: „Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy..." Nie - „Bierzcie i patrzcie", nie - „Bierzcie i módlcie się", nie - „Bierzcie i podziwiajcie". To wszystko za mało. Przede wszystkim: BIERZCIE I JEDZCIE! Postanowiłem przystępować do komunii św. tak często, jak tylko będzie to możliwe.

Trafiłem na Seminarium Odnowy w Duchu Świętym. Podczas kolejnej sesji miało miejsce nabożeństwo przed Najświętszym Sakramentem w intencji uzdrowienia duchowego. Modliliśmy się o uzdrowienie naszych serc, pamięci, podświadomości, o charyzmaty wiary, nadziei i miłości, przypominaliśmy sobie nasze życie, zawierzając je po raz kolejny Panu Bogu z prośbą, by działał w nim poprzez Ducha Świętego. Wyszedłem z kościoła mocno poruszony, czułem, że stało się coś ważnego. Odczuwałem jednakże niepokój co do przyszłości. Nie potrafiłem pozbierać rozbieganych myśli ani spokojnie porozmawiać o moich odczuciach z Małgosią, która tego dnia była ze mną na seminarium. Po powrocie do domu długo nie mogłem zasnąć, a gdy to wreszcie nastąpiło, zbudził mnie płacz Zuzi. Półprzytomny wszedłem do pokoju córki i położyłem się z nią, aby uspokoiła ją moja obecność. I wtedy przeżyłem coś, co ostatecznie zmieniło moje życie.

Nagle, przed zaśnięciem, w półśnie (stan alfa?), zobaczyłem siebie oraz Małgosię, jak klęczymy w kościelnej ławce podczas zakończonego parę godzin wcześniej nabożeństwa seminaryjnego i usłyszałem wyraźny głos:

- Nic wam nie będzie, bo ja jestem w niej i wami się opiekuję.
- Kim jesteś? - zapytałem.
- ŚMIERĆ.

W tym momencie zobaczyłem ją, dokładnie w takiej postaci, jak w silvowskim laboratorium. To była ona, ta sama! Jednocześnie dopadło mnie niesamowite przerażenie - poczułem niemal fizyczną gęstość, otaczające mnie zewsząd złe duchy. Pod zamkniętymi powiekami widziałem ich upiornie wykrzywione pyski i bałem się otworzyć oczy, by ten koszmar nie okazał się rzeczywistością. Klęknąłem na łóżku Zuzi i zacząłem się modlić. Odmawiałem na palcach różaniec. Podczas Ojcze nasz trzykrotnie powtórzyłem: „Bądź wola Twoja", co przyniosło lekkie uspokojenie. Dopiero w trakcie trzeciego lub czwartego Zdrowaś Mario odważyłem się otworzyć oczy. W pokoju oczywiście niczego fizycznie nie było, ale mój lęk ustępował bardzo powoli. Gdy skończyłem dziesiątkę różańca, poczułem, że muszę wszystkich pobłogosławić w Imię Boże znakiem Krzyża na czole. Gdy to uczyniłem, przyszło uspokojenie. Nie zasnąłem jednakże do rana, wracając ciągle myślami do tego niesamowitego zdarzenia. Pojawiła się refleksja, iż to w pokoju Zuzi najczęściej praktykowałem techniki silvowskie, nic więc dziwnego, że tam dopadły mnie demony. Kiedy jakiś czas później czytałem książkę Johanny Michaelsen Piękna strona zła, uderzyło mnie stwierdzenie autorki, będące wynikiem jej negatywnych doświadczeń z różnymi praktykami okultystycznymi (m.in. metodą Silvy, zwanej wtedy Mind Control), iż szatan niełatwo rezygnuje ze swojej ofiary. „Chociaż wie, że przegrał już pojedynek o duszę - pisze Michaelsen - będzie jednak atakował wściekle". Wierzę, iż moje nocne doświadczenie było Bożą odpowiedzią na modlitwę o uleczenie podświadomości. Właśnie wtedy - za sprawą działania Ducha Świętego - walka o moją duszę została wygrana. Ostatecznie pojąłem, iż jest jeden Pan - On, Bóg prawdziwy, w Trójcy Jedyny. Zapragnąłem szczerze tego, co nie do końca dokonało się wcześniej na rekolekcjach w Janicach - zaprosić Go do kierowania moim życiem. Moja wiara stała się „wodą żywą" (J 4,14).

Piotr Sakwerda

tekst ukazał się we: "W Drodze" nr 2 (330) 2001. źródło: http://newage.pingwin.waw.pl/index.php?tekst=artykuly/Metoda_Silvy.html

Zamiast podsumowania

Jesteśmy wrażliwi na muzykę, każda komórka naszego ciała reaguje na dźwięk, sprawiajmy, by był to dźwięk harmonijny i zgodny z rytmem naszych uczuć i potrzeb. Podczas słuchania muzyki ciało i umysł wprowadzane zostają w stan głębokiego relaksu - stan alfa, a ciało pozbawione napięć i blokad zaczyna odczuwać lekkość i spokój (uaktywnią się procesy samoleczenia). Właśnie w takim stanie likwidowane są negatywne wzorce, stare bezużyteczne sposoby myślenia, odczuwania i oceniania własnego ciała. Dźwięk dociera do komórek ciała, uwalniając pamięć zapisanych tam emocji. Ciało pozbawiane jest toksycznych wibracji, rodzimy się na nowo. Następuje wtedy proces zdrowienia organizmu, ciało regeneruje się, wspomagane przepływem energii uzdrawiającej. Nasza podświadomość pozbywa się napięć, często nieuświadomionych wpływów, a my sami zaczynamy żyć coraz bardziej świadomie, ufnie i radośnie. Sprzyja to samoleczeniu i samoregulacji funkcji poszczególnych narządów, doenergetyzowaniu ich, odprężeniu mięśni i rozluźnieniu połączeń nerwów.

Niestety jest też destrukcyjna muzyka, która wywiera zły wpływ na przeciętnego słuchacza, nie musi to być ostre brzmienie ale takie, które pogarsza wewnętrzną harmonię, kształtuje w nieodpowiedni sposób świadomość, w tym światopogląd. Do takiej muzyki można zaliczyć Exodus - Atrocity Exhibition, ponieważ jest mocno antychrześcijański lub Celtic Frost - Ain Elohim lub Dying God Coming Into Human Flesh, które również są antyreligijne w przesłaniu. Jeżeli chodzi o samo brzmienie to na pewno jest to doom metal, thrash i black metal, wśród nich łatwo jest wskazać faworyta - the Gathering - In Sickness and Health, a także ich cała płyta Always.

