czwartek, 24 lipca 2014

Rosyjska armia nie pokonałaby nawet Polski - oceniają eksperci

Do wypełniania zadań bojowych nadaje się u nas ok. 250 tys. żołnierzy, czyli około piątej części tych, którzy służą w armii. Reszta siedzi w koszarach i tylko sama się ochrania, bo do niczego się nie nadaje - mówią rosyjscy eksperci wojskowi Konstantin Makijenko i Rusłan Puchow


Pięciodniową wojnę z Gruzją w sierpniu 2008 r. Rosja oficjalnie uważa za militarny sukces i dowód odrodzenia armii. Jednak eksperci rosyjscy natychmiast po zakończeniu konfliktu zaczęli podawać w wątpliwość te zapewnienia.

Jedną z analiz w tej sprawie przygotowali Konstantin Makijenko i Rusłan Puchow, szefowie zajmującego się wojskiem i przemysłem zbrojeniowym moskiewskiego Centrum Analiz Strategicznych i Technologii, jednocześnie wydawcy kwartalnika "Moscow Defence Brief". 

Pismo, które początkowo było częściowo finansowane przez NATO, jest często cytowane przez światową prasę, a biblioteki zachodnich uczelni wojskowych polecają je jako cenne źródło informacji nie tylko na temat sił zbrojnych Rosji.

Makijenko i Puchow jesienią zeszłego roku przeprowadzili kilkaset wywiadów z bezpośrednimi uczestnikami wojny - żołnierzami i oficerami rosyjskimi, mieszkańcami Osetii Południowej. Rozmawiali też z wojskowymi i politykami gruzińskimi. Puchow, który jest członkiem Rady Społecznej przy Ministerstwie Obrony Rosji, zebrał opinie na temat przebiegu wojny i jej skutków u wyższych dowódców rosyjskich.

Cennym materiałem dla Makijenki i Puchowa okazały się także informacje attaché wojskowych państw zachodnich, którzy zaraz po zakończeniu wojny zostali dopuszczeni do gruzińskich baz atakowanych przez Rosjan.

Wacław Radziwinowicz: Jakie są najważniejsze wnioski, do których doszliście po wojnie Rosji z Gruzją?

Konstantin Makijenko i Rusłan Puchow: Że dzisiejsze siły zbrojne Rosji nie byłyby w stanie prowadzić konwencjonalnej wojny nie tylko z przeciwnikiem tak potężnym jak USA czy NATO, ale nawet z Turcją czy Polską.

Powszechnie nie tylko w Rosji mówi się jednak, że żołnierz rosyjski spisał się w sierpniu całkiem nieźle?

- Jak zawsze. W tej wojnie brała udział stacjonująca na Kaukazie 58. armia i dywizje powietrznodesantowe. To najlepsza część naszych sił zbrojnych, jednostki, które od 12 lat walczą z Czeczenami. Praktycznie wszyscy oficerowie mają spore doświadczenie bojowe.

Pierwszy raz przyszło im stanąć przeciwko wrogowi dysponującemu równą, a czasem nawet przeważającą siłą ognia. I pierwszy raz znaleźli się pod bombami lotnictwa przeciwnika. A wśród szeregowców wysłanych do Osetii Południowej było wielu poborowych, młodych chłopców, którzy nigdy nie byli w ogniu. 

I, o ile nam wiadomo, nie było przypadków demoralizacji, paniki. Chociaż pojazdy się psuły, nasze lotnictwo nie chroniło wojska przed atakami samolotów gruzińskich, a w jednostkach panował kompletny chaos, żołnierze robili swoje i szli do przodu. Armia rosyjska pokazała, że nie straciła swej najważniejszej zalety - osobistej odwagi, determinacji, wytrwałości żołnierza.


Wysokie morale waszego wojska może dziś dziwić. Tyle się mówi, w jak podłych warunkach służą żołnierze, jak brutalnie są traktowani przez dowódców.

- To też tradycja. U nas zawsze, od wieków, żołnierzy traktowano jak bydło. A jednak w obliczu wroga z reguły okazywali się niezwykle dzielni. 

W sierpniu nasze wojska szły do walki przekonane, że bronią słusznej sprawy. Znacznie gorzej było, kiedy zaczynała się pierwsza wojna czeczeńska. Wtedy żołnierze wiedzieli, że politycy wrabiają ich w niepotrzebną awanturę. Ale, choć przygnębieni, szli i walczyli.

Skąd bierze się determinacja żołnierzy, którzy mają pełne prawo czuć się pokrzywdzonymi przez swoje państwo i dowódców?

- Na Zachodzie mówi się o naszym żołnierzu, że jest taki pokorny, bo ma duszę niewolnika. W pamiętnikach uczestników bitwy pod Borodino można przeczytać, że nasze pułki cały dzień stały na polu walki rozstrzeliwane przez artylerię Francuzów, ale nie ustępowały na krok. Zdaniem autorów wynikało to jedynie z niewolniczej pokory. 

