Kim są nadludzie?

Czy nietzscheański Ubermensch ma coś wspólnego z chrześcijaństwem? A czy można chociaż zobaczyć w chrześcijaństwie pewne podobieństwa? - Zobaczmy. Pytania o człowieka, pytania o istotę człowieczeństwa należą do podstawowych.

Po co komu etyka?

Czym jest etyka i moralność? Czy zastanawiamy się nad tym na co dzień, czy postępujemy etycznie? Właściwe po co moralnością mamy się przejmować, albo jakimś zbiorem zasad etycznych?

Wojna cywilizacji według Samuela Huntingtona

Jak żywa jest pamięć zbiorowa? Huntington stawia tezę, że w XXI w. wojna między różnymi cywilizacjami zajmie miejsce dziewiętnastowiecznych wojen narodowych i dwudziestowiecznych wojen między ideologiami.

Dlaczego kult Maryi wywołuje u niektórych taki sprzeciw?

Kult Maryi jest zjawiskiem szczególnym i niezwykłym w Kościele Rzymsko-Katolickim. Obecny kształt tego kultu zawdzięczamy tradycji, pobożności ludowej, dyskusjom teologów i soborom. Dlaczego kult Maryi jest dla wielu chrześcijan kontrowersyjny?

Ks. Nikos Skuras: "oczywiście, oczywiście..."

Ks. Nikos - zawsze mówi o tym że Jezus Cię kocha z twoimi grzechami, i przyjmuje zawsze do Swego Serca. Ale używa mocnych słów i dla wielu jest kontrowersyjny. Jak atomowa bomba

Inżynieria zniewolenia

"Jeśli diabeł jest obecny w naszej historii to jest nim zasada władzy" - Mikhail Bakunin. Czym jest inżynieria społeczna? Mało kto wie, że inżynieria społeczna jest opartą na nauce sztuką nakłaniania innych ludzi do spełniania życzeń i oczekiwań rządzących.

Adama Doboszyńskiego Modlitwa o Wielką Polskę

Autorem modlitwy jest Adam Doboszyński - wybitny Polak, brutalnie zamordowany przez komunistów. Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy Świętej Jedyny, Panie Jezu Chryste i Ty, Najświętsza Panno Kalwaryjska z cudownego obrazu, raczcie wejrzeć na szczerość dusz naszych i na czystość dążenia naszego...

Liberalizm – definicja bestii

W encyklice Pascendi Dominis Gregis papież Pius X napisał, iż „największa i najbliższą przyczyną modernizmu jest bez wątpienia pewnego rodzaju wypaczenie umysłu”...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą agresja rosji na ukrainę. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą agresja rosji na ukrainę. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lutego 2017

Stanisław Pięta: Putinowska Rosja to bękart Czyngis-chana

"Niepostrzeżenie rozpoczyna się proces wypalania się Rosji. Jeśli zachdni poleznyje idioty nie będą jej karmić, to zdechnie. Czyli tak trzymać. Jeśli zdechnie Rosja, to i Niemcy będą musieli szyć krócej, bo nie będzie promocji na energię i rynek zbytu się zdecydowanie skurczy. Niemcy ciągle spekulują na to, że będą panować nad rynkiem gospodarczym krajów uzależnionych politycznie od Rosji i rozwijać go. To długofalowa polityka, zaplanowana jeszcze przez towarzyszy z NSDAP." /źródło


Pogarsza się sytuacja na wschodzie Ukrainy, w Awdiejewce. Rebelianci strzelają do Ukraińców z systemów rakietowych Grad, artylerii, ogień prowadzą także czołgi. Czy to oznacza, że wojna na Ukrainie nabiera rozpędu? Czego możemy się spodziewać?

Stanisław Pięta, poseł, PiS: Na sytuację na Ukrainie musimy spojrzeć, biorąc pod uwagę kontekst całościowej polityki Rosji. Również przez pryzmat rosyjskiej geopolityki. Putin zapisuje się właśnie w historii jako człowiek, który doprowadził swoje państwo do katastrofy. On wprawdzie ma dzisiaj olbrzymie poparcie wśród Rosjan, którym podoba się jego agresywna polityka, bo tak są skonstruowani psycho-emocjonalnie. Putina jednak oceni historia. Tak jak Piotr I czy Katarzyna II zostaną zaliczeni do tych władców Rosji, którzy przyłączyli do niej Ukrainę, tak Putin będzie uważany za tego, który ją stracił. Zrobi wszystko, co w jego mocy, aby odzyskać wpływ na Ukrainę, by zniszczyć jej niepodległość.

Dlaczego?

Rosja bez Ukrainy i zaabsorbowania dziedzictwa Rusi Kijowskiej, jest tylko bękartem Czyngis-chana, jedynie resztką państwa tatarskiego, zdegenerowanego dodatkowo przez kilkadziesiąt lat barbarzyńskiego komunizmu. Ukraińcy nie mają wyjścia. Jeśli chcą zachować swoją niezależność i być wolnymi ludźmi, muszą za wszelką cenę bronić swojej ziemi i nie dopuścić do połączenia lądowego separatystów, wspieranych przez Rosję, z Krymem. Celem Rosji jest uderzenie na Ukrainę i uzyskanie połączenia lądowego z okupowanym Krymem wzdłuż brzegów Morza Azowskiego. Będą chcieli uderzyć na Mariupol, następnie zająć Berdiańsk i dojść do Krymu. Zmiana prezydenta w Stanach Zjednoczonych jest wykorzystywana przez Rosjan jako próba weryfikacji odporności nowego prezydenta na ich ofensywę. Uważam więc, że dziś zarówno Polska, UE , jak i Stan Zjednoczone, powinny twardo stanąć po stronie Ukrainy i zagrozić Rosji daleko idącymi konsekwencjami gospodarczymi, politycznymi i wojskowymi w przypadku kontynuowania ofensywy na Ukrainie.

Trump wcześniej zapowiadał zniesienie sankcji nałożonych na Rosję. Teraz byłoby mu chyba trudniej uzasadnić takie plany?

Mam nadzieje, że do tego nie dojdzie. Nie zostały spełnione warunki, wcześniej postawione Rosji. Moim zdaniem administracja Trumpa nie wycofa się z sankcji do czasu, aż Rosja nie wypełni warunków, które zostały jej postawione w momencie, gdy sankcje były ustanowione. Do czasu, aż Rosja nie odda Ukrainie Krymu, nie ma moim zdaniem mowy o zniesieniu sankcji.

W niemal tym samym momencie prezydent Ukrainy zapowiada referendum w sprawie przystąpienia Ukrainy do NATO. Czemu ma to służyć? Chodzi o sygnał dla Zachodu, że Ukraina ma dość?

Nie, to raczej przedsięwzięcie obliczone na rachunek wewnętrzny. Chodzi o wzmocnienie prozachodniej orientacji Ukraińców. Myślę, że mieszkańcy Ukrainy zdają sobie sprawę z tego kontekstu historycznego, o którym wspomniałem. Bez Rusi Kijowskiej, która przyjęła chrzest z Bizancjum, Rosja nie może się uważać za trzeci Rzym. To naturalnie jest zupełnie absurdalna idea. Rosja nie ma żadnego prawa do kontynuowania tradycji bizantyjskiej, natomiast ta narracja o tym, że Rosja jest trzecim Rzymem, stanowi pewien fundament polityki państwowej oraz religijnej. Musimy bowiem zdawać sobie sprawę z tego, że Cerkiew Patriarchatu Moskiewskiego to nie jest żaden Kościół, a departament KGB tak naprawdę.

Dziękujemy za rozmowę.

źródło: http://www.fronda.pl/a/stanislaw-pieta-dla-frondy-putinowska-rosja-to-bekart-czyngis-chana,86841.html

sobota, 13 lutego 2016

Jak przestraszyć Rosję, czyli "Umiesz liczyć, licz na siebie"

O rosyjskich planach odbudowy sowieckiego imperium, możliwości unicestwienia Polski, szansach na obronę, rozterkach Putina i możliwym wybuchu III Wojny Światowej.


Abstrahując od obecnej sytuacji geopolitycznej i planów Amerykanów chcę przestrzec przed polskim życzeniowym myśleniem. Ani NATO, ani "stałe bazy" US Army, ani sojusz "Bałtów, Węgrów, Czechów, Słowaków, I kogo tam jeszcze" nie ochronią nas przed agresją Rosji. Dlaczego? - Bo Rosja robi to co chce. A dlaczego to robi? - Bo może. I żadne sojusze, ani bazy nie są w stanie ich powstrzymać. Gruzja przed rosyjską agresją otrzymywała miliony dolarów na zbrojenia i była objęta przez USA kartą strategicznego partnerstwa, opierającej się na współpracy w sferze obrony i bezpieczeństwa. W Gruzji byli amerykańscy wojskowi szkolący gruzińskich wojskowych. I co? - Powstrzymało to Rosję od napaści na Gruzję?

Jest takie przysłowie: "Jeśli umiesz liczyć, licz na siebie". Znaczy to tyle, że Rosja powstrzyma się z atakiem na Polskę, jeśli ta będzie dysponowała odpowiednimi siłami i środkami, które przesądzą, że agresja na nasz kraj nie będzie Putinowi  się opłacała. Co może być tym elementem odstraszającym? - Na przykład posiadanie przez Polskie Siły Zbrojne pocisków manewrujących o znaczeniu strategicznym rozmieszczonych na okrętach podwodnych (np. klasy scorpene) zdolnych uderzyć i zniszczyć elektrownie atomowe na terenie Rosji. Tylko broń ofensywna będzie kazała zastanowić się Rosjanom, czy warto rozpoczynać atak narażając się na kroki odwetowe. Rzeczywiste, a nie deklaratywne, czyli wezwania do powstrzymania się od eskalacji konfliktu.

Oczywiście samo posiadanie ofensywnej broni o znaczeniu strategicznym Rosjan nie przestraszy; musi jeszcze ona być przekonana, że Polacy bez oglądania się na "sojuszników" odpowiedzą natychmiast i zdecydowanie. Doskonałym momentem aby Rosjan przekonać, że nie będziemy się z nimi cackać była by natychmiastowa reakcja na naruszanie naszej przestrzeni powietrznej przez prowokacyjne przeloty rosyjskich myśliwców i bombowców.

Kiedy rosyjski bombowiec Su-24 naruszył na zaledwie kilka sekund przestrzeń powietrzną Turcji - Turcy nie wahali sie ani chwili i wykorzystali szansę: turecki F16S posłał rakietę w stronę rosyjskiego samolotu, kiedy ten już opuścił tureckie terytorium i go "uziemił". I teraz Rosjanie już wiedzą, że Turcy są gotowi odpowiedzieć na każdy rodzaj rosyjskiej agresji szybko i zdecydowanie, bez oglądania sie na sojuszników z NATO, ONZ, Amnesty International, ekologów, przywódców religijnych, związkowych, i.t.p. To samo musi zrobić Polska aby Rosjanie zaczęli sie z nami liczyć.

Ale teraz pytanie zasadnicze: po co Rosja miała by atakować Polskę? - Żeby ją podbić? Okupywać? Aby zainstalować rząd przychylny Moskwie? Wydaje się to mało prawdopodobne. Atak tysięcy rosyjskich czołgów na Polskę w stylu blitzkriegu znanego z czasów WW2 jest dobry chyba tylko w grze tankionline.com . Rosja nie przeprowadziła dotąd takiej inwazji na Ukrainę, nie dlatego że nie mogła. - Nie chciała.