Na Ziemi dokonują się wielkie zmiany duchowe i takie miejsca wprowadzają harmonię i równowagę. Ostatnie, bardzo silnie odczuwalne zmiany rozpoczęły się w połowie marca 2002 roku, wywołując zmiany w materialnym poczuciu bezpieczeństwa, charakteryzujące się depresjami, nerwicami, ograniczeniem kontroli materii.

Wywołane jest to silną energią,która kieruje zmianą wibracji Ziemi. Te obecne wibracje są niższe od poprzednich - co także odnotowała nauka. Do czasu przed zmianą, Ziemia wibrowała w przedziale "beta", a teraz jej wibracje są w przedziale "alfa". Człowiek jest częścią Ziemi, więc ta wibracja bezpośrednio wpływa na niego, zmieniając jego rytm fal mózgowych. Wiemy, że stan alfa pozwala na większy kontakt z duchową istotą przez, którą mamy połączenie z przeszłością własną i pokoleniową. Przed zmianą, świadomość dostrzegała stały, znany element rzeczywistości, nagle po zmianie, nie z własnej przyczyny, zaczęła się zmieniać - rozszerzać, dostrzegając nowe sytuacje i stany, dla siebie nie znane - najczęściej niekorzystne - mimo, że istniały zawsze. To wywołuje u zaskoczonych tą sytuacją chaos emocji, myśli i uczuć, pośród, których doszukują się winnych. Najczęściej za ten stan obarczają, osoby najbliższe.

Człowiek coraz bardziej zbliża się do ducha, tym samym odsuwając się od fizyczności(materii), co nie zawsze jest zgodne z jego zamiarami. W obecnym czasie można zauważyć coraz więcej sytuacji wyłamujących się konwencjonalnemu poznaniu. Jest to wynikiem przesunięcia do innego poziomu istnienia, który będzie postępował coraz głębiej. Efektem będzie - przez zmiany wibracji - jeszcze bardziej dogłębne poznawanie własnej istoty i otwieranie się nadzmysłów. Odczuwa się, że około 2013 wibracje będą miały 7- 6,5 hz. Jak wszyscy wiedzą, jest to stan głębokiej medytacji i głębi postrzegania pozazmysłowego. Nie każdy umysł jest wstanie znieść to czego nie rozumie, to co wychodzi poza jego ramy...

W okresie dzieciństwa, u każdego człowieka rozwija się określony typ charakteru, który podobno nie zmienia się przez cały okres trwania ludzkiego życia. Stanowi on trzon Naszej Osobowości. Najważniejszymi stanami emocjonalnymi w naszym życiu jest stres i relax. Tak naprawdę ludzie kierują się albo strachem albo miłością. Każda myśl, każdy czyn ma swój początek albo w strachu albo w miłości. Wszystko inne jest jedynie odcieniami tych emocji. Każdy z Nas posiada własne obawy, nadzieje, motywy działania oraz własne sposoby rozwiązywania życiowych zadań. Czakry są połączone bezpośrednio z naszym ciałem oraz wpływają na stan naszej psychiki. To tu na głębokim poziomie naszego istnienia, są zapisane wszelkie doświadczenia życiowe, najgłębsze myśli oraz wszelkie blokady energetyczne. Długotrwałe oddziaływanie destrukcyjne przy udziale stanu alfa prowadzi do dysharmonii, jak rownież może prowadzić do zaburzeń w sferze psychicznej a nawet powodować dolegliwości cielesne. Siła energii przekazywanej podczas destrukcyjnej muzyki natychmiastowo podnosi częstotliwość drgań naszego umysłu, ciała oraz całego systemu energetycznego.

Mamy energie do dyspozycji, nauczmy się je z pożytkiem wykorzystywać a nie tylko im ulegać jako bierni odbiorcy.
Polecam moje artykuły na powiązany temat:

Mind Service 

piątek, 29 maja 2015

"Kremlowskie trolle" na froncie wojny propagandowej

Najgorsza jest ta broń, która dział na umysł. Z tym nie ma jak walczyć. Ale jest szansa, gdy ktoś nie potrafi tej broni obsługiwać...



Rosja:
W czterokondygnacyjnym budynku w Petersburgu setki ludzi stukają w klawiatury komputerów. Są na linii frontu wojny propagandowej. Nazywa się ich "kremlowskimi trollami". Ich zadaniem jest propagowanie w sieci putinowskiej wizji Rosji i świata.

Tę centralę rosyjskiej wojny propagandowej prowadzonej w internecie opisuje w piątek Associated Press. Propagandowa fabryka działa 24 godziny na dobę; trolle pracują tam na 12-godzinnych zmianach. Agencja AP dotarła do kobiety, która była takim trollem i która zgodziła się na ujawnienie swej tożsamości.

Ludmiła Sawczuk, 34-letnia dziennikarka samotnie wychowująca dwójkę dzieci, pracowała w petersburskiej komórce wojny propagandowej do połowy marca. Kiedy przyjmowała tę pracę, miała świadomość, że wkracza do jakiegoś orwellowskiego świata, ale przyznaje, że nie zdawała sobie sprawy z jego skali.

Sawczuk opisała, jak każdy z trolli prowadzi pod różnymi pseudonimami po kilkanaście kont na portalach społecznościowych. W wydziale, w którym pracowała, każdego obowiązywało napisanie 160 postów na 12-godzinnej zmianie. Trolle z innych wydziałów zalewają internet spreparowanymi zdjęciami i proputinowskimi komentarzami na temat materiałów, ukazujących się na rosyjskich i zachodnich portalach.
Niektóre trolle otrzymują codzienne instrukcje, określające, co mają pisać i jakie emocje wywoływać. "Wydaje mi się, że ci ludzie nie wiedzą, co robią. Po prostu powtarzają to, co im powiedziano" - mówi Sawczuk. Dodaje, że większość trolli to młodzi ludzie, skuszeni względnie wysoką płacą, wynoszącą 40-50 tys. rubli miesięcznie (800-1000 USD).

Agencja AP odnotowuje, że informacje dziennikarki odpowiadają temu, co publicznie ujawniały inne trolle, choć Sawczuk jest jedną z niewielu, którzy zgodzili się na ujawnienie nazwiska. Ona zrezygnowała po dwóch miesiącach i kilku dniach, kiedy uznała, że praca w tej propagandowej machinie jest dla niej nie do zniesienia.

