Młoda, zdolna i niesłychanie ambitna działaczka polityczna, u schyłku NRD. I młody, zdolny, niesłychanie ambitny kagiebista. Oboje rezydują w tym samym mieście. Szykują się wielkie zmiany polityczne i ona jest typowana do kariery w "nowych" czasach i konfiguracjach.
Który kagiebista nie zacząłby takiej persony rozpracowywać? Albo przynajmniej nie nawiązał bliższych relacji?
Niczego nie sugeruję, ale czy to jest takie nieprawdopodobne, że nieprzypadkowo została do kariery "wskazana" i "popchnięta" właśnie ona?
Mijają lata i ta młoda dziewczyna jako kanclerz decyduje w imieniu swojego państwa - a nie oszukujmy się - jako najważniejszy polityk Europy, o relacjach z człowiekiem, którego kariera w najbardziej ponurej ze służb świata biegła kiedyś równolegle i w tym samym miejscu.
Teraz on jest prezydentem Rosji.
Oczywiście się nie znali, no, może tylko mijali w tramwaju, prawda?
W latach 90. miała już przykrą przygodę z psem: rzuciła się na nią "Betty", myśliwski pies sąsiada w Uckermark, który ugryzł ją w kolano. Od tego czasu Merkel boi się psów. Kiedy udaje się gdzieś w podróż, jej asystenci, przygotowując teren wizyty, zaznaczają: żadnych psów!
Wszyscy mają to więc na uwadze - wszyscy, oprócz Putina. Ponoć delektował się chwilą przerażenia w oczach gościa z Niemiec. Na zdjęciach widać to wyraźnie: Putin siedzi rozwalony w fotelu i z uśmieszkiem zadowolenia spogląda na psa. Ten cały numer z psem nie był z pewnością przypadkowy. Był próbą zastraszenia, choć na chwilę, niemieckiej kanclerz. Zastraszenie to z resztą jedno ze standardowych "narzędzi pracy" rosyjskiego polityka.