Polska dla Rosji nie jest żadnym przeciwnikiem, bo Rosja myśli globalnie. Według rosyjskich strategów godnymi dla Moskwy przeciwnikami są USA i NATO. To mrzonki, bo Federacja Rosyjska w bezpośrednim starciu z NATO nie ma żadnych szans, czy to w wojnie konwencjonalnej czy też nuklearnej. Ale Rosja może znacząco zwiększyć swój potencjał wykorzystując presję psychologiczną: wizerunek nieokrzesanego imperialisty, brutalnego mordercy cywilów (np. w Syrii) czy szantażysty wymachującego bronią atomową. Wojna hybrydowa i tzw. zielone ludziki to nadzwyczaj skuteczny środek walki i efektywna strategia. Pozwala bowiem "palić głupa" i oficjalnie zaprzeczać robiąc swoje. Małymi krokami, testując przy okazji reakcje przeciwnika.

Te ciągłe sprawdzanie jak daleko Rosjanie mogą się posunąć  wydaje się nieodłącznym elementem taktyki "rozpoznania bojem". Wróćmy zatem do tego testowania gotowości bojowej NATO przez Rosję i przypatrzmy się jak to się odbywa. Przeloty bombowców z bronią atomową na pokładzie (słynnych niedźwiedzi - TU-95) wzdłuż granic państw NATO, ćwiczenia rakietowego ataku nuklearnego na Warszawę czy bombardowanie syryjskiego miasta Aleppo, skutkującym ogromnymi stratami wśród ludności cywilnej i potokiem setek tysięcy uchodźców kierujących się do Turcji a później do Europy. Dlaczego Rosja to robi? - Bo może i chce. Chce pokazać swoją siłę, brutalność i zdecydowanie. Ma to działać na potencjalnego przeciwnika (z NATO) odstraszająco.

Rosjanie są doskonałymi intrygantami. Rosyjska inwazja na Ukrainę była planowana od lat. Władimir Putin już w 2008 r. proponował Donaldowi Tuskowi podział kraju oraz przyłączenie Lwowa i czterech innych prowincji do Polski - stwierdził Radosław Sikorski w wywiadzie z amerykańskim portalem Politico. - Jednymi z pierwszych słów, jakie wypowiedział Putin, były: "Ukraina jest sztucznym państwem, a Lwów to tak naprawdę polskie miasto. Dlaczego nie mielibyśmy tego wspólnie rozwiązać?". Donald Tusk na szczęście nie odpowiedział, wiedział, że był nagrywany - ujawnił Sikorski.

Sikorski mówił, że Polska miała jeszcze później dostawać wiele takich sygnałów. Rosjanie chcieli nawet, żebyśmy wysłali na Ukrainę wojsko.

W kwietniu 2008 r., krótko po wizycie Tuska w Moskwie, Putin został zaproszony na szczyt NATO w Bukareszcie. Powtórzył tam, że Ukraina to sztuczne państwo. "Na Krymie Rosjanie stanowią 90 proc. Kto może powiedzieć, że nie mamy tam swoich interesów? Całe południe Ukrainy to tylko Rosjanie" - dowodził, zaznaczając, że próby włączenia Ukrainy lub Gruzji w struktury NATO mogą postawić ten kraj "na skraju niebytu". Gruzji i Ukrainy zgodnie z wolą Kremla do Sojuszu nie zaproszono. A kilka miesięcy później Rosja sprowokowała wojnę w Gruzji.

W 2013 r. do Warszawy przyjechał rzecznik Władimira Żyrinowskiego, przywódcy nacjonalistycznej Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji, z kolejną propozycją anektowania pięciu ukraińskich prowincji. - Powiedzieliśmy im bardzo jasno, że nie chcemy mieć z tym absolutnie nic wspólnego - mówił Sikorski.

Taką samą propozycję, tym razem publicznie, w marcu powtórzył Polakom sam Żyrinowski. Moskwa bardzo liczyła na to, że w Polsce obudzą się nacjonalistyczne nastroje i rewizjonistyczne zapędy. Nadzieję w Rosjanach miała wywołać popularność wydanej w 2012 r. w Polsce książka "Pakt Ribbentrop-Beck" prawicowego dziennikarza Piotra Zychowicza. Przedstawia on w niej alternatywną wizję historii, w której Polska zawarła sojusz z Hitlerem, by podbić ZSRR. Słowa Żyrinowskiego wywołały jednak w Polsce powszechne oburzenie.

Sikorski mówi w Politico, że intencje przyłączenia Krymu przez Rosjan stały się dla Polaków jasne już w 2011 i 2012 r. - wówczas Putin podróżował na półwysep na spotkania z gangami nacjonalistycznych motocyklistów. Warszawa otrzymywała też informacje, że od 2010 r. Krym jest pod szczególną obserwacją rosyjskiego wywiadu. Wcześniej informowali o tym Niemcy, którzy poważnie się obawiali, że Rosja dokona aneksji półwyspu zaraz po wojnie w Gruzji.

W 2013 r. w MSZ ogłoszono alarm. - Dowiedzieliśmy się, że Rosja prowadzi obliczenia, które z terytoriów najbardziej opłacałoby się jej zagarnąć - mówił Sikorski i wymieniał Zaporoże, Dniepropetrowsk oraz Odessę. Jego zdaniem najmniej korzystne było dla Moskwy okupowanie Donbasu, który jest obecnie pod kontrolą rosyjskich separatystów. Rzeczywiście prorosyjscy rebelianci próbowali zająć wymienione przez Sikorskiego regiony, ale ponieśli całkowitą klęskę.

Jaki jest geopolityczny cel Putina? - Geopolityczny plan Putina to reaktywacja imperium zła!
Dziś Putin nie jest pre­zy­den­tem. Jest carem. Dzię­ki ope­ra­cji na Ukra­inie stał się naj­bar­dziej wyrazistym przy­wód­cą, je­dy­nym sam­cem alfa na glo­bal­nej are­nie. To jed­nak za­le­d­wie część bar­dziej ambitne­go pro­jek­tu. Ukra­ina jest tylko pre­tek­stem do za­kwe­stio­no­wa­nia obec­ne­go po­rząd­ku geopolitycz­ne­go - po­wie­dział były am­ba­sa­dor Pol­ski w Mo­skwie, Sta­ni­sław Cio­sek, w wy­po­wie­dzi dla te­le­wi­zji TVN. Lu­dzie po­kro­ju Pu­ti­na pa­trzą na po­li­ty­kę da­le­ko­sięż­nie (pod tym kątem byli szkole­ni w KGB) i za­pew­ne wkal­ku­lo­wa­li bie­żą­ce po­raż­ki oraz pro­ble­my w osią­gnię­cie długofalowe­go efek­tu. Gra, którą pro­wa­dzi Rosja, w sza­chach znana jest jako ma­newr tak­tycz­ny, a cza­sa­mi nawet stra­te­gicz­ny: za­mia­ny fi­gu­ry na ini­cja­ty­wę. Putin od­da­je fi­gu­rę, ale zy­sku­je prze­strzeń stra­te­gicz­ną do dal­szych ruchów. Na tym po­le­ga jego pro­jekt.

Rosja gra o zmia­nę geo­po­li­tycz­ne­go sta­tus quo. Zmie­rza do ko­rek­ty po­st­zim­no­wo­jen­nej ar­chi­tek­tu­ry. Pro­wa­dząc ope­ra­cje de­sta­bi­li­zu­ją­ce Ukra­inę, od­świe­ża i jakby na nowo de­fi­niu­je zim­no­wo­jen­ny układ, z de­ter­mi­na­cją po­la­ry­zu­jąc glo­bal­ną scenę.
Pro­jek­tu­jąc kry­zys ukra­iń­ski, Putin mu­siał prze­cież prze­wi­dzieć sank­cje go­spo­dar­cze, po­li­tycz­ne, kul­tu­ro­we i wy­ni­ka­ją­ce z nich ewen­tu­al­ne per­tur­ba­cje eko­no­micz­ne, ale mimo wszyst­ko po­szedł w tę grę, za­ak­cep­to­wał ry­zy­ko ewen­tu­al­nych strat. Rosja prze­gry­wa na sank­cjach w kilku punk­tach, jednak zy­sku­je w jed­nym za­sad­ni­czym oraz stra­te­gicz­nym: od­zy­ska­ła ini­cja­ty­wę geo­po­li­tycz­ną. Zresz­tą w kal­ku­la­cjach pro­wa­dzo­nych na długą metę, eko­no­micz­na izo­la­cja Mo­skwy może mieć pozy­tyw­ny wpływ na ro­syj­ską go­spo­dar­kę, zwięk­sza­jąc jej im­ma­nent­ną in­no­wa­cyj­ność.

Jest jesz­cze drugi motyw ro­syj­skie­go ataku na Ukra­inę: we­wnętrz­ne uwa­run­ko­wa­nia po­li­tycz­ne Rosji. Putin zro­zu­miał, że musi się­gnąć po nową po­li­tycz­ną ja­kość. Do­tych­cza­so­wy re­per­tu­ar tric­ków po­li­tycz­nych wy­czer­pał się. Aby umoc­nić wła­sną po­zy­cję, trze­ba było za­grać na eks­pan­syw­nych i im­pe­rial­nych no­stal­giach Ro­sjan.
Dziś Putin nie jest pre­zy­den­tem. Jest carem! Dzię­ki ope­ra­cji na Ukra­inie stał się naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nym oraz wy­ra­zi­stym przy­wód­cą współ­cze­sne­go świa­ta, je­dy­nym sam­cem alfa na glo­bal­nej are­nie, naj­tward­szym gra­czem, w zde­rze­niu z któ­rym inni li­de­rzy glo­bal­nej po­li­ty­ki wy­tra­ca­ją impet.
W ten spo­sób ukra­iń­ski kry­zys zo­stał wy­ko­rzy­sta­ny w ra­mach za­bie­gów wi­ze­run­ko­wych. Putin stał się po­tęż­niej­szy nawet niż pierw­si se­kre­ta­rze KC KPZR w cza­sach ZSRR, jego moż­li­wo­ści wykonaw­cze można po­rów­ny­wać z wła­dzą tylko jed­ne­go sta­tu­su: cara. Obec­na Rosja ma na­to­miast po­wró­cić do po­zy­cji (co naj­mniej) "nu­me­ru dwa" w świa­to­wej geo­po­li­ty­ce, którą po upad­ku że­la­znej kur­ty­ny stra­ci­ła na rzecz Chin. Re­wi­ta­li­za­cja po­rząd­ku zim­no­wo­jen­ne­go stwa­rza na to dużą szan­sę.

Nie­przy­pad­ko­wo cała ope­ra­cja re­ali­zo­wa­na jest po­mię­dzy dwoma spek­ta­ku­lar­ny­mi wy­da­rze­nia­mi spor­to­wy­mi, bę­dą­cy­mi rów­nież ele­men­tem ma­so­wej kul­tu­ry: Olim­pia­dą w Soczi oraz pił­kar­ski­mi mi­strzo­stwa­mi świa­ta, które w roku 2018 od­bę­dą się na ro­syj­skiej ziemi. Putin wszyst­ko to wcze­śniej za­pla­no­wał oraz wy­re­ży­se­ro­wał pro­pa­gan­do­wo. Ukra­iń­ski kry­zys zo­stał zręcz­nie wpi­sa­ny w kon­tekst oby­dwu wiel­kich im­prez. Nie cho­dzi bo­wiem o po­ka­za­nie Rosji jako kraju cy­wi­li­zo­wa­ne­go, lecz jako pań­stwa dyk­tu­ją­ce­go wa­run­ki gry w Eu­ro­pie i na świe­cie.