Petersburskie trolle są zatrudnione przez formę Internet Research, finansowaną - jak twierdzą rosyjskie media - przez holding, na którego czele stoi przyjaciel prezydenta Władimira Putina. Ci, którzy tam pracowali, mówią, że nie ma wątpliwości, iż cała ta operacja jest kierowana z Kremla.

Petersburski dziennikarz Andriej Sosznikow, jeden z pierwszych, którzy informowali o "kremlowskich trollach", mówi, że pracuje ich w Petersburgu około 400. Operację nasilono w marcu 2014 roku, kiedy Rosja zaanektowała ukraiński Krym. W ostatnich miesiącach poszukuje się anglojęzycznych trolli, by - jak twierdzi Sosznikow - wpływać na opinię publiczną w Stanach Zjednoczonych.

Uwagę trolli przykuwają też Niemcy i inne kraje zachodnie, a także Serbia z jej nadziejami na członkostwo w UE. Celem kremlowskiej propagandy jest ściągnięcie tego bałkańskiego kraju z powrotem na rosyjską orbitę. AP pisze, powołując się na analityków mediów, że rekrutację trolli w Serbii prowadzi kilka małych partii prawicowych, politycznie i finansowo wspieranych przez Rosję.

Associated Press uważa, że ta rosyjska operacja propagandowa zaniepokoiła Unię Europejską na tyle, iż opracowano plan walki z tą kampanią dezinformacji, choć szczegółów jeszcze nie ujawniono.


http://wiadomosci.onet.pl/kraj/rosja-kremlowskie-trolle-na-froncie-wojny-propagandowej/m0j4fd

czwartek, 20 marca 2014

Rosyjscy hakerzy - żołnierze Putina i najemnicy


Japońska firma Trend Micro, zajmująca się kwestią bezpieczeństwa w sieci, opublikowała raport zatytułowany "Russian Underground 101", w którym zajmuje się podziemnym, rosyjskim rynkiem cyberprzestępstw, obecnie bardziej skomercjalizowanym niż kiedykolwiek, gdyż tamtejsi hakerzy, oferują kompleksowe usługi dla ludności, pobierając za nie odpowiednią opłatę.

Raport można uznać za wiarygodny, ponieważ powstał w oparciu o dane zebrane z internetowych forów, takich jak antichat.ru, xeka.ru, cardingcc.com oraz kilku artykułów napisanych przez prawdziwych hakerów.

Asortyment usług jest bardzo bogaty i przeznaczony praktycznie na każdą kieszeń. Dla przykładu wynajęcie grupy do przeprowadzenia ataku DDoS, kosztuje od 30 do 70 dolarów za dzień, lub 1,200 USD za cały miesiąc. Natomiast zasypanie skrzynki pocztowej spamem, to wydatek 10 dolarów za milion emaili. W ofercie są też spamy SMS'owe odpowiednio droższe i kosztują 15 dolarów za 1000 wiadomości.

Można nawet wynająć specjalistę, który za 162 USD włamie się na skrzynkę Gmaila, lub za 130 dolarów, dostanie się do konta na Facebooku oraz Twitterze.

Można też nabyć nie tylko usługę, ale również gotowe narzędzia, na przykład aplikacje do spamowania emaila to wydatek 30 USD, zaś pozwalające wysyłać SMSy ze spamem poprzez Skype'a, to 40 dolarów. Od 3 do 500 dolarów kosztują keyloggery, trojany oraz backdoory. Jeśli mamy ochotę bardziej zaszaleć, to za 200 dolarów można wynająć botnet składający się z 2000 komputerów.

Za: Technogadzet.pl


Trwająca od kilku tygodni polityczna zawierucha na Ukrainie przeniosła się również do przestrzeni wirtualnej. Dotychczas w mediach było głośno o wynajętych osobach piszących prorosyjskie komentarze oraz o wirusie Snake, który zaatakował systemy komputerowe na Ukrainie. Konflikt jednak rozszerza się i obejmuje podmioty, które nie uczestniczą bezpośrednio w starciach na Krymie. Tym razem ofiarą ataków padły strony NATO.

Grupa hakerów przedstawiająca się jako Cyber-Berkut w ubiegły weekend przeprowadziła na strony NATO ataki typu Denial Distribitued of Service (DDoS)¹.Nazwa jednostki nawiązuje do cieszących się złą sławą i odpowiedzialnych za krwawą pacyfikację Majdanu oddziałów specjalnych podległych Ministerstwu Spraw Wewnętrznych Ukrainy. Hakerzy czasowo wyłączyli strony internetowe NATO, wliczając w to główny portal Sojuszu oraz stronę Centrum Doskonalenia Obrony przed Cyberatakami w Tallinie- instytucji stworzonej specjalnie do walki z cyber-zagrożeniami. Atak hakerów dosięgnął również natowskie skrzynki poczty elektronicznej. Przedstawiciele grupy tłumaczyli swoje działania chęcią wyrażenia swojego gniewu wobec ingerencji Sojuszu Północnoatlantyckiego w sprawy Ukrainy. Ataki, które miały miejsce w niedzielę zbiegły się w czasie z referendum odnośnie przyszłości Krymu. Rzeczniczka prasowa NATO przyznała, że faktycznie strony internetowe padły ofiarą ataku typu DDoS, ale żadne systemy nie zostały spenetrowane, jak również nie wystąpiło ryzyko dla sieci utajnionych. Cyber-Berkut już wcześniej przeprowadzał podobne operacje przeciwko ukraińskim stronom. Tego typu działania skierowane w NATO nie powinny dziwić, Ukraina stała się częścią geopolitycznej rozgrywki, a symbolem militarnej siły Zachodu jest właśnie organizacja Sojuszu Północnoatlantyckiego. Atak przeprowadzony przez hakerów jest typowym przykładem wojny informacyjnej, która odbywa się na naszych oczach i to nie tylko w Internecie.