Gdyby takim bohaterstwem popisali się Niemcy czy Japończycy, mielibyśmy zachwyty nad odwagą, honorem rycerskim. A dlaczego Rosjanom odmawia się poczucia godności, odpowiedzialności za kraj?

Jeśli są takie powody do dumy, to dlaczego twierdzicie, że wasza armia nie byłaby w stanie przeciwstawić się rzeczywiście mocnemu wrogowi?

- Osobista odwaga, wytrwałość i doświadczenie bojowe wystarczą, jeśli walczyć przychodzi z wrogiem takim jak Czeczeni czy Gruzini. Ale przeciw Amerykanom, Anglikom czy nawet Turkom lub Polakom to dziś za mało. 


Zresztą i Gruzini też nie byli bez szans. Gdyby ich armia była nieco większa, gdyby ich najlepsza brygada była w kraju, a nie w Iraku, wojna mogłaby potoczyć się inaczej. 

Gruzini pod ogniem naszej artylerii i bombami załamali się po dwóch dniach. I nic dziwnego. Żołnierza, który pierwszy raz znalazł się na froncie, trzeba wycofać po dobie. Dać się wyspać, umyć, uspokoić. Dowódcy gruzińscy nie mogli tego zrobić, bo nie mieli rezerw. Gdyby przeciwnik je miał i był nieco mocniejszy, rezultat wojny mógł być inny.

Dlaczego?

- Współczesna wojna to starcie lotnictwa i zapewniającej łączność elektroniki. Nasze lotnictwo swoją misję wypełniło bardzo kiepsko. Walki rozpoczęły się w nocy. Rano z artylerii gruzińskiej ostrzeliwującej Cchinwali [stolica Osetii Południowej] nie powinno pozostać nic. Nasi piloci mieli do Cchinwali z baz w Mozdoku i Chankale po kilka minut lotu. 

A jednak artyleria Gruzinów rano okazała się nietknięta, bo nie mamy samolotów przystosowanych do walki w nocy. Siły powietrzne przez trzy dni nie mogły zdławić słabej obrony przeciwlotniczej Gruzji. Nasze Su-24 bombardowały bazy lotnicze Gruzinów zupełnie nieskutecznie. Jak opowiadają zachodni eksperci wojskowi, wybuchała tylko co trzecia zrzucona bomba. W czasie wojny straciliśmy też 11 maszyn. Jak na krótkotrwały konflikt na małą skalę - dużo.

Może tak kiepsko jest tylko na Kaukazie, gdzie Rosja nie ma silnego przeciwnika?

- Nie. W obwodzie kaliningradzkim, tuż przy naszej granicy z NATO, stacjonuje sławny gwardyjski pułk myśliwski imienia Pokryszkina. Tam mamy 40 Su-27, 40 pilotów. Latać mogą tylko dwie maszyny. W innych miejscach jest podobnie. 

Dziś regularnie dwa razy w miesiącu słyszymy o katastrofach samolotów wojskowych. Wcześniej tego nie było, bo armii brakowało paliwa i maszyny stały na ziemi. Dziś jest paliwo, lotnicy trenują, ale jak się okazuje - na złomach.


Jak w Gruzji sprawdziła się łączność wojsk rosyjskich?

- Nijak, jej praktycznie nie było. Kiedy nasze jednostki znalazły się w Gruzji, operowały absolutnie chaotycznie. Komandosi działali na własną rękę i tak jak są nauczeni - byle do przodu, likwidując po drodze wszystko, co może stawić opór. Oni szli na stolicę Gruzji, bo nie wiedzieli, że dowódcy chcieli, by się zatrzymali. I wzięliby Tbilisi, gdyby nie dogonił ich, pędząc łazikiem, oficer, który ustnie przekazał rozkazy.

Ile Rosja dziś ma wojsk zdolnych do walki?

- Jeśli nie liczyć Strategicznych Wojsk Rakietowych, to musimy przyjąć, że do wypełniania zadań bojowych nadaje się u nas ok. 250 tys. żołnierzy, czyli zaledwie około piątej części tych, którzy służą w armii. 

Reszta siedzi w koszarach i tylko sama się ochrania, bo do niczego się nie nadaje. A powinniśmy mieć mniej więcej 300-tysięczne wojsko, tyle, ile ma Francja. Nasza gospodarka jest porównywalna z francuską i stać nas na podobną armię. Mniejszą niż dziś, ale wyszkoloną i dobrze wyposażoną.

Czy ogłoszona jesienią reforma armii oraz program jej dozbrojenia w najbliższych latach gwarantuje, że Rosja będzie mieć takie siły zbrojne?

- Trudno na to liczyć. Pogrążamy się w kryzysie, z planów zakupów nowego sprzętu przyjdzie rezygnować.


/źródło/

2 komentarze:

  1. Jak to mawial von Clausevitz? - 'Rosja nie jest tak silna jak sie nam wydaje ani tak slaba jakbysmy chcieli'

    OdpowiedzUsuń
  2. Ekspert jak z koziej d... trąba

    OdpowiedzUsuń

.