Sens gry Pu­ti­na zdra­dza jego wy­po­wiedź sprzed kilku lat na temat upad­ku ZSRR, które to wydarzenie uznał za naj­bar­dziej tra­gicz­ny mo­ment w hi­sto­rii Rosji. Przy­wód­ca Fe­de­ra­cji Ro­syj­skiej bę­dzie się zatem sta­rał od­bu­do­wać Zwią­zek Ra­dziec­ki w nieco zmo­dy­fi­ko­wa­nej wer­sji, a także będzie pró­bo­wał po­dzie­lić Stary Kon­ty­nent na dwie stre­fy wpły­wów: ro­syj­ską oraz nie­miec­ką.
Po­dob­ną stra­te­gię po­la­ry­za­cji pró­bu­je już prze­cież for­so­wać w ukła­dzie glo­bal­nym, pró­bu­jąc wskrzesić ry­wa­li­za­cję mię­dzy Rosją i Sta­na­mi Zjed­no­czo­ny­mi, spy­cha­jąc jed­no­cze­śnie na mar­gi­nes Chiny.
Ukra­ina stała się je­dy­nie ele­men­tem geo­po­li­tycz­nej gry Mo­skwy i jej pierw­szą od­sło­ną. Czymś w rodza­ju kozła ofiar­ne­go.
/Roman Mańka

W 1962 roku szkocki pisarz Anthony Burgess napisał powieść pod tytułem "Mechaniczna Pomarańcza". Jest to historia młodego, dobrze ułożonego człowieka, miłośnika muzyki poważnej, który jednocześnie jest przestępcą, gwałcicielem i zbrodniarzem, kierującym małą grupą przestępców. Z pozoru jest to jedna z wielu historii z gatunku political fiction a przede wszystkim science fiction. Jednocześnie wiele lat później, okazało się, że jest to kryptonim bardzo zaawansowanego planu wojskowego Federacji Rosyjskiej.

Nie przez przypadek w marcu 2014 roku w mediach społecznościowych pojawiło się wiele odniesień właśnie do operacji pod tym kryptonimem. Akcja "Mechaniczna Pomarańcza" została opublikowana w 2008 roku przez Federację Rosyjską w odpowiedzi na "pomarańczową rewolucję" na Ukrainie. Co ciekawe, wiele z tych zaplanowanych akcji już zrealizowano, a część jest w trakcie realizacji na naszych oczach. Najbardziej jednak niepokoi to, że planowane działania nie dotyczą wyłącznie Ukrainy, ale również Polski i Rumunii.

Pierwszym etapem miała być aneksja Krymu. Jak widać udało się bez większego problemu. Drugim etapem jest zajęcie południowo-wschodniej Ukrainy wzdłuż rzeki Dniepr. Kluczowym elementem jest tutaj m.in. zajęcie zakładów zbrojeniowych, które bezpośrednio powiązane są z rosyjskim przemysłem zbrojeniowym. Ten etap właśnie rozgrywa się na naszych oczach i potrwa najpóźniej do zimy. Trzecim etapem ma być atak na południe Ukrainy i zniszczenie całkowite floty ukraińskiej. Celem działań ma być umieszczenie sił w Oddessie, Ochakowie, Mikołajowie, Teodozji i Jałcie. Ostatni etap to parcie od południa na północ, od wschodu na zachód w kierunku Kijowa i dążenie do wybuchu napięcia społecznego zakończonego instalacją nowego rządu w Kijowie.

Wróćmy jednak do tego, co jest celem rosyjskiej mechanicznej pomarańczy. Jednym z elementów ataku ma być "wypadek atomowy", a dokładniej wystrzelenie rakiet z ładunkiem atomowym i zdetonowanie ich w stratosferze, zanim osiągną jakikolwiek cel. Bomba atomowa ma wybuchnąć wysoko nad ziemią, tak aby ludzie z dołu mogli patrząc w niebo zobaczyć wielki rozbłysk, który przypominać kształtem będzie pomarańczę rozciętą w połowie. Z jednej strony zostanie to odebrane jako swojego rodzaju demonstracja siły, ale z drugiej strony niestety przyniesie to również ogromne zniszczenia w infrastrukturze i życiu na danym terenie. Tym samym ma to być pewnego rodzaju trick, sztuczka zapobiegająca temu, aby NATO nie potraktowało takiego działania jako podlegającego pod art.5 NATO mówiący o kontrataku w przypadku, gdy jedno z państw sojuszu zostanie zaatakowane. Trudno jednak zaatakować kogoś, kto przyznaje się, że doszło do wypadku i podjął działania mające na celu minimalizację konsekwencji tego wypadku. Co więcej, wcale nie jest powiedziane, ze te pociski będą wystrzelone z terytorium Rosji. Równie dobrze, mogą zostać uruchomione z terenu opanowanego przez separatystów w innym państwie, czyli Ukrainie.

Cały dokument był oczywiście opublikowany celowo. Założeniem pierwotnym było ostrzeżenie skierowane do krajów zachodu, z jakimi konsekwencjami muszą się liczyć w sytuacji, gdy Federacja Rosyjska poczuje, że jej interesy są zagrożone.

Czy można zdusić reżim Putina samymi gospodarczymi, politycznymi i dyplomatycznymi sankcjami – nie doprowadzając do wojny? Można. Dziś to jeszcze jest możliwe. Jutro zatrzymać Putina będzie można tylko wojną.

Dlaczego Putin zdecydował się na okupację Krymu? - Krym to pierwszy etap dużego planu, który składa się z kilku części. Jedna z nich to oczywiście przyłączenie Ukrainy do Rosji. Druga – przyłączenie Białorusi. Ponadto ostatnio dosyć dużo przedstawiciele władz Rosji mówią o separatystycznym mołdawskim regionie Naddniestrze, do którego z Rosji można dostać się wyłącznie przez Ukrainę. Są również jakieś inne części planu, których dziś możemy jedynie się domyślać.

Obecnie w sposób sztuczny wszczyna się na Ukrainie wojnę domową między wschodem i zachodem. To wszystko – jak powiedziałby Władysław Surkow, jeden z kremlowskich ideologów, autorów zajęcia Ukrainy – „technologia”. Na fali wojny domowej armia rosyjska wejdzie na Ukrainę, jak w 1939 r. Stalin wszedł do wschodniej Polski, „uwalniając” ukraińskich i białoruskich braci spod polskiego ucisku. Jednak w tym wypadku wszystko przewidzieć jest trudno. Wiele zależy od takich czynników, jak: siła sprzeciwu Ukraińców, poziom oburzenia świata oraz poziom gotowości rosyjskich wojsk do zabijania Ukraińców.

Następnym celem Moskwy będzie przyłączenie Białorusi. Ale ten cel wydaje się Kremlowi łatwy do osiągnięcia. Białoruś nigdy nie była państwem w pełni niezależnym, i to będzie jednym z głównych argumentów Moskwy. Strategicznie Białoruś daje bardzo ważne dla Rosji dojścia do wschodnioeuropejskich granic. Granic Litwy, Ukrainy Zachodniej i Polski.
Zorganizować zamieszki na Białorusi będzie bardzo łatwo. Białoruski prezydent Aleksander Łukaszenka na Zachodzie nie jest popularny, jego nikt nie będzie bronił. Nie ma szans na samodzielne przeżycie. Czyli tak naprawdę on żyje tylko dopóty, póki Putin pozwala mu istnieć. Łukaszenka sam to rozumie. Nie ma ustępstw, na które Mińsk mógłby pójść i które Putin przyjąłby jako opłatę za zachowanie niezależności Białorusi. Zajęcia Białorusi można dokonać w bardzo krótkim czasie.

Po co Putinowi wojna z sąsiadami, ze światem? - Putin ma irracjonalne podejście do geopolityki i kwestii narodowej. Kiedyś powiedział, że dla niego osobiście rozpad ZSRS jest największym nieszczęściem. Rosja (jej władze i obywatele) jest krajem zakompleksionym. Z jednej strony to kraj olbrzymi o niezliczonych bogactwach naturalnych - można tylko pozazdrościć. Z drugiej – Rosja uważa, że wszyscy jej nienawidzą i że wszystkie nieszczęścia w Rosji powodują wrogowie zewnętrzni. Jest to utopia i wymysł, ale w to wierzy zarówno naród, jak i rząd. Nikt nie potrafi rozróżnić, gdzie prawda, gdzie mit, a nawet nie próbuje. To daremna praca. Tak było również wcześniej. Teraz trudno zrozumieć: czy Lenin i Stalin byli szczerymi komunistami, czy tylko wykorzystywali socjalistyczną utopię dla osiągnięcia władzy? To samo dotyczy Putina: czy on szczerze wierzy w zagrożenie zewnętrzne, czy jest to pretekst dla realizacji projektu odbudowy ZSRS?

Rosja dziś nie jest krajem demokratycznym. Nie ma realnej opozycji i wolnej prasy. A kiedy tego nie ma, bardzo łatwo poddać się złudzeniom i popaść w marazm. Nikt nie krytykuje i nawet delikatnie nie czyni aluzji: a może nie masz racji, może są inne możliwości? Putin sam stworzył system bez oporu przeciwko władzy. Otoczył się ludźmi, którzy szczerze albo za pieniądze absolutnie we wszystkim się z nim zgadzają. Dostosowuje rzeczywistość do swojej wizji. Nie ma człowieka lub grupy ludzi, która powie: „Władimirze Władimirowiczu, pan zwariował. Czy pan czasami patrzy na kalendarz? Mamy rok 2014 r., nie 1938 r.”.

Czy ten stan może tak długo trwać? Z historycznego punktu widzenia – nie. Takie wsparcie nie jest warte złamanego grosza. Wystarczy zabrać rosyjskiej „elicie” American Express i MasterCard i wsparcie wyparuje.

Jak może przebiegać atak Rosji na kraje bałtyckie i Polskę? - Widać tu dwa aspekty: kraje bałtyckie i Polskę. Kraje bałtyckie były w składzie ZSRS. Z tego powodu we wszystkich trzech republikach mieszka pewna liczba Rosjan. Najbardziej niebezpieczna sytuacja ma miejsce na Łotwie, gdzie rosyjskojęzyczna mniejszość stanowi blisko 40 proc. ludności. Mając taki atut w liczbach, Rosja mogłaby nie tykać Litwy z Estonią, a zająć samą Łotwę. Jednak przez Litwę można przejść do Królewca, tak samo jak do Naddniestrza i Krymu – przez Ukrainę. Ryzyko konfliktu z NATO będzie takie samo w wypadku, gdy rosyjskie wojska wejdą tylko na Łotwę, i jeżeli zajmą wszystkie kraje bałtyckie. Wysłanie wojska na Łotwę, nie tykając Estonii i Litwy, jest niemożliwe również ze względów wojskowych: rosyjskich żołnierzy będzie łatwo wziąć w kleszcze atakami ze strony Litwy i Estonii. Kraje bałtyckie zatem będą zajmowane jednocześnie.