Analizując działania hakerów wobec NATO należy stwierdzić, że metody, którymi posłużyli się napastnicy należą do najbardziej prymitywnych i są dostępne praktycznie dla każdego użytkownika Internetu. Czasami zdarza się, że internauci przypadkiem przeprowadzą atak typu DDoS, ponieważ jakaś strona internetowa nagle cieszy się olbrzymią popularnością. W tym przypadku, było to jednak działanie jak najbardziej celowe. Przed operacjami typu DDoS bardzo trudno jest się obronić, a udane wyłączenie stron NATO nie świadczy o tym, że organizacja ta posiada słabą ochronę przez zagrożeniami płynącymi z cyberprzestrzeni. Jest wręcz przeciwnie, w 2012 roku nie odnotowano żadnej skutecznej penetracji przeciwko systemom oraz sieciom Sojuszu. Dlatego też, udany atak typu DDoS nie świadczy o wybitnych umiejętnościach sprawców.

W przypadku każdego ataku hakerskiego powraca pytanie o sprawcę zdarzenia. Biorąc pod uwagę fakt, że architektura cyberprzestrzeni gwarantuje względną anonimowość, trudno o 100 % pewność, kto kryje się pod grupą Cyber-Berkut. Na 99 % możemy stwierdzić, że są to grupy ukraińskich hakerów- zwolenników Wiktora Janukowicza. Jednak, nie można również wykluczyć, że za ostatnim cyberatakiem kryją się hakerzy z Rosji. Po pierwsze, najdobitniej świadczy o tym polityczna motywacja sprawców, którzy chcieli ukarać Zachód za wtrącanie się sprawy w Ukrainy, traktowanej przez Rosję jako część własnej strefy wpływów. Drugim znaczącym argumentem jest fakt, że w oficjalnych komentarzach używany jest język rosyjski, a nie ukraiński, co również sygnalizuje nam mocodawcę. Po trzecie, Rosjanie mają bogatą tradycję przeprowadzania operacji typu DDoS, będących częścią wojny informacyjnej w Internecie. W 2007 roku ich ofiarą padła Estonia, w 2008 Gruzja, a w 2009 Kirgistan. Wyżej wymienione czynniki wyraźnie sugerują zatem, kto był prowokatorem ostatniego cyberataku. Jednocześnie, należy pamiętać, że wraz z zaostrzaniem się sytuacji na Ukrainie, można oczekiwać znacznego wzrostu aktywności hakerów i to po obu stronach. Ponadto, nie można również wykluczyć, że Cyber-Berkut albo inna tego typu grupa przypuści kolejny atak na strony i serwery NATO, tym razem przynosząc zdecydowanie więcej szkód.

¹Atak na system komputerowy lub usługę sieciową celem uniemożliwienia jej działania, polegający na równoczesnym połączeniu się z celem ataku z wielu komputerów. W ten sposób następuje zajęcie wszystkich wolnych zasobów.

źródło: http://instytutkosciuszki.salon24.pl/574907,cyber-berkut-w-natarciu-cel-nato

niedziela, 9 marca 2014

Trolling twoim obywatelskim obowiązkiem


"Wiemy po co pan tu przyszedł" – napisał w komentarzu pod moim wpisem dyżurny troll, oddelegowany do nadzorowania tego portalu. Niemalże identyczne słowa zostały użyte, gdy rozpocząłem pisanie na niepoprawni.pl, nie zdając sobie sprawy, że toczy się tam wojna o władzę nad portalem.
Proszę zwrócić uwagę na to charakterystyczne "wiemy". To w pewnym sensie znak rozpoznawczy, chociaż to najprawdopodobniej niekontrolowane przejęzyczenie, spowodowane długoletnimi przyzwyczajeniami.
Czyżbym znalazł się w szacownym gronie blogerów, którzy są monitorowani? Lub jestem tylko zarozumiały, bo to przecież zwykła rutyna i  standardowe działania opiekunów społecznościowych portali.

Rosjanie na zamowienie służb specjalnych zbudowali program "Monitoring" (Мониторинг СМИ ) [ http://www.mlg.ru/  ].  Jest to teoretycznie narzędzie w gwałtownie rozwijającym się dziale badawczym, który nazywa się mediologia i który szybko nadrabia zapóźnienia dotyczące analizy i monitorowania internetu.
Jak na portalu http://prawica.net/info/24760/15-02-2011 napisał pan Piotr Piętak:
"Portal www.mediologia.pl będzie także analizował sposoby i techniki manipulacji używane przez wspólczesne media w celu oszukania czy to internautów czy telewidzów. Pod tym względem nasze media są ziemią wymarzona do szczegółowych badań mediologicznych, gdyż manipulacja wyparła z nich słow „informowanie”." [podkreślenie moje]

Może całkiem przypadkowe, ale bardzo charakterystyczne jest to, że gdy otworzymy rosyjski przewodnik po programie "Monitoring CMI" [ http://www.youtube.com/watch?v=AueLUukiX7I ] to jako przykład do poruszania się w programie podana została polska blogosfera. Czyżby twórcy programu i ich faktyczni zleceniodawcy już od początkowej fazy tworzenia, mieli na myśli monitorowanie polskich portali społecznościowych?

Podaję powyższy przykład, żebyśmy mieli pełną świadomość, że dziecięcy okres niewinnego hasania po internecie już się nieodwołalnie skończył.
W pierwszej mikrosekundzie, gdy tylko podłączysz swój komputer do sieci już jesteś namierzany i wszelkie informacje o tobie są gromadzone. Nikt się ciebie nie pyta, czy chcesz tego, czy nie. A spotykane jeszcze gdzie niegdzie zapytanie, czy wyrażasz zgodę na przetwarzanie informacji, jest satyryczną fikcją.

Jeżeli już powstał potężny zbiór milionów internautów, gdzie są ich wszystkie upodobania, poglady i przyzwyczajenia, to cóż stoi na przeszkodzie, aby tą informację sprzedawać za grube pieniądze.
Oczywiście, robi to się od dawna do celów komercyjnych i zainteresowani już od dawna wiedzą, że preferujesz Big Maca, a nie Burger Kinga, że wolisz Tyskie, a nie Żywca. To normalny biznes.
Ale zainteresowani poglądami społeczeństwa, chcą też dokładnie znać twoje przekonania – nie cierpisz Tuska i Platformy, popierasz Kaczyńskiego, uważasz, że Tragedia Smoleńska to był zamach. Itd. Jest pand dokładnie posegregowany i sklasyfikowany panie @jazgdyni.
Już my pana przypilnujemy, jak to czynimy z tysiącami innych. Dostanie pan małą czarną flagę i gdzie pan tylko się pojawi, to nasi ludzie będą już czekać.