Polska będzie ostatnia na liście Putina. Ale jeżeli Putin zajmie kraje bałtyckie, pozostaną dwie możliwości rozwoju sytuacji – kapitulacja krajów bałtyckich (a wraz z nimi Europy i USA) przed Rosją lub rozpoczęcie III wojny światowej. Chyba ten pierwszy scenariusz jest niemożliwy. Trudno sobie wyobrazić zwycięski marsz rosyjskich wojsk na Ukrainie, w Mołdawii, na Białorusi i w krajach bałtyckich. Pozostaje drugi scenariusz. I wtedy Polska staje się jego integralną częścią jako członek NATO.

Co mogłoby powstrzymać Putina? - To samo, co mogło powstrzymać Hitlera – siła. Bez wątpienia militarnie Rosja dziś jest słaba – tak samo słaba, jak były Niemcy w 1938 r. A nawet o wiele słabsza niż Hitler w 1938 r. Hitlera bowiem wspierały jednak Włochy, Japonia i w latach 1939–1941 Stalin. Lecz Rosji dziś nikt nie wspiera, ona jest w zupełnej izolacji. Po okupacji Wschodniej Ukrainy Rosja stanie się mocniejsza: tam są fabryki produkujące czołgi, rakiety oraz złoża minerałów. Tracąc wschód, Zachodnia Ukraina stanie się krajem rolniczym, nic więcej. Putin bardzo dobrze rozumie, że rozmowy o połączeniu z rosyjskimi „braćmi” na Ukrainie to również zasłona dymna dla zajęcia strategicznie ważnych, rozwiniętych pod względem przemysłowym regionów Ukrainy. Są one potrzebne wojskowemu przemysłowi Rosji, którym kieruje pierwszy wicepremier, typowy rosyjski nazista Dmitrij Rogozin.

Czy można zdusić reżim Putina samymi gospodarczymi, politycznymi i dyplomatycznymi sankcjami – nie doprowadzając do wojny? Można. Dziś to jeszcze jest możliwe. Jutro zatrzymać Putina można będzie tylko wojną. Za rok problemy, z którymi się zetkniemy, jeżeli dziś nie powstrzymamy Putina, będą innego rodzaju. Będziemy mówili wówczas nie o zakłóceniach w dostawach gazu z Rosji, lecz o zakrojonej na szeroką skalę wojnie z Rosją ze wszystkimi jej następstwami. Im szybciej zrozumiemy rozmiar grożącej nam tragedii, tym wcześniej przystąpimy do zapobiegania katastrofie. Dziś jeszcze można jej zapobiec niewielkim kosztem. Zresztą to dotyczy również Rosjan. Historycznie Rosja we wszystkich wojnach traciła więcej ludzi niż wszyscy inni ich uczestnicy.
/Olga Alehno wywiad z Jurijem Felsztyńskim

Wróćmy zatem do potencjalnego ataku Rosji na Polskę. Nie znajduje się ona w strategicznych planach odbudowy imperium sowieckiego. O ile jasne jest, że Rosja dąży do podbicia i podporządkowania sobie krajów, które były kiedyś sowieckimi republikami wchodzącymi w skład ZSRS, jak Ukraina, Gruzja, Białoruś i kraje bałtyckie, tak takie kraje jak Polska mają wyznaczony według rosyjskich strategów inny los.

Jaki? - Wyobraźmy sobie, że zielone ludziki znalazły się nagle na Łotwie i Estonii a tamtejsza mniejszość rosyjska żąda referendum w sprawie przyłączenia niektórych regionów do Federacji Rosyjskiej. Zaatakowane kraje zwracają sie do NATO z żądaniem wypełnienia zobowiązań sojuszniczych wynikających z artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. NATO oczywiście podrywa samoloty bojowe a Amerykanie grożą Rosji nawet użyciem broni jądrowej w przypadku kontynuowania agresji. Co może w tym przypadku zrobić Putin? Jaki ruch jest najbardziej prawdopodobny? - Taki, który w sposób efektywny i zdecydowany zastopuje kontruderzenie paktu i pozwoli Rosji na zrealizowanie jej planów geostrategicznych.

Jest więcej niż pewne, że Rosjanie w takim przypadku uderzą punktowo pociskami z głowicami jądrowymi (np. Iskander czy S-400) na cele strategiczne w Polsce. Po to Rosja ma w swojej "doktrynie obronnej" zapisy o ataku wyprzedzającym przy użyciu broni atomowej a stratedzy - nie tylko rosyjscy ale i amerykańscy są przekonani, że "ograniczona wojna nuklearna" jest możliwa do wygrania.

Los Polski wydaje się przesądzony i nie mają tu nic do rzeczy dobre i przyjazne stosunki z Warszawy z Moskwą, liczy się strategia rosyjskich planistów. Powód jest oczywisty: przynależność Polski do NATO i UE, a więc potencjalna "wrogość" względem Rosji. Na nic sie zdają zapewnienia, że NATO Rosji nie zagraża. Pewnie, że nie zagraża, ale tylko wtedy, gdy Rosjanie żyją sobie spokojnie rozwijając stosunki gospodarcze z Zachodem i budując demokratyczne państwo o liberalnym charakterze. Ale tego właśnie Rosjanie nie chcą. Imperializm jest wpisany w narodowy program odbudowy rosyjskiego mocarstwa. Dlatego NATO Rosji przeszkadza.

Polska będąc członkiem NATO jest doskonałym powodem pokazania gdzie Rosja to NATO ma. Niestety, ale nasz kraj doskonale nadaje się do ruchu "szach-mat".

Czy Amerykanie i inni nasi sojusznicy będą gotowi odpowiedzieć tym samym i poślą przynajmniej kilka pocisków manewrujących z głowicami jądrowymi na rosyjskie miasta wraz z Moskwą i obiekty o znaczeniu strategicznym? Czy są gotowi odpowiedzieć Putinowi również "ograniczoną wojną atomową"?

Od pewności takich posunięć względem Rosji zależy nasze być albo nie być.

Czyli dopóki Putin nie będzie pewny czy NATO i USA zastosują bezzwłocznie i zdecydowanie adekwatne kroki  w postaci ataku jądrowego mamy swoje pięć minut, możemy przypuszczać, że Putin się waha. Jednak, kiedy uzyska pewność, że NATO i USA powstrzymają się od  podjęcia wyzwania "ograniczonej wojny atomowej", bojąc się wojny totalnej z użyciem całego arsenału jądrowego wszystkich państw skutkującym zagładą ludzkości - los Polski będzie przesądzony.

Wygląda na to, że stratedzy NATO doskonale rozumieją zagrożenie i dlatego właśnie powstrzymują się z rozmieszczeniem znacznych sił Sojuszu w Polsce oraz krajach bałtyckich i organizują obronę na linii Odry i Nysy Łużyckiej. To może niespodzianka dla wielu, ale na terenie Polski wielkich bitew nikt się nie spodziewa,

Wróćmy więc do tego co pisaliśmy na samym początku: "Umiesz liczyć, licz na siebie". Gdyby tylko Polska dysponowała bronią jądrową o zasięgu moskiewskim i była gotowa jej użyć w kroku odwetowym - Rosja nie zdecydowała by się na awanturę. Czy nasi sojusznicy są gotowi nam taką broń "wypożyczyć" oddając również "czerwony guzik"? Jeżeli nie - to taki sojusz nożna "o kant"!

__________________________

W artykule wykorzystano fragmenty tekstów Romana Mańki, Reaktywacja imperium zła, wywiadu Olga Alehno z Jurijem Felsztyńskim, wspomnień Radka Sikorskiego w Politico i analiz Narymuta, Rosyjska mechaniczna pomarańcza. Niektóre z tych opracowań powstały już jakiś czas temu ale nie straciły na aktualności. Pozwalają też spojrzeć na wiele aspektów rosyjskiej polityki imperialnej z perspektywy czasu.

Źródła:

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Bestialstwo Rosjan na Ukrainie

Foto: Kresy24.pl

Chcę się odnieść do wywiadu Przemysława Dubińskiego z posłanką PiS, Małgorzatą Gosiewską i zatytułowanego: "Wstrząsający raport o rosyjskich zbrodniach na Ukrainie. Mordują jak polskich oficerów w Katyniu". Pełny raport zawierający 154 strony jest zamieszczony pod adresem: http://www.donbasswarcrimes.org/raport/ . Jego treść jest porażająca.

- Podobnie jak polskim oficerom w Katyniu, tak teraz na wschodniej Ukrainie strzela się jeńcom w tył głowy. Robi to ten sam system, ten sam kraj. W jednym z dokumentów widać nawet, że powołują się na dekret prezydium Rady Najwyższej Związku Sowieckiego z 22 czerwca 1941 roku - mówi w rozmowie z WP współtwórczyni raportu: "Rosyjskie zbrodnie wojenne we wschodniej Ukrainie", posłanka PiS, Małgorzata Gosiewska.

To co mnie uderzyło i co jest szczególnie niepokojące, to to że zbrodnie popełniane przez żołnierzy Federacji Rosyjskiej  na jeńcach ukraińskich i ludności cywilnej Ukrainy są dokonywane z przyzwoleniem i błogosławieństwem Moskiewskiego Patriarchatu Cerkwi Prawosławnej. Oto cytat z tego raportu: "Pamiętam też, że w pewnym momencie wszedł ksiądz z Moskiewskiego Patriarchatu i spytał, dlaczego tu jesteśmy. Następnie zaczął bić jeńców drewnianym krzyżem tak, że go połamał".

Według zeznań jednym z oprawców, których opisała ofiara, był duchowny.

Maria Gosiewska przyznaje, że "to co dzieje się na wschodzie Ukrainy ma znamiona wojny religijnej". Mówi dalej: "Często pojawiającym się pytaniem wobec jeńców było: jakiego jesteś wyznania. Zdarzało się tak, że na jedną stronę kierowano wyznawców Patriarchatu Moskiewskiego, a na drugą Kijowskiego, katolików oraz protestantów. Oni robią to w imię Boga. Zdarzają się też ostrzały zabudowań ludności cywilnej z błogosławieństwem duchownych z Patriarchatu Moskiewskiego."

W Internecie jest zresztą wiele wiele filmów, na których widać duchownych z moskiewskiej cerkwi prawosławnej współdziałających z tzw. separatystami, a de facto rosyjskimi terrorystami i zwykłymi żołnierzami FR dokonującymi agresji na Ukrainę. Widać, że ci duchowni są bardzo mocno zaangażowani w ten konflikt. Robią sobie zdjęcia z bronią albo błogosławią strzelające do zabudowań cywilnych transportery. Z całą pewnością dla prawosławnych Rosjan jest to również wojna religijna.

Przywodzi to na myśl zbrodnię wojenną dokonaną przez nacjonalistów ukraińskich na polskiej ludności na Wołyniu w okresie od lutego 1943 do lutego 1944, która była inspirowana i nadzorowana przez rosyjskie NKWD przy błogosławieństwie prawosławnego duchowieństwa. W rzeczywistości ramy czasowe tego ludobójstwa należało by rozszerzyć do czasów przez rozpoczęciem II-ej Wojny Światowej i Związek Radziecki zapoczątkowaną napaścią zbrojną na Polskę w 1039-m roku, od dnia 11 sierpnia 1937, czyli Rozkazu Jeżowa: http://niepoprawni.pl/blog/6063/rzez-polakow-rozkaz-jezowa-cz1

Z dokumentów opisujących tzw. Rozkaz Jeżowa wynika, że masowe morderstwa na Polakach na obszarach wschodnich II-ej Rzeczypospolitej zostały wcześniej zaplanowane i zatwierdzone przez najwyższe organy władzy ówczesnej Rosji Sovieckiej. Moskiewska Cerkiew od zawsze była infiltrowana i kontrolowana przez rosyjskie służby bezpieczeństwa i dzisiaj nic nie wskazuje na to aby to się zmieniło.

Stąd nie powinno dziwić, że w agresji na Ukrainę oprócz regularnych wojsk Federacji Rosyjskiej, wysyłanych tam przez Kreml różnych grup terrorystycznych, najemników, wśród których większość stanowią psychopaci i seryjni mordercy, swoją niechlubną rolę odgrywają tam duchowni Cerkwi Moskiewskiej a de facto funkcjonariusze bezpieczeństwa FR.


Nie jest łatwo czytać relacje świadków opisujące trudne do wyobrażenia rosyjskie bestialstwo. Kto chce może to zrobić sam wgłębiając się lekturę raportu.
Przysłuchajmy się temu co mówi Maria Gosiewska.

- Kim byli kaci? Czy każdy człowiek w pewnych warunkach robiłby podobne rzeczy?

M.G: "Jeden z policyjnych psychologów powiedział nam, że są to często modelowe przykłady psychopatów i seryjnych morderców. Oni w warunkach pokojowych mordowaliby przypadkowe osoby, gdyż czerpią z tego przyjemność. Przecież ich "przesłuchania" często służyły jedynie znęcaniu się nad ludźmi. Niektórym chodziło o wydobycie informacji od ofiary czy ograbieniu jej. W większości przypadków chodziło jednak tylko i wyłącznie o tortury. Oni bawili się wręcz w wymyślanie pytań, gdzie każda odpowiedź była zła".

Link do wywiadu z posłanką Marią Gosiewską tutaj: http://wiadomosci.wp.pl/kat,1027191,title,Wstrzasajacy-raport-o-rosyjskich-zbrodniach-na-Ukrainie-Morduja-jak-polskich-oficerow-w-Katyniu,wid,18101695,wiadomosc.html?ticaid=116519&_ticrsn=3

wtorek, 7 lipca 2015

Wojna Rosji



Rosja musi zaatakować Polskę. Jeśli chce odbudować imperium. Dziś w Donbasie walka nie toczy się o to czy Ukraina przetrwa, ale o to czy Moskwa odbuduje radzieckie imperium - twierdzi były minister obrony Narodowej Romuald Szeremietiew.

Goszcząc w programie "Jeden na jeden" w TVN24 były minister obrony wyraził pogląd, że Moskwa dąży do odbudowy wpływów w regionie Europy-Środkowowschodniej a geopolitycznych partnerów widzi nie w Polsce czy Państwach Bałtyckich, a we Francji, Niemczech, czy Hiszpanii. I to z tymi krajami chce współtworzyć nowy ład w Europie.

- czyt. dalej: http://polska.newsweek.pl/wojna-na-ukrainie-rosja-musi-zaatakowac-polske-twierdzi-byly-minister,artykuly,357321,1.html

Jak podała „Niezawisimaja Gazieta” Władimir Putin podjął decyzję, która w sposób katastrofalny może zmienić świat na zawsze. Zarządził ruchy wojsk i sprzętu, które przez NATO i poszczególne kraje (w tym potęgi atomowe) nie mogą zostać odczytane inaczej niż przygotowania do – jak to określono – „ofensywy jądrowej na dużą skalę”

Analitycy z poszczególnych agencji wywiadowczych produkują alarmistyczne raporty i przedstawiają je politykom. „The Diplomat”, czyli strona internetowa z analizami geopolitycznymi (powołując się na Global Security Newswire), pisze wprost: od czwartku w Rosji mamy do czynienia z wielkimi przygotowaniami na wypadek wojny atomowej, w której rolę inicjatora konfliktu odegra właśnie Rosja. – To trzydniowe ćwiczenia z udziałem 10 tys. wojsk z 30 jednostek oraz użyciem 1000 sztuk sprzętu – czytamy w raporcie.

„Niezawisimaja Gazieta”, która jako pierwsza podała informacje o ruchu rosyjskich wojsk i wyrzutni zdolnych do przenoszenia głowic z ładunkami nuklearnymi, pisze natomiast  o „ćwiczeniu ofensywy jądrowej na wielką skalę”. „Uczestnicy manewrów zajmują pozycje charakterystyczne dla sytuacji ewentualnego odpalenia rakiet i tworzą harmonogramy prac administracyjno-operacyjnych na wypadek wojny”.

- czyt. dalej: http://www.fakt.pl/rosja-gotowa-do-wojny-atomowej-przerazajaca-decyzja-putina,artykuly,452657,1.html

Jak blisko do wojny? - Na to pytanie można też odpowiedzieć że wojnę to mamy już.
To co się dzieje na Ukrainie lub w Syrii jest najbardziej spektakularnym jej fragmentem, ale nie jedynym.

Chcąc nie chcąc bierzemy w niej udział, nawet w pewien sposób bezpośrednio, a pośrednio w znacznym stopniu.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności nie mamy jeszcze wojny na swoim terenie, ale jest ona tak niedaleko że jej dojście do naszych granic nie jest wykluczone i to nawet w niedalekiej przyszłości.
Ludzie w to nie wierzą, podobnie jak pamiętam nie wierzono w II wojnę światową uznając że groza I wojny pokutująca w pamięci ówczesnego dorosłego pokolenia była dostatecznym hamulcem przed rozpętaniem nowej.

- czyt. dalej: http://naszeblogi.pl/55853-jak-blisko-do-wojny

Kiedy Zachód w ostatnich latach zmniejszał swoje wydatki na wojsko, Rosja zwiększała budżet resortu obrony. Przez to ma nowe rakiety, bombowce oraz okręty podwodne. Teraz zbrojenia w Rosji jeszcze przyspieszyły.

Rosyjski prezydent Władimir Putin postawił krajową gospodarkę w stan mobilizacji, by Kreml mógł wydać miliardy dolarów na atomowe okręty podwodne, myśliwce, supernowoczesne drony bojowe i nowoczesne pociski balistyczne. 

Admirał Alan West, były zwierzchnik królewskiej marynarki i były minister bezpieczeństwa, uważa, że dozbrajanie rosyjskich sił zbrojnych to powód do poważnego niepokoju.
Jego zdaniem szaleństwem byłoby w tej sytuacji obcinanie wydatków obronnych po wyborach w Wielkiej Brytanii. A takie zapowiedzi już nieraz padały z ust czołowych brytyjskich polityków. 

W latach 2010-2014 wydatki Rosji na obronność realnie wzrosły o 35 proc., informuje brytyjski Międzynarodowy Instytut Studiów Strategicznych (IISS). W tym samym okresie Wielka Brytania obniżyła nakłady na cele wojskowe o blisko 9 proc. 

Po wojnie z Gruzją w 2008 roku Putin zarządził unowocześnienie rosyjskich sił zbrojnych - w okresie 2011-2020 Rosja przeznaczy równowartość 317 miliardów dolarów na nowy sprzęt militarny. Przewiduje się, że do końca dekady unowocześnione zostanie 70 proc. wyposażenia wojskowego - armia wzbogaci się o 2300 nowych czołgów i 1200 nowych śmigłowców i samolotów. 

- Krótko mówiąc [Putin], stawia całą gospodarkę w stan mobilizacji - twierdzi wspomniany West. - To nowy, bardzo skuteczny sprzęt, nie powinniśmy absolutnie tego lekceważyć.

- czyt. dalej: http://www.polskatimes.pl/artykul/3769199,rosja-zbroi-sie-na-potege-czy-szykuje-sie-do-wojny-iii-wojna-swiatowa,id,t.html

Zachęcam do przeczytania bardzo ciekawej i wnikliwej analizy dr Ryszarda M. Machnikowskiego dot. obecnej sytuacji międzynarodowej ze szczególnym uwzględnieniem dążeń Rosji i sytuacji geopolitycznej w świecie.

"Nasz kraj musi szybko odbudować elementarne zdolności obronne, których w chwili obecnej nie posiadamy, czyli dysponować autonomicznymi zdolnościami uczynienia zbrojnej agresji na nasz kraj tak kosztownej, że dla agresora nieopłacalnej. Niestety, opłaca się pomagać jedynie silnym, więc takimi musimy się szybko stać. Dzięki temu wzrośnie także nasza pozycja na arenie międzynarodowej, więc per saldo się to opłaca." - mówi w rozmowie z dr Robertem Czuldą prof. Ryszard Machnikowski, Dyrektor Instytutu Międzynarodowych Studiów Kulturowych WSMiP Uniwersytetu Łódzkiego, specjalista ds. terroryzmu i przemocy politycznej oraz relacji transatlantyckich. W wywiadzie poruszane są także zagadnienia związane z działaniami Rosji w świetle kryzysu na Ukrainie oraz postawą NATO.