Co za nasi ludzie? O czym tu mowa?
O trollach, oczywiście.Otóż, jak piszą Rosjanie, to już nie jest zabawa pokręconych i sfrustrowanych. To konkretna, solidna praca, ze stawkami godzinowymi, dyżurami i służbowymi poleceniami.
Jak podają rosyjscy internauci [ "Gdzie żyją trolle i kto je karmi" - http://ru-nsn.livejournal.com/3441131.html ]  , trolle instytucjonalni, w Rosji, trolle rzadowi, są zorganizowani w dziesiątki, setki i tysiące. Nadzoruje je tzw. centaurion, funkcjonarusz na etacie, przydzielający zadania, prowadzący dokumentację i opłacający pracowników (trolli). Podana stawka za tzw. stanowisko to 85 rubli, a jak podano, troll wykazujący się napisaniem dwudziestu tekstów zadaniowych jest w stanie zarobić 50 dolarów dziennie.
Jednoczeście szeroko rozwijana jest rządowa akcja propagandowa, mająca na celu zaszczepienie tytułowej idei - Trolling jest twoim obywatelskim obowiązkiem.

Mam nieodparte wrażenie, że te ruskie programy manipulacji internetem trafiły już do polskiej blogosfery i w sposób odgórnie zorganizowany usiłują wpływać na opinię publiczną internautów.
Pewne zjawiska i tendencje, nieobecne jeszcze trzy lata temu na portalach społecznościowych, teraz nie mogą być niezauważone.
Mimo wysiłków administracji portali i wzmożonej moderacji, trolle przenikają do wewnątrz i z lepszym lub gorszym skutkiem prowadzą swoje zadania.

Są oczywiście również portale, które mienią się stronami prawicowymi i niezależnymi, a po prawdzie, są w całości opanowane przez funkcjonariuszy, "centaurionów" i rzeszę trolli, gdzie swobodne pisanie i dyskusja jest całkowitą fikcją.
Na takich portalach realizuje się odpowiednią politykę i propagandę.
Nie napisałem tego, żeby kogokolwiek straszyć. Nie. Chodzi o to, zeby każdy miał świadomość, że pisząc w internecie, ktoś zawsze każde słowo napisane dokładnie analizuje.
I jeżeli wyrażamy jakikolwiek pogląd, to też zawsze będzie ktoś, kto bedzie usiłował na ten pogląd wpłynąć.
Aż w końcu wszyscy bedziemy mieli poglądy odpowiedne.

Ps. Oczywiście, ktoś może zadać mądre pytanie – komu trolle służą?
Odpowiedź jest prosta – temu, kto im płaci. A komu zależy na kontrolowaniu prawicowej blogosfery? Wielu różnym ośrodkom.

Autor: Jazgdyni
Źródło: http://klubdyletantow.blogspot.co.uk/2014/02/trolling-twoim-obywatelskim-obowiazkiem.html

Czy wszystkie twoje myśli są naprawdę twoje?



Głupio jest nagle zrozumieć, że twoje własne poglądy, a jakże, jak najbardziej osobiste, nie są twoje, tylko zostały tobie sprytnie zaszczepione, a ty leniwie je przyswoiłeś.

Na szczęście, nie każdemu będzie dane to przykre zrozumienie i większość nadal będzie żyła w świecie ułudy, sądząc, że te poukładane w głowie myśli, są ich własnym wytworem, osobistej mądrości i inteligencji.

Mózg każdego człowieka daje sobą bardzo łatwo manipulować. Zamiast wykonywać ciężką pracę, analizować i podejmować decyzje, chętnie przyjmuje gotowe podsuwane odpowiedzi. Po co się wysilać, jeżeli to takie proste, jak mówi zewnętrzne źródło.

Niebywały rozkwit mediów na przestrzeni ostatnich stu lat nastąpił nie dlatego, żebyśmy wszyscy byli dobrze poinformowani, ale dlatego, by można było na nas wpływać. Byśmy postępowali przewidywalnie i tak, jak sobie tego życzą zleceniodawcy kształtowania opinii.

Słyszeliście kiedyś o Project MK ULTRA? [1] A był taki i jak podejrzewam, nigdy się nie skończył. Mimo protestów, ujawnienia przez amerykańskich dziennikarzy i debacie dwóch komisji senackich – Rockefellera i Churcha.
Co to takiego?

To supertajny projekt CIA rozpoczęty i prowadzony w latach 50-tych i 60-tych ub. wieku, badający możliwości manipulacji naszymi myślami.
Celem projektu MKULTRA było zbadanie możliwości sterowania pracą ludzkiego mózgu i kontroli umysłu z wykorzystaniem substancji chemicznych (w tym środków psychodelicznych, m.in. LSD), bodźców elektrycznych, analizy fal mózgowychi form percepcji podprogowej. Według wielu relacji, badania były często brutalne i odbywały się także na nieświadomych ich celu obywatelach USA, czasem z tragicznymi skutkami.

Jeżeli takie projekty realizowano w Stanach Zjednoczonych to ze stu procentową pewnością należy przyjąć, że to samo robiono w Związku Radzieckim.
Wiele innych państw niewątpliwie podążyło drogą swoich liderów.
Jakaż to pokusa dla rządzących móc narodom narzucać odgórnie opinie i kształtować sposób myślenia tak, aby był on korzystny dla władzy.

Chyba największy sukces w tym względzie uzyskał komunistyczny aparat.
Popatrzmy na biedny naród rosyjski. Tak długo już tam po transformacji i rozpadzie radzieckiego molocha, a oni nie potrafią się wyzwolić spod mentalnego jarzma bolszewizmu.
Zresztą u nas jest podobnie patrząc na otoczenie towarzysza Millera et consortes. Chociaż sam towarzysz Miller osobiście nie jest zasklepionym w ideach Lenina komunistą, tylko zręcznym graczem i cynicznym manipulatorem właśnie, mającym obsesje na punkcie władzy.

Wróćmy do naszych czasów. A konkretnie do internetu.
Najpierw ruszyły do pracy programy, strony i portale mające zbierać o nas informacje. Pozycjonować nas na rynku komercyjnym, jak również na rynku politycznym. Bo polityka to też taki rynek, na którym uprawia się handel naszymi poglądami i naszym poparciem.
Wszystko to - Google, Facebook, Nasza Klasa i tysiące innych zbiera wiedzę o nas. Wspaniałym narzędziem pomagającym funkcjonariuszom internetu i ich zleceniodawcom są pliki cookies, te małe niewinne notesiki naszego ruchu w internecie, gromadzące mnóstwo informacji o naszych upodobaniach.