Dr Robert Czulda: Obecnie sytuacja na wschodzie Ukrainy wydaje się być dużo spokojniejsza, niż jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Skąd taki stan? Czy to efekt "stanowczej polityki" Zachodu?
Prof. Ryszard Machnikowski: Jak to zwykle w polityce bywa, jest to efekt wielu czynników. Jednym z nich jest „stanowczość Zachodu”, choć trzeba tu wyraźnie zaznaczyć, że jest to czynnik relatywnie świeży, kompletnie nieobecny u zarania tego konfliktu – jego narodziny datowałbym na późne lato 2014 r. Wcześniej Zachód był wyraźnie zaskoczony wydarzeniami i decyzjami podejmowanymi przez Kreml, zwyczajnie nie miał jednolitej polityki wobec stron konfliktu – wtedy to Rosja w pewnym sensie kontrolowała jego przebieg. Trudno się temu dziwić, biorąc pod uwagę, że władze tego kraju spodziewały się kolejnego przesilenia wokół Ukrainy. Przygotowywały się na takie przesilenie, a nawet zaryzykowałbym hipotezę, że po części same je wywołały, by zrealizować swoje plany. Jednak ostatecznie nadzieje, które w nim pokładały, nie spełniły się – rosyjskie kalkulacje zwyczajnie się nie sprawdziły. Rosja zakładała, że reakcja na ten konflikt będzie zbliżona do zachodniej reakcji na „kryzys gruziński” i że uda jej się zrealizować swe cele relatywnie niskim kosztem. Te nadzieje, na szczęście, okazały się płonne. 
W której fazie konfliktu znajdujemy się obecnie? 
Analizując konflikt rosyjsko – ukraiński należy wyróżnić w nim trzy dotychczasowe fazy, różniące się wyraźnie od siebie. Teraz oczekujemy na fazę czwartą, stąd to relatywne „uspokojenie”. Może to być cisza przed burzą, może to oznaczać, że konflikt ten zostanie „zamrożony” na poziomie pełzającej destabilizacji o niskiej lub co najwyżej średniej intensywności. Pierwsza faza konfliktu miała miejsce od późnego lata 2013 r., gdy Kreml przygotowywał grunt pod dalsze działania, czyli poprzez nacisk gospodarczo – psychologiczny wymuszał decyzję o nie podpisywaniu przez ekipę Janukowycza traktatu stowarzyszeniowego z UE. Unia była na to nieprzygotowana i wtedy Rosjanie ewidentnie kontrolowali ten konflikt. Jego celem było zawrócenie Ukrainy z drogi na Zachód i pacyfikacja prozachodniej ukraińskiej opozycji. Rosja liczyła zapewne, że na Ukrainie da się powtórzyć wariant z 13 grudnia 1981 r., gdy rozprawy z opozycją w Polsce podjął się ówczesny przywódca komunistycznego państwa polskiego, gen. Jaruzelski. Naciski gospodarczo – psychologiczne są tu porównywalne, choć oczywiście epoka już inna. 
„Dyktatorskie” uprawnienia, przyznane Janukowyczowi w styczniu 2014 r. miały mu ułatwić zbrojną rozprawę z opozycją po sprowokowanym rozlewie krwi na Majdanie, za który obwiniono by tę opozycję, co się zresztą stało. Jednak, i tu pierwsze duże rozczarowanie dla Rosjan, Janukowycz nie chciał lub nie był w stanie podjąć się tej misji i zwyczajnie zrejterował, zostawiając władzę leżącą na ulicy. Wystarczyło, że siły opozycyjne się schyliły, by mieć ją w swoich rękach, dekompozycja obozu dawnej władzy postąpiła błyskawicznie, a inicjatywa przeszła w ręce sił antyrosyjskich. Wówczas Moskwa uruchomiła „plan ratunkowy” czyli korzystając z nadarzającej się okazji błyskawicznie oderwała Krym od Ukrainy, co było przygotowywane od dawna, a następnie przystąpiła do „destabilizacji” wschodu Ukrainy.
Celem było oczywiście przejęcie bazy w Sewastopolu i uniemożliwienie, by dostała się kiedyś w ręce NATO. Tego na Kremlu boją się bowiem najbardziej – nie tego, że Ukraina stowarzyszy się z UE, która jest w Moskwie postrzegana jako słaba i tymczasowa organizacja, tylko że będzie to prowadzić do wejścia Ukrainy do NATO. Choć więc bieg wydarzeń nie był taki, jak to pierwotnie zakładano, to Rosja wtedy wciąż jeszcze kontrolowała przebieg akcji. Reakcja Zachodu nie była również zaskoczeniem – Zachód jako całość wówczas nie istniał, USA „przespały” całkowicie tę fazę konfliktu, zgodnie z zasadą polityki zagranicznej Obamy nieangażowania się w „lokalne” konflikty i zostawianie ich rozwiązania na głowie lokalnych głównych graczy, czyli w tym wypadku Niemiec, wspieranych przez Francję. Ponieważ Niemcy są wciąż za słabe, by udźwignąć rolę rzeczywistego regionalnego mocarstwa, było jasne, że nie podołają temu zadaniu, co uwidoczniło się wyraźnie w ich reakcji na konflikt w jego początkowej fazie – Europejczycy patrzyli się bezradnie na Amerykanów, a Amerykanie na Europejczyków i nie mieli pomysłu, co można by zrobić. Przeważało wtedy przekonanie, że właściwie nic się takiego nie stało, Krym należy się Rosji jak psu miska i wkrótce można będzie wrócić do czasów business as usual, na co naciskał zresztą silnie niemiecki przemysł.
A druga faza?
W drugiej fazie konfliktu gra również toczyła się pod dyktando Rosjan – stworzyli i uzbroili oni oddziały „ludowego powstania”, które gładko zdobywały teren wschodu Ukrainy i ogłaszały powstawanie „republik ludowych” bez jakiegokolwiek sensownego oporu ze strony państwa ukraińskiego. Do tego momentu wszystko szło niemal po myśli Kremla – zakładano tam powtórzenie wariantu krymskiego przy niemal nieistniejącej reakcji zachodniej, koszty działań rosyjskich były wtedy przecież minimalne, bo takież były wtedy zachodnie sankcje wobec Rosji. Potem jednak wszystko zaczęło się powoli psuć. Ukraińskie państwo przestało finansować ludność na utraconych terenach, co było poważnym ciosem i przerzuceniem kosztów utrzymania na stronę rosyjską, a następnie przystąpiło do zbrojnego kontrataku, wypierając nieregularne siły „republikańskie” z zajmowanych terenów. Wymusiło to bezpośrednią interwencję zbrojną regularnych wojsk rosyjskich, by powstrzymać ukraińską ofensywę. To się oczywiście zbrojnie udało, ale wówczas Rosja nie mogła już udawać, że nie jest „stroną” tego konfliktu – oczywiście to występuje do dziś w propagandzie nastawionej na ludność, ale głowy państw zachodnich widząc zdjęcia satelitarne pokazujące masowy napływ ciężkiego sprzętu na wschód nie mogły mieć jakichkolwiek wątpliwości co się tam dzieje. USA dostrzegły, że skutki braku działania będą dużo poważniejsze niż podjęcie działań powstrzymujących Rosję i powoli przystąpiły do akcji, co w końcu wyraźnie usztywniło stanowisko Niemiec i przy okazji Francji. Poza tym zdarzył się tragiczny lot MH-17, który pokazał, że ofiarami tego konfliktu mogą być nie tylko Ukraińcy, na co byłoby jeszcze przyzwolenie Zachodu.
Wtedy rozpoczęła się faza trzecia, czyli faza właśnie wspomnianej „stanowczości Zachodu”, która, jak na razie, zastopowała poważniejsze działania rosyjskie. Inicjatywa wymknęła się już wtedy z rąk Rosji – Zachodu nie udało się podzielić, mimo wielu aktywnych starań Rosjan na różnych polach, NATO zaczęło reagować, początkowo niemrawo, później coraz bardziej zdecydowanie, widać też wyraźnie, że Pentagon wymógł na Białym Domu ostateczne porzucenie polityki nieangażowania się w ten konflikt, na rzecz znanej od dziesięcioleci polityki powstrzymywania Rosji – na kontynent europejski powoli wracają samoloty A-10, amerykańskie czołgi, a z czasem zapewne i pociski Tomahawk oraz broń jądrowa. Teraz nastąpiło „zamrożenie” konfliktu w oczekiwaniu na jego kolejną, czwartą fazę.            
Czego możemy się spodziewać? Deeskalacji konfliktu, czy też wznowienia walk na dużą skalę?
Ponieważ przewidywanie jest trudne, zwłaszcza gdy odnosi się do przyszłości, a w polityce może się zdarzyć niemal wszystko, wszelkie analizy predykcyjne trzeba zaopatrzyć w klauzule prawdopodobieństwa. Zachowując ostrożność w ocenie, zarówno deeskalację, jak i wznowienie walk na dużą skalę uważam obecnie za najmniej prawdopodobną. Pierwszy wariant, czyli wycofanie poparcia rosyjskiego dla „powstańców” co oznaczałoby ich militarny, a następnie polityczny upadek, byłoby równoznaczne z przegraną Rosji i jej blamażem, ale nie na Zachodzie, bo po części już do tego doszło, lecz wobec ludności rosyjskiej. Dla ekipy Putina byłoby to niesłychanie niebezpieczne, bowiem wewnętrznym celem tego konfliktu, który Putin rozpętał na Ukrainie, jest przecież utrzymanie się przy władzy dzięki wznieceniu fali autentycznego poparcia, co przecież się stało. Wielkoruski szowinizm, wzbudzony przez Kreml w społeczeństwie, to przekonanie o wyjątkowości Rosji sięgające idei neobizantynizmu i Moskwy jako „trzeciego Rzymu” ratującej wręcz cywilizację przed zalewem zachodniej dewiacji i islamistycznego barbarzyństwa, jak i przede wszystkim o potędze, zwłaszcza militarnej, państwa rosyjskiego jest przecież dziś podstawą legitymizacyjną putinowskiego reżimu, który jak diabeł święconej wody boi się jakiejś wersji rosyjskiego „majdanu” na placu Czerwonym.
Otwarta przegrana Rosji na Ukrainie poważnie nadszarpnęłaby tę podstawę legitymizacyjną, zaś okazując słabość na zewnątrz Putin ryzykowałby podważenie swej domniemanej mocy w samej Rosji. Jednocześnie sytuacja Rosji nie zmusza jej jeszcze w tej chwili do wycofania się z wschodniej Ukrainy i koncesji na rzecz Zachodu. Zatem ten wariant jest obecnie niesłychanie mało prawdopodobny.  
A wznowienie walk? 
Także i w tym mało prawdopodobne wydaje się wznowienie walk na dużą skalę - czy pod postacią inwazji na wschód Ukrainy (zbrojne „przebijanie” się do Naddniestrza) czy wręcz marszu na Kijów – ten wariant byłby paniczną ucieczką do przodu, wręcz skokiem w nieznane. Otwarta agresja na Ukrainie na dużą skalę zmusiłaby Zachód do nasilenia sankcji w obliczu tej, już wówczas jednoznacznej nowej zimnej wojny, a Rosję wciągnęłaby w konflikt, który można wygrać jedynie bardzo wielkim kosztem. Dla obecnej Rosji, wzbogaconej o doświadczenia afgańskie i czeczeńskie, byłoby to wielkie ryzyko – podporządkowanie otwarcie antyrosyjskiego zachodu Ukrainy (Galicji) i otwarty konflikt z Zachodem wymagałyby wielkich poświęceń, na które ludności rosyjskiej zwyczajnie dziś nie stać i na które nie jest gotowa.
Jeśli Putin rozumuje racjonalnie, a wbrew wrażeniu, które usilnie pragnie wzbudzić na Zachodzie, tak jest, będzie w najbliższym czasie kontynuował „destabilizację” wschodu Ukrainy raz eskalując go, ale do precyzyjnie wyliczonego poziomu, a raz lekko „deeskalując” do poziomu „spokoju”, licząc na wycieńczenie zarówno Ukrainy, jak i Zachodu w nadziei, że da się w końcu wynegocjować jakiś kompromis możliwy do zaakceptowania przez wszystkie strony, który da się wewnętrznie przedstawić jako „triumf Rosji”, zapewne na bazie pomysłu „federalizacji” Ukrainy czyli faktycznego pozbawienia Kijowa kontroli nad wschodem kraju.
Z reguły gdy nie ma szans na wygraną, a porażka nie jest jeszcze nieuchronna, przewleka się konflikt. Sądzę więc, że Putin zastosuje ten wariant grając na wycieńczenie Ukrainy i być może również zmęczenie Zachodu przeciągającym się konfliktem. Co jednak będzie, gdy wycieńczy w ten sposób Rosjan, trudno przewidzieć. Trzeba jednak pamiętać, że nieraz mało prawdopodobne warianty rozwoju wydarzeń stawały się rzeczywistością, a to co wydawało się najbardziej prawdopodobne okazywało się fantazją, więc należy być ostrożnym w prognozowaniu.
Analitycy różnią się w ocenie wpływu sankcji Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych na sytuację gospodarczą Rosji, a więc także na działania polityczne Moskwy. Czy możemy ocenić ten wpływ?
Same sankcje unijne miały w mojej ocenie wpływ raczej umiarkowany, ale w połączeniu z działaniami amerykańskimi, nie tylko zresztą sankcjami, postawą rządu ukraińskiego, a przede wszystkim spadkiem cen ropy naftowej, ostatecznie wpłynęły na działania Moskwy. Gdybym miał wskazać pojedynczy czynnik ekonomiczny, który ma największy wpływ na sytuację gospodarczą Rosji, to byłby nim spadek cen ropy, a ten zawdzięczamy w największym stopniu Arabii Saudyjskiej. Przyszłość być może odpowie na pytanie, czy byli oni zachęcani do tego przez Amerykanów, czy też była to ich autonomiczna decyzja – tak też mogło być, gdyż Dom Saudów od dawna ma na pieńku z ekipą Putina, chociażby z powodu rosyjskiego poparcia dla Iranu.
Zachęcani czy nie, Saudyjczycy postanowili kolejny raz przypomnieć Rosji jaki mają wpływ na jej gospodarkę i jak wiele zależy od ich dobrej lub złej woli – z pewnością w pełni wykorzystali tę znakomitą nadarzającą się okazję, by okazać swe „niezadowolenie” z polityki rosyjskiej na Bliskim Wschodzie w sposób dla Rosji wyraźnie odczuwalny. Ponadto, Kreml dziś widzi już wyraźnie, że mimo swoich starań uzyskuje skutki odwrotne od zamierzonych – wybudził ekipę Obamy z letargu, reaktywował podstawową misję NATO, jakim jest obrona jego członków, nasila obecność militarną Amerykanów w Europie, zamiast ją wygaszać – ostatnich kilka miesięcy to pasmo porażek Rosji i jej polityki zewnętrznej. A teraz nad Rosją zawisło jeszcze widmo odebrania jej mistrzostw świata w piłce nożnej, co przecież jest też efektem działań amerykańskich i co byłoby, gdyby się ziściło, gigantycznym ciosem prestiżowym dla Putina, mającym wpływ na jego wizerunek w samej Rosji – zamiast potężnego i wszechmocnego cara Rosjanie ujrzeliby lidera, którego ambitnym planom może zagrozić byle defektor z FIFA wyznający swe grzechy śledczym z FBI. Od dawna wiemy, że nie ma nic bardziej zabójczego dla autorytarnego reżimu „silnego przywódcy”, niż wyraźnie uwidoczniona słabość.
Jakie mogą być kolejne kroki Rosji?
Musimy pamiętać trafną charakterystykę Rosji, że nie jest ona nigdy ani tak silna, ani tak słaba na jaką wygląda. Jednak okres jej siły mamy już chyba za sobą i kraj ten wchodzi w okres bezsiły, co może być nawet bardziej niebezpieczne. Rosja po prostu powoli wyzbywa się swoich zasobów, które wcześniej potrafiła dość skutecznie wykorzystywać w swej rozgrywce z Zachodem, w tym tych służących straszeniu, które przestaje być efektywne. Ile razy można grozić np. Polsce, że przeniesie się do obwodu kaliningradzkiego rakiety Iskander? Ile razy można symulować atak rakietowy na Sztokholm czy Warszawę? Raz czy dwa to zadziała, ale za dziesiątym straci swą wagę i tym samym moc.