Mając już sporo informacji o nas, nie ważne, czy się schowałeś pod nickiem, czy awatarem, bo chyba nikt nie ma złudzeń, że to tylko taka zabawa w maseczki na twarz i że jeśli tylko ktoś chce, to bardzo łatwo może, po naszym IP, dotrzeć do kompletnych informacji o nas, służby internetu przystępują do akcji kształtowania naszej osoby.
Pomińmy tutaj nasze preferencje konsumpcyjne, jak również potrzeby i fantazje seksualne. To wszystko jest widoczne dla analityków naszego profilu, jeżeli tylko wędrujesz po internecie.

Jak każdy zdrowy, świadomy i dorosły człowiek, masz bagaż, który zawsze nosisz ze sobą – to zestaw twoich poglądów, ogólnie, światopogląd.
Zawęźmy duża rzeszę internautów do naszej grupy – patriotycznych Polaków, nastawionych prawicowo, szczerze chcących dobra swojego kraju.
Wydawało by się, że musi to być grupa jednolita, w miarę spójna.
Niestety, tak nie jest. Jest to grupa, która we własnym gronie chyba najbardziej skacze sobie do gardeł.

Dlaczego tak się dzieje?
I teraz dochodzimy ponownie to tytułowego tematu – manipulowania naszymi poglądami i postawami.

Od porozumienia z komunistami, czyli dealu, nazwanego dla mas "okrągłym stołem", pomijając publicznie tajne porozumienia i aneksy uzgodnione w tajnym ośrodku służb specjalnych w Magdalence, opozycję niepodległościową podzielono na zdolną do współpracy i na awanturniczą.
Ta awanturnicza, to właśnie my, ciągle tak postrzegani, po 25 latach od transformacji.
Wtedy też zawarto pakt, że wspólnie, ex-komuniści i spolegliwa opozycja okrągłego stołu, będą wszelkimi sposobami zwalczać pozostałą opozycję, czasami zwaną prawicową, albo narodową.
To zło, które stale trzeba mieć na oku i kiedy się da, kompletnie wyplenić.
Wtedy w Polsce zapanuje zgoda i pokój.
Jednakże, zanim się to osiągnie, nie można dopuścić, by zgoda i pokój zapanowały na tej prawicy.

Toteż na prawicy polskiej trwa nieustanne wrzenie. Grupy ludzi nieustannie się łączą i dzielą. I co najgorsze – walczą ze sobą, zapominając, że istnieje wspólny wróg i to on powinien być jedynym celem ataku.
To nie jest nic nowego. Wszystko to zostało dokładnie opisane, przeanalizowane i skatalogowane, m.in. przez teoretyków komunizmu.

Tak się dzieje w polskiej prawicowej blogosferze.
Aby móc podobnie myślących ludzi na siebie napuszczać trzeba im zaszczepiać poglądy i uczynić to tak, by przekonani oni byli, że to są ich własne.

Za przykład weźmy chociażby wydarzenia na Ukrainie. Gdy tylko naród ukraiński podważył swoje zaufanie do władz i w szczególności do pro-moskiewskiej polityki, w Polsce natychmiast ruszyli do pracy funkcjonariusze kształtowania opinii i poglądów, aby nie dopuścić do zbytniej sympatii do poczynań na Majdanie.
Prawicowa blogosfera nagle zaroiła się od tekstów przypominających krwawą Rzeź Wołyńską. Nagle te tragiczne wypadki stały się najważniejsze w naszej historii. Wcale nie nazizm, wcale nie setki obozów na polskiej ziemi i miliony Polaków zabitych na wojnie z powodu napaści Niemiec. Nie ważne stały się zbrodnie sowieckie na narodzie polskim. Nawet zniknął z kontekstu Katyń.
Tak zwani trendmakerzy, których łatwo zauważyć pomiędzy nami, zaczęli dąć w trąby nienawiści do Ukrainy. No i niestety, ci najbardziej podatni na manipulacje, podchwycili hasło, przyłączyli się do trendu i mając przekonanie, że kierują się wyłącznie własnym rozumem, zaczęli ciągnąć anty-ukraiński wózek.
A rozsądek i polska racja stanu zostały kompletnie pominięte i wyrzucone poza nawias.
Trudno jest dyskutować z kimś, kto ma wyraźne przekonania i jest przeświadczony, że to jego własne i nigdy nie przyjmie do wiadomości, że został precyzyjnie podprowadzony na pożądane stanowisko.

Tak właśnie dzieje się z każdą sprawą, która potencjalnie mogłaby zagrażać ze strony prawicy istniejącemu establishmentowi. W wypadku Polski niejawnej koalicji komunistów i neo-liberałów będących obecnie u władzy. Która mogłaby zagrażać status quo, będące obecnie optymalnym dla Unii Europejskiej, czyli dla Berlina, dla Moskwy i dla Waszyngtonu. A przede wszystkim, dla multinacjonalistycznych korporacji, które pacyfikują i kolonizują nasz kraj.
Manipuluje się i urabia się opinie blogerów Nasze poglądy.

Żeby nie wyglądało, że jestem gołosłowny i chrzanię od rzeczy proszę przeczytać to:

*****
Rosyjski wywiad szpieguje w necie
Numer 295 - 28.08.2012 → Świat
Rosyjska Służba Wywiadu Zagranicznego zamówiła by Discount Dragon">oprogramowanie komputerowe, które ma służyć do inwigilowania i kontrolowania blogosfery i sieci społecznościowych. Jak podaje rosyjski dziennik „Kommiersant”, na początku roku rosyjski wywiad rozpisał przetarg na trzy programy o kryptonimach: „Sztorm-12”, „Monitor-3” i „Debata”.
Głównym celem projektu jest opracowanie metod kształtowania opinii publicznej za pośrednictwem platform blogowych i sieci społecznościowych. Zleceniodawcą jest według „Kommiersanta” jednostka wojskowa N54939, która tak naprawdę nie ma nic wspólnego z armią, natomiast wchodzi w skład struktur wywiadu. Projekt ma zostać uruchomiony na początku 2013 r. (niektóre jego elementy zaczną działać już pod koniec tego roku).
Choć każdy z trzech programów ma spełniać różne zadania, mają one stanowić jeden ściśle współpracujący mechanizm. Najpierw blogosferę będzie monitorował system „Debata”. Ma on śledzić procesy powstawania społeczności internetowych i rozprzestrzeniania się informacji oraz określać, co wpływa na popularność wpisów. Uzyskane informacje będzie następnie analizował system „Monitor-3”. by Discount Dragon">Program ten wypracuje metody organizacji i sterowania społecznościami internetowymi

Autor: Wespazjan Wielohorski
******
To tekst ogólnie dostępny z Gazety Polskiej codziennie:
http://gpcodziennie.pl/12419-rosyjski-wywiad-szpieguje-w-necie.html#.UvvMpN1FSs8

Takich dokumentów jest sporo, w tym również o podjęciu współpracy pomiędzy polskimi służbami a rosyjskim FSB (Federalna Służba Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej (FSB, ros. Федеральная служба безопасности Российской Федерации, ФСБ) ) właśnie w dziedzinie kontrolowania internetu.

Wiecie Państwo co to takiego Buzz Control?
Nie znajdzie się raczej tego w Wikipedii (która też ma swój udział w kształtowaniu poglądów). Trudno jest też coś znaleźć w Googlach.
Władcy internetu i ich klienci, np polskie służby i rząd polski, nie chcą, żeby ich slangowe określenia przedostawały się do wiadomości opinii publicznej.

A buzz control, to właśnie ta manipulacja, która powoduje, ze jednego dnia piszemy o elektrowniach atomowych, a już następnego tylko o Kamilu Stochu. To jest właśnie wzbudzanie tematów, kształtowanie opinii i tworzenie poglądów, które potem bierzemy za swoje.
Taka mama Madzi w ważnych dla kraju sprawach

Najbardziej niebezpieczny jest internauta, który myśli samodzielnie. Jego należy ze wszystkich sił zwalczać.

_______________
[1] - http://en.wikipedia.org/wiki/Project_MKUltra


autor: Jazgdyni
źródło: http://klubdyletantow.blogspot.co.uk/2014/02/czy-wszystkie-twoje-mysli-sa-naprawde.html

Ruscy hakerzy w natarciu

Rosyjskie służby podszywając się pod Anonymous z Ukrainy wysyłają Polsce ostrzeżenie.

Aktualne wydarzenia na Ukrainie roznoszą się również szerokim echem w Sieci. Jednak akcja anonimowych hakerów różni się od większości internetowych inicjatyw związanych z tym krajem. Dzisiejszej nocy haktywiści, włamując się na ok. 30 polskich witryn zostawili tam... ostrzeżenie dla Polaków.


Oficjalne oświadczenie Anonymous Ukraine brzmi następująco:
Witajcie
Jesteśmy Anonymous Ukraine
Na Ukrainie odbył się zamach, dzięki któremu do władzy doszli naziści. Tak, naziści doszli do władzy w jednym z europejskich krajów w 21 wieku!
Europa ucierpiała już na skutek nazistowskiego terroru w przeszłości. To może się powtórzyć. Chcemy ostrzec Polaków, że ich kraj znajduje się w ogromnym niebezpieczeństwie. Polska będzie następnym krajem, który zostanie rozerwany na strzępy przez faszystowską plagę, tak samo jak miało to miejsce na Ukrainie.
Szturmowcy z ukraińskiego, neo-nazistowskiego ruchu "Prawy Sektor", którzy są odpowiedzialni za wszystkie akty przemocy na Ukrainie planują przejąć wschodnie tereny Polski, o których myślą, że należą do nich.
Polska zapomniała o swojej historii, więc wymazaliśmy treści niektórych polskich stron internetowych. Chcemy aby Polska zrozumiała, że tragedia jaką była rzeź wołyńska może się powtórzyć, jeśli Polacy nie przestaną wspierać ukraińskich nazistów.
Na stronach, które padły ofiarami ataku ostrzegawczego anonimowych znajduje się odnośnik do krótkiego wideo w serwisie YouTube. Normalnie staramy się zamieszczać wszystkie materiały multimedialne na naszej stronie, tak aby oszczędzić Wam szukania i klikania, jednak w tym przypadku nagranie jest za bardzo drastyczne. Jeśli ktoś jednak chciałby je obejrzeć, jak na razie dostępne jest pod tym adresem: http://www.youtube.com/watch?v=qi7uvMc2DJ0
Jest to również pierwszy przypadek, w którym Anonimowi nie tylko nie popierają rewolucji, a wręcz ostrzegają przed jej skutkami. Wcześniej w tym tygodniu, przed internetowym atakiem Anonymous umieścili poniższe nagranie, w którym pada kilka bardzo poważnych oskarżeń na opozycję z Majdanu:



Poniżej zamieszczamy listę stron, na których pojawiło się ostrzeżenie:
  • festiwal.cerkiew.pl
  • cegielka.cerkiew.pl
  • bacieczki.cerkiew.pl
  • bractwocim.cerkiew.pl
  • bialowieza.cerkiew.pl
  • bilgoraj.cerkiew.pl
  • cieplice.cerkiew.pl
  • dojlidy.cerkiew.pl
  • ckp.bialystok.pl
  • zielonirp.org.pl
  • playablog.pl
  • bonusmedicus.pl
  • www.gis.gov.pl
  • zwingik.szczecin.uw.gov.pl
  • www.gregorgonsior.com
  • alicjasaar.com
  • www.herzlichwillkommen.pl
  • burninglion.com
  • modapolka.com
  • djcrab.com
  • bartoszlipowski.com
  • annabinczyk.com
  • www.hakobo.art.pl
  • maua.pl
  • www.wunderteam.pl
  • www.hakobo.pl
  • bonusmedicus.pl
  • www.playablog.pl
  • www.dommusic.pl
_____________________________________

Nie wiem czy zauważyliście ale
1. Dlaczego tekst jest po angielsku?
2. Film jest sprzed 3 lat tylko podkład dźwiękowy zmieniony.
3. cały tekst czyta program.

Zwykła manipulacja.
To nie są ANONYMOUS tylko niskich lotów intryganci.

piątek, 7 marca 2014

Podprogowa agresja, czyli wynajęci Rosjanie cyber-bombardują polski internet.