Rosja „spaliła” znaczną część swojej agentury wpływu – jej identyfikacja dzisiaj nie wymaga szczególnej przenikliwości – EPPR czyli europejska partia przyjaciół Rosji jest aktywna i widoczna od początku konfliktu na Ukrainie i zdążyliśmy się do niej przyzwyczaić, rosyjskim trollom na forach internetowych wyraźnie brakuje weny, embarga gospodarcze nie przynoszą zakładanych skutków, kupowanie przyjaciół nie prowadzi do żadnych efektów pozawerbalnych – są kraje, które chętnie wykorzystują dzisiejszą podatność Rosji do pójścia na ustępstwa w ważnych dla nich sprawach, ale sprawia to koniunkturalne wrażenie i nie przyniesie jej trwałego oparcia w Unii. Oczywiście, rosyjskie samoloty wojskowe będą latać coraz niżej nad NATO-wskimi  okrętami lub coraz bliżej granic tych państw, minister Ławrow i rosyjscy „dyplomaci” nie przepuszczą okazji, by publicznie straszyć rządy i społeczeństwa okropnymi skutkami wzmocnienia swych zdolności obronnych, na licznych paradach wojskowych Rosja będzie pokazywać sprzęt, w który być może wyposaży swą armię za 10 lat, jeśli w ogóle kiedykolwiek, oraz będzie organizować niezapowiedziane manewry z udziałem kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy w odpowiedzi na kilkutysięczne manewry krajów NATO. I dobrze, bo będzie się w ten sposób wciągać w „wyścig zbrojeń”, jak za czasów Reagana, i marnować swe topniejące zasoby materialne na działania, które nie będą na dłuższą metę skuteczne, chyba, że celem Rosji jest popełnienie zbiorowego samobójstwa, czyli rozpętanie III i tym samym ostatniej w dziejach ludzkości wojny światowej.
Oczywiście Rosja będzie kontynuowała dokonywanie licznych cyberataków na infrastrukturę krytyczną zachodnich państw czy też zuchwałych aktów cyberszpiegostwa, będzie stosować prowokacje zwłaszcza wobec mniejszych państw bałtyckich, nie wykluczałbym z jej strony także przeprowadzenia działań dywersyjnych, w tym aktów terroryzmu pod fałszywą flagą. Jednym słowem, będzie cały czas toczyć z Zachodem tę niewypowiedzianą wojnę wszelkimi dostępnymi środkami dającymi jej gwarancjędeniability – zaprzeczenia, że to robi. Będzie wspierała mniej lub bardziej otwarcie działania wrogów Zachodu – Iranu, Korei Północnej, na ile to będzie możliwe. Będzie prowadzić na wielką skalę operacje informacyjno – psychologiczne, na wzór „operacji Snowden”, czy najnowszej, skierowanej przeciwko Arabii Saudyjskiej w postaci „wycieku” dokumentów saudyjskich właśnie zamieszczanych na portalu Wikileaks. I tym samym będzie jednoczyć wszystkich swoich przeciwników i utwierdzać ich w przekonaniu, że jest siłą destrukcyjną, którą trzeba aktywnie powstrzymywać – jeśli dziś nawet Frank Walter Steinmeier, dawny architekt dobrych stosunków z Rosją w Niemczech pozwala sobie na publiczną irytację, to o czymś to musi świadczyć. 
Rosja nie ma dziś dobrych alternatyw działania, może siać jedynie mniejszą lub większą destrukcję, pogłębiając tym samym swoją izolację. Putin znalazł się w ten sposób w sytuacji, z której trudno wyjść bez utraty twarzy, a za utratą twarzy może pójść utrata władzy. Nie może to dziwić – jego ekipa to ludzie niesłychanie sprawni w działaniach operacyjnych czy taktycznych, jednak dla dawnych oficerów operacyjnych KGB średniej rangi, myślenie strategiczne jest poza zasięgiem. Sądzę, że w tej chwili oni nie wiedzą, co robić, co potęguje ich frustrację a to wzmacnia agresję, którą starają się wyrazić w taki sposób, by wszyscy wiedzieli, że Rosja może szkodzić, ale trudno by to było jednoznacznie udowodnić.
Obecnie Unia Europejska ma szereg innych problemów, jak choćby migracja lub terroryzm. Jako przykład podaję tutaj sytuację we Francji, gdzie z uwagi na zagrożenie terrorystyczne jest (według dostępnych informacji) konieczność rozmieszczenia 7 tys. żołnierzy do ochrony terytorium kraju, przez co nie można ich np. wydzielić do wykonywania misji w ramach artykułu 5 traktatu waszyngtońskiego. Na ile problemy te odwracają lub mogą odwrócić uwagę państw europejskich od sytuacji na wschodzie?
Na szczęście w chwili obecnej jeszcze możemy sobie dać radę bez wsparcia francuskich żołnierzy, więc sytuacja nie jest beznadziejna. Ale odpowiadając serio – Unia Europejska znajduje się dziś między młotem a kowadłem dwóch wysoce destrukcyjnych sił o zupełnie innym charakterze – między Rosją a Państwem Islamskim i będzie musiała sobie z tym radzić. Sądzę zresztą, że to drugie zagrożenie będzie bardziej trwałe, niż to pierwsze. Główne kraje UE takie jak Niemcy, Francja czy Wielka Brytania od dawna grają swe symultany na różnych szachownicach – oczywiście, spektakularne zdarzenia na jednej zmuszają do skupienia się na tej właśnie, ale wygląda na to, że będą to konflikty długoterminowe, a takie są Zachodowi znane. Rosji udało się w końcu na trwałe przykuć uwagę Berlina czy Paryża, zatem nie bałbym się dzisiaj, że zabraknie tam zasobów niezbędnych do opracowywania właściwych środków reakcji. 
Konflikt z Rosją jest prostszy do ogarnięcia, niż konflikt z Państwem Islamskim – Europa Zachodnia nie ma przecież problemu z 20 milionami Rosjan zamieszkującymi jej terytorium, którzy mogą poddać się agresywnej prorosyjskiej propagandzie, natomiast mają problem z mniejszością muzułmańską, na którą ideologia islamizmu z dekady na dekadę oddziałuje coraz mocniej i wyraźniej. Ponadto, konwersja na „rosyjskość” jest mało prawdopodobna, a na radykalny islam znacznie bardziej. Ta rzekoma wojna „hybrydowa”, którą Rosja zastosowała na Ukrainie, jest przecież nie do powtórzenia na Zachodzie, poza oczywiście państwami nadbałtyckimi. Zatem ewentualne rozwiązanie obu tych problemów ma zatem krańcowo odmienny charakter.
Czy NATO jest gotowe, technicznie i psychologicznie, szybko odpowiedzieć na ewentualną agresję Rosji na swoich wschodnich sojuszników?
Tak naprawdę nie dowiemy się tego, dopóki nie przyjdzie chwila takiej próby, ale ta jest z miesiąca na miesiąc coraz mniej prawdopodobna. Tu sytuacja zmieniła się w ciągu ostatnich niespełna dwu lat zasadniczo. Gdybym miał na to pytanie odpowiedzieć dwa lata temu, odpowiedź brzmiałaby – zdecydowanie nie. Rok temu – nie wiem. Dziś – w coraz większym stopniu tak. Największy i najważniejszy przełom, który w moim przekonaniu tu nastąpił, to właśnie przełom psychologiczny. Dwa lata temu dywagowanie na temat reakcji militarnej na ewentualny konflikt z Rosją byłoby na Zachodzie niewyobrażalne – wszyscy byliby sparaliżowani taką perspektywą – konflikt rosyjsko – ukraiński, jego przebieg dał jednak NATO niezbędny czas na oswojenie się z tą myślą, i powolne wypracowanie zdolności materialnych, których przecież armiom NATO nie brakuje. Nie jest przecież tak, że NATO nie ma zdolności militarnych. Nie doszło, na szczęście, do jednostronnego rozbrojenia krajów zachodnich, a przewaga technologiczna Zachodu nad Rosją nadal istnieje.
W moim przekonaniu podstawowym problemem był problem psychologiczny. Gdyby Rosjanie weszli do krajów bałtyckich w marcu 2014 r. Zachód nie zrobiłby nic – nie wiedział co zrobić i czy w ogóle coś robić. Dziś wciąż nie wiem, czy by faktycznie zdążył, ale sądzę, że wiedziałby co i chciałby to zrobić. Miejmy jednak nadzieję, że nie będzie potrzeby weryfikacji tego stwierdzenia – ja od zawsze powtarzam każdemu, kto o to pyta, że najlepszą i najprostszą metodą obrony jest prewencja poprzez zniechęcanie przeciwnika do ataku. W tym przypadku permanentne stacjonowanie oddziałów NATO na terenie „nowych” członków – przede wszystkim państw nadbałtyckich, ale też Polski i Rumunii, osiągnęłoby taki efekt. Nie sądzę, by Rosja chciała i mogła wejść w otwarty konflikt zbrojny z państwami NATO (czym innym jest powtórzenie scenariusza ukraińskiego w kraju nadbałtyckim, który można by przedstawić jako „samoobronę” Rosjan przed estońską czy łotewską „dyskryminacją” i opresją). Na szczęście powoli zmierzamy w dobrym kierunku stałej dyslokacji wojsk sojuszu, właśnie dzięki działaniom Rosji na Ukrainie. Powinniśmy być za to, przewrotnie, wdzięczni prezydentowi Putinowi – dzięki niemu, mam wielką nadzieję, wkrótce będziemy mieli NATO-wskie boots on the ground w Europie Środkowej, co jest najlepszą gwarancją trwałego pokoju w tym regionie.
Rozumiem, że jest Pan zwolennikiem stałej obecności wojsk NATO w państwach Europy Środkowo-Wschodniej, a nie tylko tymczasowej, w odpowiedzi na kryzys ukraiński?
Oczywiście. Sceptykom proponuję zastanowienie się nad następującym problemem – czy w okresie pierwszej zimnej wojny trwała obecność amerykańskiego wojska w RFN zwiększała, czy zmniejszała bezpieczeństwo tego państwa? I dlaczego nie było wtedy niemieckiego rządu, który chciałby tę obecność drastycznie zmniejszyć, przeciwnie, zgadzał się nawet na rozmieszczenie pocisków Pershing i Tomahawk na jego terytorium?
Jak wynika z badań opinii publicznej, większość obywateli państw Europy Zachodniej nie chce, aby w razie konieczności bronić wschodnioeuropejskich sojuszników na mocy artykułu 5 traktatu waszyngtońskiego. Co to mówi o kondycji NATO i jakie wnioski płyną z tego dla Polski?
Jest to zrozumiałe – ludzie chcą uniknąć wojny, nawet kosztem nie swoich ofiar. Przecież my nie włączamy się aktywnie w obronę Ukrainy i bardzo wątpię, by gdyby ta była w NATO, większość Polaków deklarowałaby, że trzeba ją bronić naszym kosztem. To mówi nie tyle o kondycji NATO, co o kondycji zachodniej Europy – używając słów Winstona Churchilla – zachodni Europejczycy mogą wybierać między hańbą a wojną – jeśli wybiorą hańbę, wojnę też będą mieli. A wniosek dla Polski jest oczywisty – nasz kraj musi szybko odbudować elementarne zdolności obronne, których w chwili obecnej nie posiadamy, czyli dysponować autonomicznymi zdolnościami uczynienia zbrojnej agresji na nasz kraj tak kosztownej, że dla agresora nieopłacalnej. Niestety, opłaca się pomagać jedynie silnym, więc takimi musimy się szybko stać. Dzięki temu wzrośnie także nasza pozycja na arenie międzynarodowej, więc per saldo się to opłaca.
Jak ocenić w tym kontekście politykę Baracka Obamy?
Dziś na szczęście Barack Obama porzucił już swą, dającą katastrofalne skutki politykę nieangażowania się Stanów Zjednoczonych w sprawy regionalne, być może wyciągając wnioski ze swoich rażących błędów na obszarze Większego Bliskiego Wschodu, których skutkiem było powstanie Państwa Islamskiego, na rzecz polityki powstrzymywania Rosji. Niezależnie od tego, kto taką politykę prowadzi, jest ona właściwa i godna pełnego poparcia. Należy mieć nadzieję, że nie skończy się ona na deklaracjach bez pokrycia, lecz, że za słowami pójdą czyny w postaci właściwych decyzji i ich implementacji.
Od kilku lat Rosja prowadzi szeroko zakrojony program modernizacji technicznej armii, podczas gdy państwa zachodniej Europy i USA ograniczyły wydatki obronne w świetle kryzysu gospodarczego. Obecnie toczy się dyskusja o ponownym podwyższeniu budżetów na obronę w krajach Europy Środkowo - Wschodniej czy nawet w Niemczech. Jakie powinny być główne kierunki modernizacji sił zbrojnych państw zachodnich? Czy powinno się skupić wyłącznie na zdolnościach takich jak siły specjalne, czy działania w cyberprzestrzeni, czy też inwestować również w "klasyczne" obszary, jak konwencjonalne wojska lądowe?
Jest to zrozumiałe, biorąc pod uwagę stan zapaści, w jakiej znalazła się w Rosji armia po rozpadzie Związku Sowieckiego. Gdy przeanalizuje się na przykład wojnę gruzińsko – rosyjską, to trudno uznać działania wojsk rosyjskich za szczególnie udane, pomijając dysproporcję sił i determinację, które zapewniły stronie rosyjskiej sukces. Chcąc używać armii jako instrumentu rosyjskiej polityki zagranicznej, a teraz wiemy, że Putin miał taki zamiar, musiał on dokonać jej modernizacji. A kto bogatemu zabroni, bo w pierwszej dekadzie XXI wieku Rosja była zalewana dochodami ze sprzedaży ropy i gazu, których ceny były wtedy wysokie. Zachód nie postrzegał wówczas zagrożeń militarnych w kategoriach egzystencjalnych i był nastawiony na konsumpcję pokojowej dywidendy – spora część krajów europejskich, rzeczywiście zachodnich, ma to nastawienie do dziś. Jest ono racjonalne – jakie jest prawdopodobieństwo, że rosyjskie zagony pancerne będą podchodzić pod Paryż? Takie same, jak dwa lata temu. Zatem część krajów nadal uznaje inwestycje w zdolności obronne za niepotrzebne. 
Nie dotyczy to oczywiście sąsiadów Rosji zagrożonych jej nieodpowiedzialnymi działaniami. Każdy kraj musi sobie indywidualnie odpowiedzieć na pytanie, w co powinien inwestować. Jeśli chodzi o Polskę – stan naszej armii wymusza konieczność zainwestowania w obronę przeciwpancerną (którą można przecież realizować w różny sposób) i przeciwrakietową, gdyż nasze zdolności są w tym zakresie niskie lub nieistniejące, podobnie jak nasza zdolność podwyższania kosztów ewentualnej agresji – a tu idealnie przydałyby się okręty podwodne wyposażone w pociski manewrujące. 
Trzeba jednak pamiętać, że wciąż ryzyko takiego „konwencjonalnego” konfliktu z naszym udziałem jest niskie, a koszt sprzętu olbrzymi. Zatem nie dostrzegając zagrożeń innych niż militarne możemy spowodować, że pozostaniemy bezbronni w obliczu o wiele bardziej prawdopodobnych niekonwencjonalnych form agresji, także pozamilitarnej, które mogą być zastosowane przeciwko naszemu krajowi. Musimy zatem racjonalnie wydawać środki, zarówno na „klasyczną” obronę, jak i na inne jej elementy i tu wymieniłbym trzy najważniejsze – kontrwywiad (i wywiad) na kierunku wschodnim, cyberobronę przed wszelkimi formami agresji w cyberprzestrzeni oraz system przeciwterrorystyczny i przeciwdywersyjny. Pobieżna obserwacja wyraźnie pokazuje, że w każdym z tych obszarów jest jeszcze bardzo wiele do zrobienia, co niestety oznacza także konieczność rozsądnych inwestycji. Zatem nie tylko wojsko musi zostać zmodernizowane i doinwestowane, ale też inne instytucje zapewniające bezpieczeństwo państwa polskiego, w tym służby specjalne oraz policja.