Po czym poznać ruskiego agenta? - Po realizacji wytycznych z Kremla. Np. zobaczmy taki komentarz:
dlaczego ma być uważany za agenta Rosji - przecież w Katyniu zginęło kilkanaście mniej polaków jak na Wołyniu i innych wschodnich rubieżach - nie trzeba wszystkich niezadowolonych z namolnej propagandy sukcesu polskiej codzienności obywateli, nazywać agentami Rosji.
Zaważyliście jak jest pisana nazwa: Rosja i polacy? - Rosja z dużej litery, Polacy z małej - to oczywiście agresja podprogowa w celu poniżenia Polaków i wdrukowania im poczucia małej wartości w porównaniu do Wielkiej Rosji. 
_________________________________________
Zachęcam też do przeczytania artykułu:
Internet zalała powódź prorosyjskich komentarzy. Na newsweek.pl 80 procent z nich wysłano z nieprawdziwych kont. Ekspert: Rosyjska cyber-propaganda to dopiero początek.
Sytuacja zawsze wygląda w ten sam sposób. Gdy na newsweek.pl publikujemy artykuł dotyczący sytuacji na Ukrainie, na początku pojawiają się wyważone komentarze dotyczące zaangażowania stron w konflikcie. Jednak w pewnym momencie, jakby na akord, liczba komentarzy dramatycznie wzrasta, stają się one bardzo prorosyjskie, anty-ukraińskie i anty-polskie, często wulgarne. Merytoryczna dyskusja całkowicie ginie, internetowi trolle przejmują temat, normalne komentarze są spychane w niebyt.
Z początku w redakcji myśleliśmy, że autorami komentarzy są niezadowoleni Polacy, ale ilość, zajadłość i niezwykła synchronizacja wpisów sprawiły, że poprosiliśmy informatyków o przeprowadzenie śledztwa. Po ustaleniu adresów IP i ich geolokalizacji, okazało się, że ponad 80 procent z ponad pięćdziesięciu skontrolowanych prorosyjskich wpisów nie pochodzi z Polski, a z najróżniejszych miejsc na świecie.
Oto kilka przykładów (pisownia autentyczna):
IP z San Francisco: Czy Pan Premier Tusk może wyjaśnić dlaczego wchodzimy Ukrainie w dupę bez wazeliny??? Od kiedy to nasi przyjaciele?
IP z Zurychu: Czy amerykanie to ludobójcy dla których jedynym celem jest zdobycie dóbr materialnych ? Obecnie wszystko by na wskazywało. I ci tyrani śmieją dyktować warunki Rosji ?
IP z Aten: Jakby nie lubić Ruskich,to trzeba przyznać, że akcja na Krymie jest rzeczywiście formą akcji stabilizacyjnej. I nie ma nad czym płakać ani się oburzać,a pobrzękiwanie szabelką jest wbrew polskiej racji stanu.
IP z Norymbergi: won do piekła ku...o wściekła! jeden mały znak,i odetchnie Ojczyzna od zakłamania, obietnic, i będzie jeszcze taka jak marzenie naszych Przodków, chcesz "phremierze"Majdanu?
Nasze przypuszczenia potwierdził w rozmowie ekspert ds. cyberterroryzmu Collegium Civitas Andrzej Mroczek. – Wielość miejsc, z których wysyłane są adresy IP nie znaczy, że są one wysyłane z tych krajów. To standardowy wybieg hakerów i cyber-przestępców, którzy nie chcą być zlokalizowani.
Liczba najbezczelniej propagandowych komentarzy umieszczanych we wszystkich znaczących serwisach i portalach przy użyciu ewidentnie fejkowych kont wydaje się jednoznaczna.
Żaden z komentarzy nie pochodził jednak z Rosji, a to ten kraj wydaje się pierwszym podejrzanym. – Rosja ma jedną z trzech największych armii hakerskich na świecie. Na terenie Federacji Rosyjskiej działa kilka ośrodków m.in. w Kazaniu lub Czelabińsku. Stamtąd prowadzona jest obecnie, najprawdopodobniej nie tylko w Polsce, akcja propagandowa – mówi Mroczek.
Podobne podejrzenia co do akcji propagandowej opublikował na Facebooku pisarz, znawca internetu i autor głośnego tekstu „My, dzieci sieci” Piotr Czerski: „Jestem absolutnie pewny, że polski internet poddawany jest niespotykanej i właściwie jawnej akcji dezinformacyjnej, sterowanej przez Rosję. Nie mam oczywiście żadnych badań, ale liczba najbezczelniej propagandowych komentarzy umieszczanych we wszystkich znaczących serwisach i portalach przy użyciu ewidentnie fejkowych kont wydaje mi się jednoznaczna”.
Preludium poważnych ataków
O podobnych metodach rosyjskich hakerów pisał również we wrześniu 2013 roku St. Petersburg Times, rosyjski serwis internetowy. Opisał on historię Natalii Lwowej, młodej dziennikarki, która poszła na rozmowę kwalifikacyjną w jednej z firm zajmujących się pisaniem negatywnych komentarzy pod artykułami w rosyjskim internecie.
Według niej biuro, składające się z dwóch pokoi wypełnionych komputerami, znajdowało się w dużym jednorodzinnym domu w podpetersburskiej miejscowości. Zatrudnieni w biurze pisali zarówno komentarze na blogach, mediach społecznościowych i artykułach. Gdy spytała się jak organizowana jest praca, jej koordynator powiedział „Odnosimy się do bieżących wydarzeń. Na przykład wczoraj wspieraliśmy pochwalnie burmistrza Moskwy, a dzisiaj 'sramy' na Nawalnego” (najsławniejszego rosyjskiego blogera i opozycjonistę).
Haker-komentator: Wczoraj wspieraliśmy pochwalnie burmistrza Moskwy, a dzisiaj 'sramy' na Nawalnego.
Lwowa stwierdziła, że każdy komentator pisze dziennie nie mniej niż 100 komentarzy i zarabiają tyle co zwykły rosyjski copywriter: odpowiednik około 2400 złotych za miesiąc.
Jak przyznaje Mroczek teraz mamy podobną sytuację, tyle że skierowaną na zewnątrz. – Wszystko wskazuje na to, że obecna propaganda to dopiero preludium większych ataków hakerskich na Polskę. Następne mogą być strony rządowe, tak jak w czasie konfliktu z Gruzją w 2008 roku. Jeśli sytuacja będzie eskalować niewykluczony jest atak podobny do Estonii w 2007 roku, gdy rosyjscy hakerzy zablokowali strony parlamentu, rządu, banków i największych mediów.

.