Ryszard M. Machnikowski
Dr hab. socjologii, profesor Uniwersytetu Łódzkiego na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych, Dyrektor Instytutu Międzynarodowych Studiów Kulturowych WSMiP Uniwersytetu Łódzkiego. Ekspert Zagraniczny francuskiej  Wysokiej Rady Badań i Edukacji Strategicznych (CSFRS), specjalista ds. terroryzmu i przemocy politycznej oraz relacji transatlantyckich.

sobota, 6 czerwca 2015

Nawoływanie do ludobójstwa i podżeganie do wojny na NeOnie24.ru



Nawoływanie do ludobójstwa i podżeganie do wojny na wielką skalę jest czymś haniebnym i niezgodnym z prawem. Taki wpis popełnił bloger Stara Baba. Chciałby on aby Rosjanie zdetonowali ładunki nuklearne na Ukrainie, przy granicy z Polską!


Oto jakie treści są serwowane na pro-ruskim portalu NeOn24.ru:

Na początku konfliktu napisałem wpis w którym to Rosja, aby zachować swoja suwerenność i stabilność w regionie musi jak najszybciej zaatakować i przejąc cala Ukrainę. Musi się to odbyć błyskawicznie z niewykluczaniem użycia jednego lub dwóch ładunków nuklearnych o bardzo malej sile rażenia (gdzieś na pograniczu granic Ukrainy z Unia i to w "krzakach" aby nie spowodować strat w ludziach. 
(...)
To już nie są żarty a ludziom krytykującym mój wpis z przed kilkunastu miesięcy o konieczności wojny powiem jeszcze raz: lepiej czasami poświecić na wojnie kilka tysięcy niż poprzez złą politykę kilka milionów ludzi doprowadzając do wojny totalnej!

Stara Baba 06.06.2015 04:01:48

źródło: http://zygumntbialas.neon24.pl/post/123200,co-sie-dzieje-na-ukrainie-06-06-2015
_________________________________________

A tu dalsze komentarze tych podludzi:


Taktyczny nuke... to drogocenna bron...walic w krzaki moze Stara Baba ale nie nuk...Tego uzywa sie do niszczenia zwiazkow taktycznych...i bardzo waznych obiektow z koncentracja duzej sily zywej...
Ztego co widzac..wytluka Ukrow i zostanie Ukraina dla niemalnych ludzi.
W przszlym roku zlodzieje Ukrainy beda historia a ich sponsorzy beda liczyc straty.
  • Pisze Pan: "W przszlym roku zlodzieje Ukrainy beda historia a ich sponsorzy beda liczyc straty". -
    --- To jest nie tylko moja nadzieja. To prawie moja pewność :)))

  • Polska stanowi dla niektórych dość poważny problem i byłoby wygodnie rozwiązać ten problem rękoma chętnych Ukraińców.





  • Pisze Pan: "Polska stanowi dla niektórych dość poważny problem i byłoby wygodnie rozwiązać ten problem rękoma chętnych Ukraińców". -
    Jeśli Rosja będzie pasywna do samego końca, to przegra wszystko. 
    (...)Analizujemy całą sytuację w oparciu o szczątkowe dane, nie mamy pełnego obrazu sytuacji. Rosja na pewno ma świadomość taktyki światowego hegemona i na pewno przygotowywany jest wariant planów na różne okoliczności

    --------------
    Przecieram oczy ze zdumienia. - Gdzie są polskie służby? Dlaczego pozwalają na jawnie wrogą działalność, naruszającą prawo, szkodzącą także Polsce?

.